Nie lubię tak długich książek. Zapału do ich czytania starcza mi z zasady na ok. 200 pierwszych stron; potem urok nowości się wyczerpuje, a końca nawet nie widać. Przez kolejne strony przedzieram się w żółwim tempie i z zerową motywacją. Dopiero w okolicach 60% objętości zaczynam wierzyć, że kiedyś jednak uda mi się daną cegłę skończyć, a ostatnie rozdziały czytam już sprintem - nieraz nawet z żalem, że docieram już do końca tak wspaniałej książki.
Z Wywiadem z historią, który zaczęłam czytać pół roku temu, miałam dokładnie tak samo - i zastanawiam się, czy to kwestia właśnie tego fenomenu, czy raczej kolejności, w jakim ułożone są poszczególne wywiady. Mała dygresja: nie lubię XX-wiecznej historii i niewiele o niej wiem; przez lata moje zainteresowania historyczne kończyły się we wczesnym wieku XIX, a choć w ostatnich miesiącach udało mi się rozciągnąć je do lat 30. XX wieku, to dalej ani rusz nie chciały drgnąć. O latach 70., w których zostały przeprowadzone wszystkie zebrane w tej książce wywiady, co do jednego, nie wiedziałam nic. No, wiadomo: tu Wietnam, tam Pol Pot, Jasir Arafat i Indira Gandhi też co nieco mi mówili, ale już takiego Aliego Bhutto kojarzyłam tylko jako ojca Benazir, a o Kissingerze wiedziałam tyle, że istniał. O większości z przedstawionych tu osób nigdy nawet nie słyszałam. I to było w pewien sposób fantastyczne, bo lektura Wywiadu z historią otworzyła mnie na całkiem nowy świat. Zaczynałam z białą kartką w głowie, kończyłam z całkiem szczegółowym obrazem sytuacji geopolitycznej we wczesnych latach 70.
Wracając do tematu: może dlatego, że więcej wiem o historii europejskiej niż azjatyckiej czy bliskowschodniej, i jest mi też, siłą rzeczy, emocjonalnie bliższa - zdecydowanie bardziej podobała mi się druga połowa książki, dotycząca Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Grecji, w międzyczasie też Brazylii i działalności CIA, niż ta pierwsza, związana z Wietnamem, Indiami/Pakistanem, Izraelem/Palestyną, Sri Lanką, Kambodżą. Nie jestem tylko pewna, czy to kwestia samych wywiadów i ich tematyki, czy też po prostu tego, że pojawiły się już po tych krytycznych 50-60%. Pewnie nigdy się nie dowiem. Ale to w sumie też dygresja.
I to pewnie też będzie dygresja, która nikogo raczej nie będzie obchodziła, ale polubiłam panią Fallaci. Przyznaję, że trochę mi to zajęło; jej wstępy do kolejnych wywiadów są bardzo subiektywne i nieraz wydały mi się tendencyjne, przesadzone, a jej opinie zdawały się opierać na nieistotnych drobiazgach. Naprawdę polubiła Goldę Meir od pierwszego wejrzenia, bo przypominała jej jej matkę? Na czym opierała się jej sympatia do Indiry Gandhi - poza podziwem dla kobiety-głowy państwa? Naprawdę uznała, że z Arabią Saudyjską jest coś nie tak, bo nastolatka grała na gitarze piosenkę, w której pojawia się wers Please take me away from here? I ta maniera powtarzania imienia rozmówcy przy każdym pytaniu! (Co ciekawe, obecna tylko w niektórych wywiadach.) I te objaśniające komentarze w wywiadzie z Hajle Sellasje, żeby przypadkiem czytelnik nie mógł sam zinterpretować sobie jego zachowania! Uch.
A jednocześnie ze wszystkich tych wywiadów wyłania się obraz osoby bardzo zaangażowanej w walkę o sprawiedliwość, głęboko oburzonej wszelkimi niesprawiedliwościami, dociekliwej i potrafiącej zadawać właściwe pytania - i nie potrafię jej za to nie pokochać. Zwłaszcza w części europejskiej, a już najbardziej - włoskiej. Tu przestałam mieć to męczące wrażenie tendencyjności; może dlatego, że w kwestiach polityki europejskiej Fallaci nie kryje się ze swoimi sympatiami, wyraźnie opowiada się po konkretnej stronie i nie próbuje udawać obiektywizmu. Może dlatego, że to mi łatwiej było w tych przypadkach stwierdzić, która strona konfliktu zupełnie mi nie odpowiada. Może dlatego, że zawsze była to ta sama strona, która nie odpowiadała też autorce. A może dopiero tu mogłam w pełni docenić to, że Fallaci zadaje niewygodne pytania nawet ludziom, których osobiście popiera. Z czego by to nie wynikało, przez część europejską przeszłam jak burza, z każdym kolejnym wywiadem coraz bardziej zafascynowana tą kobietą. Coraz bardziej żałując, że nie żyje w dzisiejszych czasach, że nie może przeprowadzić wywiadów z paroma liderami dzisiejszego świata. Chciałabym to przeczytać.
I kolejna dygresja: ostatni wywiad - czy raczej: wstęp do niego - jest tak osobisty, że przez pół dnia nie mogłam zebrać się w sobie i zacząć go czytać. Jakaś turboempatia mi się włączyła. Nie mogłam. I istotnie, jest ciężki, a kiedy pomyślę, jakie musiał mieć dla Fallaci znaczenie... Nie potrafię sobie wyobrazić, jak udało jej się to napisać. Ten wstęp. To musiało boleć.
Podsumowując te wszystkie dygresje, które nijak nie składają się na recenzję, ale chyba nieźle odpowiadają na to powyższe What did you think: wielu rzeczy się z Wywiadu z historią dowiedziałam, a - co dla mnie najważniejsze - wielu innych rzeczy dopiero zapragnęłam się dowiedzieć. Inspiracja do dalszych poszukiwań to najlepsze, co zdarza mi się wyciągnąć z lektury i dowód na to, że miałam właśnie do czynienia z książką ponadprzeciętną. Po panią Fallaci z pewnością jeszcze nieraz sięgnę. Jeszcze nie teraz; teraz przyszedł czas na poszperanie w innych książkach. Ale kiedyś - na pewno.