"Witajcie za drutami" - oto nowy program typu reality show, który rozgrywa się w obozie. Obozie, który od koncentracyjnego różni się tym, że wszędzie są kamery, a transmisja ma najlepszą oglądalność w historii.
Więźniowie są łapani, pozbawieni imion, z wytatuowanymi numerami, którymi muszą się posługiwać, przymierają głodem, wykonują bezsensowną pracę i skazywani są na śmierć, gdy tracą siły. Porządku pilnują kapo - podpisali kontrakty i sumiennie wypełniają okrutne obowiązki.
Historia musi mieć główne postacie - tu są CKZ 114 i kapo Zdena - to, co dzieje się między kobietami to cały wachlarz emocji i czynów. Bohaterem zostaje się, gdy nie ma się nic do stracenia, bohaterem można zostać przez przypadek, ba, nawet można wtedy stać się nowym Chrystusem...
Świetna to lektura, upiorna to lektura. Pomysł na nią tylko przez sekundę wydaje się absurdalny, bo przecież ludzkość uwielbia patrzeć na cierpienie innych - od walk gladiatorów, przez publiczne egzekucje, po filmiki w Internecie czy (już popkulturowo) "Squid Game". Mass media tylko to ułatwiają. Widz bezkarnie patrzy, świat się oburza, z oburzenia nic nie wynika, ktoś zarabia kupę forsy. Koncepcja powtórki obozów koncentracyjnych czyni ten obraz jeszcze potworniejszym, bo dowodzi, że my, ludzie, niczego się nie uczymy, nie wyciągamy żadnych wniosków i, o ile to bezkarne, uczestniczymy chętnie w czymś strasznym.
Amélie Nothomb świetnie obnaża ten mechanizm - media przekroczą kolejne granice, by zatrzymać uwagę odbiorcy, odbiorca łaknie coraz intensywniejszych podniet.
Straszna to prawda.