Rozkład rodziny, rozkład więzi społecznych, rozkład kraju. Rozkład i gnicie. Wszystkie te procesy zostały żywo odzwierciedlone w tej krótkiej, kolumbijskiej powieści, która skupia się na ubogich mieszkańcach miasteczka Sopinga.
Ubóstwo jest tu jakby osobnym tematem. Ubóstwo jakby bardziej sprzyja rozkładowi i gniciu. W ubogich wszystko uderza silniej. A właśnie na Sopingę jedna pod drugiej spadają plagi: najpierw inwazja much, później ropuch, które mają być rozwiązaniem problemu z muchami. Jednak pierwotnym źródłem owych nieszczęść są jak zawsze chciwość i interes tych u władzy. Oto plagi, które naprawdę trawią Kolumbię, a w tle jest mroczna i traumatyczna historia kraju... Historia, której dramaty, nie mają końca... Ludzkie życia są niewiele warte jak znienawidzone muchy i ropuchy, ludzie potrafią "zniknąć" z dnia na dzień, a pamięć o nich skrywa rzeka. Nie mniej przerażającymi katastrofami naturalnymi są tu grasujące po okolicy gangi "drapieżników", skorumpowani urzędnicy, oddziały paramilitarne czy wojsko (bez różnicy...), turyści.
W tej iście apokaliptycznej atmosferze poznajemy piętnastoletnią Emilię, która mieszka w nędznym domu wraz z matką i babką. Opisy obsiadających każdy skrawek przestrzeni much, brudu, lepkich od upału powierzchni podkręcają uczucie obrzydzenia, niepokoju i bezradności. Wszystkie trzy kobiety żyją razem, ale jakby osobno. Wykonują w domu i wokół siebie szereg czynności, które zastępują prawdziwy kontakt i więź emocjonalną, która już dawno uległa zepsuciu, jak owoce gnijące w zaduchu lub odrażające, ulegające rozkładowi martwe muchy i żaby. To, co je łączy to najwyżej zobojętnienie i niemy wyrzut, pasywna agresja, wyrażająca się w pustych słowach i gestach. W środku tego koszmaru mamy Emilię, której samotność i brak wsparcia ze strony rodziny są tu wyjątkowo dotkliwe i bolesne. Dziewczynka sama mierzy się z problemem. Wydaje jej się, że mucha, którą połknęła, złożyła w jej ciele jaja i czuje jak owady rozwijają się w jej wnętrzu.
To powieść jednocześnie bardzo oddziałująca na zmysły, zakotwiczona w trudnej rzeczywistości i chłoszcząca tymi naturalistycznymi obrazami brzydoty i biedy, miejscami sarkastyczna (audycje lokalnego radia, które prześmiewczo raportują tragedie dręczące społeczność Sopingi), a z drugiej bardzo liryczna, napisana pięknym językiem i surrealistyczna. Dużo w niej niedopowiedzeń, delikatnych aluzji, fragmentaryczności, przez co może się wydawać trudna w odbiorze. Bez choć ogólnej znajomości współczesnej historii Kolumbii może być niełatwa w zdekodowaniu. Mnie bardzo ujęła i przejęła.