Dlaczego trzeba być cicho? Bo w blokach dźwięki się niosą. Słyszysz cudze suszarki, pralki, spłuczki, telewizory, a przede wszystkim: głosy, krzyki, śmiechy, toasty, kłótnie, bluzgi. Słyszysz więcej, niż byś chciał – i nie chcesz, by inni słyszeli ciebie. Chodzi więc o imperatyw kiszenia w sobie, wciągania do wnętrza, blokady ekspresji uczuć, myśli, słów, czynów. Przestrzeń jest ograniczona, dwoje dzieci, mąż i żona. Jesteśmy blisko realizacji idei panoptikonu: na etacie więziennego strażnika zatrudnieni sąsiedzi.
Przestrzeń jest kluczowym wyznacznikiem fabuły tej powieści. Zaczynamy od zaduchu blokowiska: co z tego, że strzeżonego, z domofonem i ogrodzeniem? Luna pisze doktorat, jej mąż Theo, rodowity Anglik, jest native speakerem. Niedługo stuknie dziesięć lat związku. Znam takie Luny: sterylne twarze, szczuplutkie figury, proste długie włosy. Zapięte i spięte, choć uśmiechnięte. Doktorat wymaga skupienia, czasu, wysiłku. Jak pisać, gdy wszystko rozprasza, brak sił, upał narasta, a relacja po cichu umiera? Równoważną bohaterką jest także Miśka, energetycznie doładowana, witalna, wychowuje trzynastolatka, ma przelotnych kochanków. Dziewczyny się znają, odwiedzają, wspierają. Bohaterów łączy motyw z-blok-owania wewnętrznego, zatrzaśnięcia w ślepych uliczkach, nie bardzo wiedzą co i jak mają zmienić, a może wystarczy… być cicho? I jakoś to będzie. Jak tyle razy było. Kiszą się wszyscy w ciasnych pomieszczeniach i ciasnych sercach.
Plot twist (mały spojler). Splot może mało prawdopodobnych, ale jednak możliwych okoliczności czyni z Luny i Theo dziedziców zaniedbanego i opuszczonego maleńkiego budynku wiejskiej szkoły z paroma hektarami zdziczałego terenu dokoła. Radykalna transformacja przestrzeni. Powietrze, cisza, zwierzęta, zapachy, możliwość ruchu, brak ścisłej granicy bycia w domu i poza domem (kapitalna refleksja Luny, gdy orientuje się, że w mieście nigdy by TAK ubrana, nastawiona do życia etc. nie wyszła z domu!). W szkole zamieszka też Miśka z synem. Agnieszka Jelonek, doświadczona scenarzystka seriali telewizyjnych, bardzo zręcznie igra sobie z oczekiwaniami fabularnymi czytelników. Na wsi dzieje się względnie dużo. Wreszcie nie trzeba być cicho – choć przymus ten został już skutecznie uwewnętrzniony. Zmiany nastąpią, choć może nie takie, jakich spodziewać mógłby się przyzwyczajony do zgrabnych zakończeń czytelnik.
Opowieść na szczęście nie opuszcza kameralnych rejestrów. Pozostaje intymną, ściszoną historią kilkorga dorosłych ludzi, których dopada refleksja (przynajmniej Lunę), że "świat nie odda nic, że nie zrekompensuje krzywd ani upokorzeń, ani grzechów rodziców. Nie ma dodatkowych punktów za pochodzenie, za pijącego ojca, za nieobecną mamę". Za życie jesteś odpowiedzialny sam. Dlatego ta powieść podobała mi się znacznie bardziej niż czytany równolegle "Robak" Jakuba Wiśniewskiego; jego bohaterowie nie mają już woli, są bez-wolni, i pełni pretensji do świata.
Świetna okładka, przemyślani bohaterowie, wiarygodni psychologicznie, świetne sceny epizodyczne w różnych miejscach powieści. Język wyważony, realistyczny, bez pretensjonalnych poetyzmów czy metafor na siłę tam, gdzie ich nie potrzeba.