Białe noce Urszuli Honek to rozwinięcie już kilkuletniego projektu literackiego autorki, w którym kreuje się na specjalistkę od tragedii, śmierci i lęków. Wśród najczęściej wymienianych określeń na twórczość autorki pojawia się chyba „mrok”, „mroczność” czy „ciemność”. To nic zaskakującego – sam tytuł odsyła nas do motywów światła i przemijania. W przypadku Honek nie możemy mówić o zwrocie makabryczno-tanatycznym, ponieważ cała dotychczasowa literacka twórczość Honek właśnie taka jest, z czego Zimowanie z 2021 roku i omawiany zbiór opowiadań eskalują fascynacjami autorki najbardziej. Białe noce można uznać za pewne rozwinięcie „śmiertelnej” formy z Zimowania, do którego Honek nawiązuje tytułem jednego z opowiadań, a także postacią Eleonory, która pojawiła się w ostatnim tomiku poetyckim autorki.
Ten debiut prozatorski odbił się znacznym echem oraz zachwytem wśród opiniotwórców i krytyki literackiej. Trudno dziwić się pozytywnym, niekiedy euforycznym reakcjom akurat na takie wydawnictwo, które czerpie garściami ze sprawdzonych na polskim rynku wydawniczym wzorców. Autorka obrała za patrona prozatorskiej twórczości Andrzeja Stasiuka. Honek wraz ze Stasiukiem łączy zamiłowanie do Beskidu Niskiego, do którego zauroczenie Stasiuk w swojej twórczości przekazuje regularnie od Opowieści galicyjskich z 1995 czyniąc go tłem wydarzeń i „małym centrum świata”. Honek odbiera nieco podmiotowości tym terenom w Białych nocach, mimo to jest to istotne miejsce wydarzeń, gdzie nowoczesność tylko delikatnie dociera do mieszkańców. Autorka, być może mimochodem lub pod wpływem Stasiuka, opisuje rzeczywistość społeczną i ekonomiczną po roku 1989; bohaterowie są i będą zdeterminowani klasowo, co odbierze im szansę na zmianę i chwycenie życia w swoje ręce.
Tym co Honek dodaje do realistycznego opisu poreformacyjnej Polski jest styl poetycki i jest to być może najciekawszy element książki. To bardzo misternie, niezwykle zręcznie i precyzyjnie stworzony poemat, który zasadniczo udaje, że jest prozą. Gdyby książkę tylko co nieco zmodyfikować – usunąć krótkie dialogi, pauzy, a część linijek tekstu podzielić na wiele wersów, otrzymalibyśmy interesujący poemat. Jedna metafora pogania drugą; względnie niewielkie rozmiary książki nie pozwalają się przeczytać prędko i wymagają się dokładnego pochylenia się nad nimi i close readingu. Tytułowa bohaterka opowiadania Hanna tak opisuje swoją próbę samobójczą:
Wiedziałam, gdzie jest najgłębiej, od dziecka kąpałyśmy się w tej rzece, ojciec uczył nas pływać. Najlepiej zawsze szło Zośce, ale ona nigdy niczego się nie bała, gdyby jej kazać skoczyć do studni albo włożyć rękę do ula, zrobiłaby to bez wahania. Ale wtedy to ja nie umiałam się zatrzymać. Zanurzyłam się w rzece i szłam prosto przed siebie, jakby na drugim brzegu czekał ktoś, kogo bardzo kochałam, a jego życie zależało od tego, czy dotrę do niego, czy nie. Schowane w kieszeniach kamienie zaczęłam czuć dopiero, gdy woda sięgnęła po pas, dodawały mi odwagi, stopy pewniej szły po grząskim dnie. Oprócz szumu nurtu nie słyszałam niczego i wiedziałam, że kiedy robi się cicho, tak że słychać każdy krok, szelest ubrania, to wcale nie zapowiada burzy. Zawsze albo ktoś umiera, albo właśnie jest już z tą myślą pogodzony. Widziałam trzy śmierci i żadna do siebie niepodobna. Ale jak śmierć może być podobna, jeśli ludzie różni? Każdemu taka, jaka mu się należy albo jaką sam wybiera. Jedni, zanim wejdą do stodoły, patrzą przez chwilę w niebo, potem na własne ręce, jakby miały to wszystko powstrzymać, ale to właśnie te ręce już rwą się do paska, do najwyższej belki. Nie ma, że życie przed oczami przelatuje albo nagle zaczyna się płakać. Oczy widzą tylko to, co mają przed sobą: siano, czyszczącego pióra ptaka, kurz, co unosi się w świetle. Dla śmierci robi się ciemno, a dla żywych cicho.
Fragment czyta się podobnie jak wiersz, szczególnie właśnie dzięki zastosowaniu napiętrzonych przenośni. To poetycka medytacja nad naturą śmierci i samobójstwa. Hanna jako osoba dogłębnie nieszczęśliwa, czuje klarowny spokój, nie-burzę. Śmierć staje się jedynym wybawieniem od udręki. To metafora tragicznego, ale spokojnego odchodzenia, śmierci poprzez celowe zatonięcie i poprzez powieszenie, gdy ręce już rwą się do paska i do najwyższej belki. Wszystko przed śmiercią staje się klarowne, jasne, czyste, a umysł samobójcy odczuwa pierwszy raz spokój. Takie fragmenty w Białych nocach są liczne i potrafią wprawić w zadumę, jednak niestety, Honek poza śmiercią nie ma nic więcej do zaoferowania, a wszelkie takie „wiersze” nie różnią się ani formą, ani zastosowanymi środkami stylistycznymi, ani podjętym tematem.
Doświadczenie śmierci i utraty to niefortunnie jedyna rzecz, o której chce pisać Honek. Jej pisanie o śmierci to jest nieujmowane w romantycznych, doniosłych kategoriach. To raczej realizm oraz swoiste, przynajmniej docelowe oswajanie ze śmiertelnością własną i bliskich. Tanatyczne fascynacje Honek przypominają w pewnej mierze „śmiertelną” wyobraźnię Zofii Nałkowskiej, którą Honek wymienia jako jedną z inspiracji. To, co jednak odróżnia Romans Teresy Hennert czy Niecierpliwych od Białych nocy to wielowątkowość, umiejętność zdolnego operowania emocjami i napięciem, nawet, jeśli tak jak w Niecierpliwych, zakończenie historii wyjawiane jest już na samym początku. U Honek – nawet jeśli się to nie dzieje – rozwiązanie fabuły zawsze jest z góry wiadome. Autorka Zimowania emocji innych niż negatywne, depresyjne, pochmurne; nie ma u niej miejsca nawet na jakiekolwiek odcienie szarości i niesprecyzowane myśli i uczucia. Przypuszczalnie taki jest zamysł – to w końcu nie psychologiczny romans, a oswajanie ze śmiercią. To oswajanie jest być może nieudanym projektem, gdyż trudno pochylić się nad śmiercią pierwszą, kiedy zaraz pogania ją druga. Pisanie Honek jest raczej afektywne, wpływa na emocje czytelnika, rzadko jednak porusza empatię ze względu na ogrom różnych tragedii. Okrucieństwo dzielone jest równo pomiędzy osoby z niepełnosprawnościami, kobiety i zwierzęta. Przemoc wylewa się ze stron strumieniami. Nikt nikogo nie pociesza, nie ofiarowuje wsparcia. Pojawia się tylko pytanie – po co to wszystko? Honek szuka odpowiedzi na to pytanie, szuka sensów i przyczyn za tym stojących, ale nie znajduje żadnego. Tak samo jest z czytającym, któremu odebrane jest jakiekolwiek oczyszczenie, katharsis czy lepsze zrozumienie otaczającego go świata. Białe noce nie zdradzą ani nie pokażą mu nic nowego poza przemocą, a o tej trudno nie wiedzieć.
Pisarstwo autorki zresztą powiela liczne wzorce występujące wręcz nadmiernie w polskiej literaturze. Wymieniony został już Andrzej Stasiuk i jest ze wszystkich widoczny najlepiej, ale Honek czepie również nieco z Myśliwskiego, wedle niektórych recenzji z Tokarczuk, ze zwrotu ludowego w polskiej humanistyce , niektórzy dopatrują się podobieństwa do Michała Olszewskiego, Wioletty Grzegorzewskiej czy prozy środkowoeuropejskiej (w Polsce główne wydawanej przez Stasiuka w Wydawnictwie Czarnym). Z powieści niedawnych pod względem myśli tanatycznej do Honek można przyrównać Kości, które nosisz w kieszeni Łukasza Barysa wydane w 2021. Namysłu i pola badań wymaga określenie, czy polskie pisarstwo przeżywa dzisiaj, być może od kilkudziesięciu lat zwrot tanatyczny. Białe noce są książką zasadniczo arcy-zachowawczą i nie mówi absolutnie nic nowego – ani w nurcie, ani w polskiej literaturze. To wciąż powielane tak licznie na rynku polskim schematy i motywy: bieda, wieś (lub małe miasto), śmierć. To, co Białe noce wyróżnia, to poetycki styl; (skądinąd znajomy już od Brunona Schulza, a później zastosowany przez Magdalenę Tulli, ale raczej wciąż nie tak dobrze wyeksplorowany i wymagający większej reprezentacji) poza nim nie ma nic, co dostarczyłoby jakiejkolwiek innowacji literackiej. Można cyniczne rzecz: produkt stworzony na regularne potrzeby czytelników Czarnego, dostarczający im to, co już dobrze znają i czego najwidoczniej potrzebują.
Być może to właśnie wpływ afektywny byłby inną silną stroną tego zbioru opowiadań, ale nie staje się tak tym razem. Po którejś z kolei tragicznej historii brakuje odruchu współodczuwania, kiedy wie się, jak historia, którą się właśnie czyta się zakończy. Białe noce mają wyraźny problem ze swoim tempem, przez co potykają się przy spełnianiu swojego celu. Jedna, dobrze skonstruowana literacko śmierć potrafi zrobić więcej niż to, co gorliwie usiłuje zrobi Honek w każdym opowiadaniu. Kiedy jedna śmierć następuje po poprzedniej, nie ma ostatecznie ani czasu, ani siły, aby nad jakąkolwiek się zastanowić – śmierć musi być przyjęta jako pewnik, coś zupełnie normalnego i typowego, tak jak dla opisywanych bohaterów. Śmiertelny determinizm zapada tak jak tytułowa noc nad Beskidem, w którym nie ma miejsca na nadzieję; i tak samo jest odbierana ona czytelnikowi. Nawet jeśli bohaterowie czasem nie dopuszczają do siebie myślenia o śmierci wprost niejako jej unikając, tak w ostatecznym rozrachunku – śmierć powszednieje.
Powszednieje tak samo współczesna literatura polska, nierzadko uznana przez instytucje oraz czytelników wszelkimi stypendiami, gromkimi brawami i pochwalnymi recenzjami. Postawić należy tylko pytanie: czy my już tego wcześniej nie widzieliśmy, nie czytaliśmy? Najprawdopodobniej tak, ale możliwe, że polski czytelnik i twórca nie potrzebują nowych perspektyw, swobodnie okopując się od wielu lat w wystarczalności literatury spod znaku Wiesława Myśliwskiego i Andrzeja Stasiuka. Być może najwygodniejszą opcją będzie to co już znamy, jedynie w nowym opakowaniu; a być może jednak, tak jak próbuje od wielu lat Urszula Honek, warto pożegnać się ze zmarłymi?