Głos w obronie Katarzyny Grocholi
Czytam, czytam i nie dowierzam. Dla wielu osób na różnorakich portalach czytelniczych nazwisko Grocholi stało się synonimem kiczu, tandety, bezguścia, złego smaku, literackiego odpustu, szmiry czy grafomanii. Tymczasem Katarzyna Grochola jest autentyczna. Nie stroi się w piórka wielkiej pisarki, mającej do zakomunikowania jeszcze ważniejsze rzeczy. Wręcz przeciwnie. Obiecuje literaturę popularną, dobrą rozrywkę, stanowiącą balsam na nieco gorsze dni i z tej obietnicy wywiązuje się znakomicie. Fakt, operuje wyświechtanymi szablonami, ale czyni to ze znawstwem znamionującym wyśmienicie opanowane rzemiosło. Chciałoby się wręcz rzec - cóż z tego, że schemat powieściowy przypomina wyliniałe futerko, jak w dalszym ciągu jest ono bardzo bliskie życiu. Wykreowana przez autorkę główna bohaterka wydała mi się bardzo swojska, dalece bardziej bliska niż inne papierowe postacie stwarzane przez Wielkich Pisarzy piszących jeszcze Większą Literaturę. Zresztą nie tylko mi. Pozytywne noty recenzyjne od osób (głównie kobiet) zarówno z Polski, jak i z innych zakątków świata dowodzą, że Grocholi udało się opowiedzieć historię, z którą zidentyfikowało się gros osób bez względu na szerokość geograficzną. Komu z Was, Wielcy Twórcy, udało się dokonać w niedalekiej przeszłości takiej sztuki? Zresztą, czy w czasach, w których po książkę sięga coraz mniej osób, a liczba osób sięgających po książki z nieprzymuszonej woli musi być liczona w promilach, jest jeszcze sens rozróżniania Literatury Wysokiej od innych (w domyśle gorszych) jej sióstr?
Najgłośniejszy tytuł Katarzyny Grocholi obiecywał mi dobrą rozrywkę, okraszoną humorem. Czy bawiłem się dobrze, czytając - w ekspresowym tempie, bo stronice same się przewracają! - o perypetiach Judyty? Nawet więcej niż dobrze! Takiej historii było mi trzeba. Czy lektura Nigdy w życiu była udaną rozrywką? No jasne! Był obiecany humor? Był. Zaśmiałem się pod nosem kilka razy. Polecam każdemu na odskocznię od smutków i smuteczków.