A co, jeśli wszystko, co wydaje się nam przypadkowe, przypadkowe nie jest? Co, jeśli istnieje wzór na przypadek? I co, jeśli ten wzór zmieni znany nam świat?
Grudzień 2011, Genewa, CERN. Największy na świecie ośrodek badań jądrowych.
Prof. Francesca Accardi przedstawia postępy prac w poszukiwaniu boskiej cząstki: bozonu Higgsa. Odkrycie ma stać się największą sensacją naukową XXI w. Dzień później, w trakcie niemającego się prawa zdarzyć blackoutu, w podziemnej kawernie eksperymentalnej Wielkiego Zderzacza Hadronów znalezione zostaje ciało młodego genialnego fizyka. Kto odpowiada za jego śmierć? A może Noah Majewski popełnił samobójstwo? Śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci i zaginięcia dziennika naukowca prowadzi charyzmatyczna inspektor Hauser. Kiedy Ava i Alex, siostra i przyjaciel Majewskiego, znikają - rusza ich śladem. Ale nie tylko ona…
Dopracowany w najdrobniejszych szczegółach thriller z sekretami nauki w tle. Pościgi samochodowe, strzelaniny i kalkulowane na zimno egzekucje, a wszystko to w zjawiskowej scenerii Alp.
Jako fizyk i czynny pracownik naukowy na bieżąco śledzę postęp nauki. Pamiętam jak dziś, kiedy w CERNie ogłoszono odkrycie w 2 eksperymentach (ATLAS oraz CMS) nowej cząstki. Peter Higgs, siedzący w auli razem z pozostałymi teoretykami-wizjonerami, którzy niemal 50 lat wcześniej przewidzieli teoretycznie istnienie Boskiej Cząstki, zalewał się rzewnymi łzami ze wzruszenia. Otóż właśnie przedstawiono dowód na poprawność naszego modelu Wszechświata. Rok później Komitet Noblowski uhonorował Petera Higgsa oraz François Englerta Nagrodą Nobla z fizyki. Panowie czekali pół wieku na potwierdzenie swoich teoretycznych wyników. A co, gdyby ogłoszenie odkrycia Boskiej Cząstki było podyktowane presją środowiska naukowego czy establishmentu? W końcu eksperyment pochłonął ok. 13 mld dolarów, a wielokrotne przekładanie jego uruchomienia tylko dokładało drew do paleniska, jakie zostało rozpalone pod Genewą. Tę alternatywną wersję w brawurowy sposób przedstawia nam Joanna Łopusińska na ponad 460 stronach niezwykle smacznego thrillera „Zderzacz”. Autorka lokuje akcję dokładnie w okresie, w którym odkryto Boską cząstkę tkając jednocześnie subtelną sieć intryg i powiązań. Zbudowane postaci w pełni przykuwają naszą uwagę od pierwszych stron lektury, a oderwanie się, choćby na chwilę, skutkuje nieustannymi powrotami myśli do zdarzeń z powieści. Akcja rozwija się równomiernie od samego początku i nie zatrzymuje się nawet na chwilę. Autorka w mistrzowski sposób wprowadza równowagę pomiędzy wartką akcją, a chwilami na zaczerpnięcie oddechu. Z każdym kolejnym rozdziałem otrzymujemy kontrolowaną dawkę emocji wprowadzających nas w stan uzależnienia. Jesteśmy niczym złapani w sieć wątków, nie mogąc przestać myśleć o tym kto, kogo i dlaczego. Historia jest spójna i logiczna. Poprowadzenie narracji świadczy o niezwykłym talencie Autorki i przede wszystkim świadomości formy oraz treści. Joanna Łopusińska jest pisarką światowej klasy, której książki można stawiać na półce obok Nesbø, Larsona czy Rowling. „Zderzacz” jest zdecydowanie najlepszym thrillerem jaki kiedykolwiek czytałem.
Mamy to! Sensacyjny dreszczowiec, pierwszy polski thriller naukowy, literatura rozrywkowa wysokich lotów. Mówię tu oczywiście o "Zderzaczu" Joanny Łopusińskiej. I jeśli są tu fani Dana Browna, miłośnicy przygody, akcji i sensacji z nutką naukowych teorii, ta książka jest dla was. Ja osobiście uwielbiam takie powieści i był to strzał w 10. 100% satysfakcji👍.
Akcja powieści zaczyna się w centrum Ośrodka Badań Jądrowych, CERN w pobliżu Genewy w Szwajcari ( już tam byłam, właśnie z Danem Brownem😉). To tam mieści się Wielki Zderzacz Hadronów - największy na świecie akcelerator cząsteczek. To tam pracuje grono wybitnych naukowców. Tam poszukiwano "boskiej cząsteczki", cząsteczki elementarnej, Bozonu Higgsa. Dzień po konferencji, przedstawiającej rezultaty badań nad cząsteczką, na terenie ośrodka dochodzi do blackoutu i tajemniczej śmierci, młodego, zdolnego fizyka, Noah Majewskiego. Majewski był skonfliktowany z radą instytutu, w tajemnicy pracował nad "regułą przypadku", która mogłaby podważyć obecne badania, a jej wzór doprowadzić do nieprzewidywalnych w skutkach zdarzeń. Majewski odkrył, że przypadek nie istnieje, a w pozornym chaosie, można znaleźć geometryczno- matematyczny porządek. Ta reguła mogłaby mieć zastosowanie we wszystkich naukach i w wielu dziedzinach życia. Czarny moleskine z notatkami Majewskiego staje się przedmiotem pożądania. W lawinę wydarzeń zostaje uwikłana zdolna matematyczka i młodsza siostra Noah, Ava oraz Alex, przyjaciel naukowca. Zaczyna się poszukiwanie, ucieczka, pościg i walka o życie. Autorka stworzyła pasjonującą, inteligentną, trzymającą w napięciu historię, popartą rzetelnym researchem. Ale na pochwałę zasługuje nie tylko fabuła, ale i kreacja, każdego z bohaterów. To również powieść o ludziach i ich skomplikowanej naturze; słabościach, lękach, pokusach, żądzach, miłości i zdradzie.
Otwarte zakończenie daje obietnice, że jeszcze spotkamy się z bohaterami "Zderzacza" 😉. Rewelacyjna lektura na zimowe wieczory. Ogromnie polecam 👍.
P.S.Absolutnie nie bójcie się naukowej strony powieści, autorka przedstawiła wszystko w mega przystępny sposób.
Tę książkę nie przeczytałam, a pochłonęłam. Trzymała w napięciu do samego końca. Uważam, że kreacje bohaterów były naprawdę świetnie nakreślone i dobrze zróżnicowane. Samo wprowadzenie tak wielu postaci było genialnym posunięciem! Momentami, niektóre dialogi wypadały dosyć blado i kiczowato przy "pełnych" opisach Alp. Bardzo podobały mi się za to wątki naukowe (w zasadzie dlatego sięgnęłam po tę książkę)- i nie zawiodłam się! Połączenie filozofii i fizyki zagrało naprawdę bardzo dobrze, a wplecenie tych dwóch dziedzin w wartką akcję stanowi tylko o kunszcie autorki.
Jeśli chodzi o treść - autorka pozostawia czytelnika w środku mydlanej bańki. Jej otoczkę stanowi teoria synchroniczności, która obala przypadek i znajduje punkt wspólny dla dwóch zjawisk (z pozoru nijak ze sobą związanych). Jest to niesamowite zjawisko, które ze skali mikro możemy z całą pewnością przenieść do skali makro. Plac doświadczalny stanowi ludzkie życie a splątane losy historii okazują się nie być jedynie zbiegiem okoliczności a regułą.
Podsumowując już- serce rośnie, gdy możemy zaczytywać się w polskim odpowiedniku książki Dana Browna. Mocno liczę na ekranizację powieści (panie Nolan pokładam w Panu nadzieje, oby nie płonne)
Wciągnęłam się tak, że przeczytałam całość w zaledwie kilka godzin rozłożonych na dwa wieczory. Po zamknięciu ostatniej strony czuję jednak głównie pewną dezorientację co do tego, jak tę książkę oceniać. Zacznijmy jednak od początku.
Recenzja podstawowa, czyli wciągający i oryginalny thriller w malowniczej scenerii
Najprościej jest mi napisać o warstwie "podstawowej", tzn. fabularno-kryminalnej. Ta, ku mojemu zaskoczeniu, jest naprawdę bardzo udana i (w pozytywnym znaczeniu) "amerykańska". Mamy tutaj dających się lubić bohaterów ze skomplikowaną przeszłością i niezłą chemią, bardzo dobre tempo, uporządkowaną strukturę historii prowadzącą nas po kolejnych punktach. Są wglądy w pracę policji, zaskakująco dopracowane (np. zadbanie o konieczność wydania nakazu przed faktycznym podjęciem jakiejś czynności postępowania przygotowawczego). Dostajemy trochę szczegółów personalnych o bohaterach i bohaterkach drugoplanowych (co bardzo mi przypominało thrillery Cobena, które swego czasu kochałam miłością wielką i szczerą), i miłe (może naiwne?) akcenty związkowo-gastronomiczne (risotto z borowikami!). Mamy też akcję osadzoną w rejonie "egzotycznym", acz fizycznie bliskim i malowniczym - szwajcarskie krajobrazy, miasteczka i budynki odmalowane są pieczołowicie, i od razu widać, że Autorka przyłożyła się do ich zwiedzania, oglądania, wyobrażania i opisywania.
I jasne, wiele z wymienionych przeze mnie elementów w jakiejś formie znajdziemy w innych książkach, nie można jednak zaprzeczyć, że naprawdę potrzeba sporych umiejętności, żeby tak zgrabnie wszystkie je zebrać, połączyć i opisać bez wpadania w schematyczność. Za to daję "Zderzaczowi" naprawdę bardzo, bardzo wielki plus, bo ogólnie czyta się to dobrze, miło i z radosnym oczekiwaniem na kolejne galopujące zwroty akcji, ciesząc się z rozpoczętego weekendu i planując wakacyjne wojaże po szwajcarskich kantonach (a czyż w sumie nie o to właśnie chodzi w kryminałach i thrillerach?).
Jeśli należycie do osób, które sięgają po kryminał po to, żeby odpocząć po stresującym dniu, nie za bardzo wchodząc w jakieś dłuższe i nieco czepialskie rozmyślania nad jego treścią, to spokojnie go sobie kupcie i czytajcie na zdrowie. (Mam takie osoby w bliskim otoczeniu i uważam, że dla nich będzie to naprawdę super propozycja - "Zderzacz" został już dla nich spakowany i gdzieś po majówce zostanie przekazany w dobre ręce). Omińcie też resztę mojej recenzji, bo nie napiszę już prawdopodobnie nic, co mogłoby Was zainteresować, a tylko (być może) zmniejszę Wasza przyjemność z czytania. I nawet mimo nich uważam, że świetnie, że również w polskiej literaturze można znaleźć historie kryminalne na coraz wyższym, dorównującym światowemu, poziomie.
Recenzja zaawansowana - część 1, czyli refleksje o rynku wydawniczym, znaczeniu redakcji, odpowiednim czasie wypieku chałki, języku niemieckim i nadmiernej egzaltacji
Po pochwaleniu Autorki (i naprawdę bardzo mocnym jej docenieniu, na tyle, że chętnie sięgnęłabym po drugą część) muszę jednak przejść do swoich wątpliwości na temat tej pozycji. Przed tym muszę jednak zauważyć, że są to wątpliwości odnoszące się do zupełnie innych "warstw" tej książki niż warstwa kryminalno-thrillerowata. Zdaję sobie sprawę, że dla mnóstwa osób nie będą to względy ważne (wątpię nawet, czy wiele osób w ogóle zwróci na te rzeczy uwagę; takie przypuszczenie potwierdza też moje przejrzenie innych recenzji na Goodreads), jednak nie byłabym uczciwa, jakoś je w swojej recenzji pomijając.
Głównym i niestety bardzo dużym problemem, który momentami totalnie rujnował mi przyjemność z czytania, jest... bardzo dziwacznie wykonana redakcja i korekta książki. Nie chodzi mi tutaj o błędy w rodzaju literówek czy zmienionych końcówek wyrazów, które zdarzają się i zdarzać się będą w każdej książce - jasne, trochę ich zauważyłam, prawdopodobnie znalazłabym więcej, gdybym się na nich skupiła, ale nie wychodzą one chyba poza normę w polskiej literaturze rozrywkowej (nad czym ubolewam, ale to temat na inny raz). Przez "dziwaczność" redakcji rozumiem w tym wypadku mnóstwo niezgrabności językowych, logicznych nieścisłości w samych konstrukcjach zdań czy akapitów i rzeczy, które osoba z językowym przygotowaniem merytorycznym, myśląca logicznie i analitycznie i mająca na porządną redakcję czas i otrzymująca za to godziwe wynagrodzenie mogłaby rozwiązać w tydzień, znacząco poprawiając jakość całej książki. Jest to dla mnie też o tyle zaskakujące, że wydawcą "Zderzacza" jest Wydawnictwo W.A.B., w którym pracują osoby znające się na tym, co robią (co widać chociażby po niedawnym "Mam nadzieję" Katarzyny Czajki-Kominiarczuk, które jest zredagowane moim zdaniem modelowo).
O co dokładnie chodzi? O różnego rodzaju "głupotki" językowe czy stylistyczne, które jednak mnie potrafiły całkowicie wytrącić z rytmu czytania i sprawić, że mój mózg szedł drogami, których nie przewidziała dla niego w danym momencie Autorka. Pierwszy taki zgrzyt pojawił się na str. 100, w którym jedna z bohaterek wyrabia dwie chałki (wypieki z ciasta drożdżowego wiązany powszechnie z - uprośćmy - "kuchnią żydowską"). Na początku sceny plecie warkocze z ciasta, rozmawiając z dwoma mężczyznami przy jedzeniu kolacji; po kilkunastu minutach, które musiała trwać ich rozmowa, jeden z nich zauważa, że "nawet nie wstawiła chałek", na co ona zrywa się z krzesła i wrzuca ciasto do piekarnika. Rozmowa toczy się przez dalsze kilka minut (przynajmniej tak wynika z tekstu), po czym pada refleksja, że "może obie chałki są już gotowe", na co kobieta radośnie wyciąga je z piekarnika, jedną od razu podając, a drugą momentalnie kryjąc pod ścierką na blacie w kuchni, "mając nadzieję, że przetrwa do jutra" (str. 108).
Właściwie każda osoba pracująca z ciastem drożdżowym wie jednak, że takie ciasto rośnie dwukrotnie, za drugim razem (tutaj był to drugi raz, bo już zapleciono warkocze) od 30 do 120 minut w zależności od rodzaju wypieku, temperatury i wilgotności pomieszczenia, a następnie piecze się od 20 do nawet 40 minut (przy czym chałki są zazwyczaj dość wysokie, więc raczej obstawiałabym ten dłuższy czas). Innymi słowy: nie ma szans, by rozmowa opisana w tej scenie potrwała tyle, ile potrzebowałaby chałka, by urosnąć i się upiec. (Nie mówiąc już o tym, że nikt nie powinien przykrywać niczym czegoś wyciągniętego z piekarnika rozgrzanego do 200 stopni). Pojawia się więc bardzo poważny zgrzyt. Rozumiem, że nie można liczyć na to, że każdy wers będzie idealnie oddawał upływające minuty. Z drugiej natomiast strony w tej opowieści dość spore znaczenie ma czas (tzn. że ktoś będzie gdzieś dokładnie za 57 minut, ktoś będzie na kogoś czekał dopiero o 10), całość dzieje się też w zaledwie dwa czy trzy dni, ogólnie robione jest wszystko, by czytelnik zastanawiał się nad tym, ile czasu upływa... po czym w jakiejś przypadkowej scenie ekspozycyjnej ów czas jest totalnie zakłamany, nieprzemyślany i bardzo dziwnie opisany, powodując ów dysonans. . I teraz - nie chodzi o to, żeby rozpisywać dialog co do minuty, ale o ile byłaby ta scena lepsza, gdyby dodano jedno (jedno!!!) zdanie, w którym osoby dramatu, zamiast rozmawiać "ciągiem", zrobiłyby (w domyśle) 10-15 minut przerwy na pozmywanie naczyń, a dopiero potem kontynuowały rozmowę.
Ta scena jest dość jaskrawym przykładem, natomiast w książce pojawia się bardzo dużo podobnych momentów - na przykład na str. 393 i 394 wyrażenie smutku, że w restauracji są tylko potrawy wegetariańskie, bo na wegańskie "na tym szwajcarskim zadupiu nie ma co liczyć", a potem zjedzenie spaghetti aglio e olio (który jest jednym z typowych dań wegańskich, o ile makaron jest "podstawowy", a nie jajeczny, i zgodnie z tradycyjną recepturą nie obsypie się go parmezanem).
Coś bardzo, bardzo mocno pod względem redakcji i korekty nie zagrało także w kwestiach ogólnie rzecz ujmując "niemieckojęzycznych" (i piszę to jako osoba pracująca w tym języku i mająca nawet przyzwoitą wiedzę w tym zakresie). Trochę tak, jakby pisała te kwestie czy sceny osoba nieznająca niemieckiego, a potem nikt nie dał tego do przejrzenia żadnej osobie rzeczywiście posługującej się tym językiem. Przykład: bohaterka zwraca się do nieznajomego Szwajcara-policjanta w formie grzecznościowej (str. 134), a on odpowiada jej (po niemiecku - w domyśle - który jest zapisany jako polski) na "Ty", co moim zdaniem właściwie nie ma prawa się zdarzyć w rzeczywistości (bo mieszkańcy krajów niemieckojęzycznych są bardzo do tych form przywiązani, zresztą tak jak Polacy).
Inny przykład, bardziej jaskrawy i rażący, ze str. 136 (i potem powtórzone dalej w tekście na str. 227), napisanie "Hohdeutsche" jako określenia czystej niemczyzny, gdzie formą jedyną i poprawną (ironicznie) jest "Hochdeutsch". Albo napisanie "Sprechen sie Deutsch?" zamiast poprawnego zwrotu bezpośredniego w formie grzecznościowej "Sprechen Sie Deutsch? (str. 143). Nagminnie z jakiegoś powodu i bez żadnego szerszego wytłumaczenia kontekstu jest też używane bardzo, bardzo kontrowersyjne (lub wręcz niepoprawne) w językoznawstwie sformułowanie "język szwajcarski" (do kwestii rzetelności naukowej jeszcze przejdziemy, na razie zostawmy to w ten sposób), przy czym potem nagle i ponownie bez uzasadnienia pojawiają się wzmianki o "lokalnej gwarze" (co tym bardziej nastręcza mi trudności interpretacyjnych).
Na moim poziomie nauki francuskiego nie mogę tak mocno przyjrzeć się wtrętom z tego języka, ale nie wydaje mi się też, żeby wszystkie te kwestie były napisane poprawnie (np. "benvenue" na str. 196 z tego, co podejrzewam, powinno brzmieć "bienvenue"). Jest to o tyle dziwne, że ani niemiecki, ani francuski nie są językami totalnie egzotycznymi i nieznanymi w Polsce, większość tych rzeczy przy odrobinie dobrych chęci można z łatwością znaleźć w Google i zupełnie nie rozumiem, dlaczego po prostu to olano. Ponownie: wystarczyłoby 20 minut researchu i nagle połowa moich uwag w ogóle by się nie pojawiła.
Nie jest też dobrze, gdy chodzi o... wykrzykniki i wykrzyknienia. Wiadomo, że w thrillerze będą występować dość dramatyczne i nacechowane emocjonalnie momenty, że zadzieje się sporo szybkich dialogów, i że wykrzykniki pójdą w ruch (i dobrze!). Problem zaczyna się natomiast przy różnego rodzaju opisach "zwykłych" sytuacji, w których wykrzykniki wstawiane są prawie tak samo często jak przecinki bez większego uzasadnienia. To sprawia, że podczas czytania o danej sytuacji (np. imprezie w gronie poważnych i dość introwertycznych, wycofanych naukowców na str. 154) czujemy się tak, jakbyśmy mieli w rękach pamiętnik naiwnej gimnazjalistki - sześć wykrzyknień w trzech akapitach "opisowych" (nie dialogach) to naprawdę za dużo, gdy człowiek ma więcej niż 16 lat.
Gdyby na porządną redakcję znalazły się czas, chęci, umiejętności i pieniądze, można by również pozbyć się iluś nadmiernie uproszczonych, problematycznych z różnych względów akapitów pisanych chyba po to, żeby pokazać poglądy Autorki, ale zupełnie zbędnych i nieprzystających do tej formy - jak nagły wtręt o różnych stosunkach osób różnej płci do własnego ciała ze str. 397 (który upraszcza i wypacza temat), dygresja o kuchni żydowskiej (z mojej "ulubionej" sceny z chałką ze str. 101), zaczątki jakiejś metafizycznej refleksji ze str. 231 i pewnie jeszcze trochę innych, których sobie nie zaznaczyłam. Jako zwolenniczka koncepcji kształtowania rzeczywistości przez określone użycie języka czułam się też bardzo dziwnie przy czytaniu o lekach na bezsenność jako "sposobu na ucieczkę od rzeczywistości" (str. 275). Można by również wyeliminować różne ostentacyjne głupoty typu mówienie chirurżce, żeby włożyła rękawiczki przed dotknięciem krwi obcej osoby (str. 452). bardzo dziwnym podejściu do nazw własnych - z jednej strony Genewa, a nie Genf, ale z drugiej "Zurichsee" zamiast Jezioro Zuryskie; a na dokładkę (str. 422) nagle "Friedhof Zollikon" zamiast "cmentarza w Zollikon(ie)", różne zapisy słów obcojęzycznych (czasem kursywą, czasem nie). Niestety, żaden z opisanych przeze mnie błędów nie został wyeliminowany - i choć nie zamierzam dociekać, kto dokładnie tu zawinił, to muszę przyznać, że bardzo mocno mnie te wszystkie rzeczy denerwowały (bo zdaję sobie sprawę też z tego, o ile lepsza mogłaby być ta książka, gdyby je poprawiono).
Recenzja zaawansowana - część 2, czyli trochę o naukowej rzetelności
Skoro odniosłam się już do kwestii redakcji, korekty i "technicznej" stylizacji, chciałabym też poruszyć kwestie merytoryczne. Jeżeli czytaliście coś na temat tej książki, wiecie, że jest to thriller reklamowany jako "thriller naukowy" czy "thriller fizyczny" - akcja dzieje się w CERN-ie, a cała intryga opiera się na określonej fizycznej koncepcji i pewnym matematycznym wzorze ją opisującym.
Absolutnie nie mam kompetencji, żeby komentować to, w jaki sposób Autorka opisuje różne koncepcje fizyczne, mogę tylko zauważyć, że bardzo mi się podoba to, że mimo wszystko nie jest to przesadzone i można przy odrobinie skupienia zrozumieć, o co chodzi, nawet bez większej wiedzy na ten temat. Fizyka staje się tutaj tym, czym historia sztuki i nauka o symbolach jest dla Dana Browna (do którego oczywiście "Zderzacz" musi odwołać się wprost, i to dwukrotnie, bo absolutnie żaden czytelnik się tego nie domyśli, jeśli nie będzie miał tego napisanego czarno na białym) albo czym historia i historia sztuki były dla Luisa Montero Manglano w "Trylogii Poszukiwaczy". W ten sposób prowadzony jest również marketing "Zderzacza", nawet okładka zawiera sformułowanie, że powieść ta "oparta jest na niepublikowanym odkryciu polskiego naukowca. To samo powtórzone zostaje w posłowiu ("reguła (...) została odkryta"), zachęceni zostajemy również do zapoznania się z pracą naukową "szczegółowo omawiającą to nowe prawo przyrody oraz z jej recenzjami".
I tutaj właśnie zaczyna się mój ogromny, ogromny problem z tą historią. Zupełnie inaczej patrzyłabym bowiem na całość, gdyby było jasno mówione, że cała opowieść jest li tylko twórczym rozwinięciem jednej z wielu koncepcji i stworzeniem pewnej alternatywnej rzeczywistości, w której owa koncepcja jest prawdą (czyli coś, co zrobił Dan Brown czy chociażby Zygmunt Miłoszewski) - tutaj natomiast mowa już o "odkryciu", czyli czymś obiektywnym, co jest popularyzowane w formie thrillera ze względu na swoją niezaprzeczalną i udowodnioną wartość naukową, wykazaną w sposób przyjęty w nauce i tak też sprawdzoną.
Takowej wartości - uprzedzając moje rozważania - niestety nie ma, i bardzo razi mnie to, że w taki sposób zarówno wydawnictwo, jak i autorka starają się opisywaną koncepcję przedstawić. Jestem pewna (i tak też to widzę w recenzjach), że wiele osób nieznających podstaw metody naukowej po przeczytaniu tej książki po prostu we wszystko uwierzy, nie odróżniając fikcji od rzeczywistości, a w dobie powszechnych fake newsów i dezinformacji moje serce bardzo gorąco sprzeciwia się wszelkim próbom świadomego fałszowania rzeczywistości.
Jedną kwestią jest to, że Autorka (do czego akurat sama się przyznaje) nie posiada wykształcenia kierunkowego z fizyki czy matematyki - okej, zdarza się, i nie musi to wpływać na umiejętność opisania danej koncepcji (przykładowo Jakub Szamałek specjalizował się w archeologii śródziemnomorskiej, a jednak wręcz wybitnie poszło mu opisywanie współczesnych zagrożeń technologicznych). Drugą niepokojącą rzeczą jest jednak fakt, że rzeczywistym autorem opisywanej koncepcji (a raczej jej "odkrywcą", jak chciałaby Autorka), jest jej były mąż, Krzysztof Zawisza, związany z Uniwersytetem Warszawskim oraz z KUL-em.
I o ile stosunek rodzinny również jes topisany wyraźnie i bez przekręceń, to o tyle dalszy research sprawia, że pojawiają się bardzo poważne wątpliwości co do rzetelności naukowej teorii, na której bazuje książka - która zdaniem Autorki i Wydawnictwa została przecież "odkryta", a nie np. "sformułowana". Teoria została przez p. Zawiszę opisana w jednej pracy, która nie została opublikowana w żadnym zweryfikowanym czasopiśmie naukowym (jest jedynie dostępna w .pdf) - samo to powinno włączać nam lampki alarmowe i sprawiać, że nie będziemy dowierzać rzeczom, którym nie rozumiemy, skoro nie zaakceptowali ich ludzie mądrzejsi od nas. W jednym miejscu znalazłam informację o recenzentach tegoż artykułu (aczkolwiek brak linków do tekstów recenzji), z których co najmniej jeden prawdopodobnie współpracował z p. Zawiszą na jednym wydziale. W internecie dostępna jest także prezentacja (bez rozpisanej bibliografii) autorstwa p. Zawiszy zatytułowana "Synchroniczność" i zakończona "wnioskiem" "Wszechświat jest kosmosem" oraz jego strona z wierszami (chyba jego autorstwa?) i przypadkowymi zdjęciami (ponownie: bez źródeł) mówiących o synchroniczności.
Ogólnie rzecz biorąc: brak jakichkolwiek podstaw naukowych, by mówić z całą pewnością, iż teoria została "odkryta" - na razie jest to zbiór nieudowodnionych, nieaprobowanych przez środowisko konstruktów nieopisanych w żadnym naukowym źródle. Nawet osoby, które jednak przywiązują wagę do rzetelności i precyzji, jak np. Zwierz Popkulturalny (z której polecenia po tę książkę sięgnęłam), patrzą na tę książkę jako na "świetne połączenie fizyki z akcją". Mi od razu włącza się lampka alarmowa, której sygnał rozlega się zawsze, gdy ktoś próbuje mi jako coś pewnego i sprawdzone sprzedać coś, co w żadnym razie pewne nie jest, a potem dalej brnąć w argumentację, że musi to być prawda. Im więcej fake newsów, dezinformacji, siania niepewności w stosunku do standardów metod naukowych, tym dla wszystkich gorzej, i tym gorsze może to mieć długofalowe konsekwencje. Nawet jeśli występuje to "tylko" w thrillerze.
Podsumowanie
Mimo wszystkich moich uwag w wersji fabularno-kryminalnej "Zderzacz" to naprawdę bardzo dobrze czytająca się książka, trochę zapoczątkowująca w Polsce nowy gatunek thrillera "naukowego". Nie mogę jednak nie podnieść bardzo poważnych wątpliwości dotyczących jej rzetelności (które nie pojawiłyby się, gdyby jednak nie nalegano na promocję tej książki jako właśnie thrillera "naukowego") oraz uwag dotyczących okropnej redakcji i korekty.
Akcja rozgrywa się pod koniec grudnia 2011 roku. Profesor Accardi przedstawia postępy prac związanych z poszukiwaniem bozonu Higgsa. Następnego dnia dochodzi do morderstwa, a ofiarą jest młody, wybitnie uzdolniony naukowiec Noah Majewski. Jego ciało zostaje odnalezione w pobliżu Wielkiego Zderzacza Hadronów. W sprawę angażują się osoby, pochodzące z bliskiego otoczenia ofiary, ale szybko okazuje się, że niebezpieczeństwo zawisło również nad nimi. Tym samym zostają oni zmuszeni do ucieczki, by uratować swoje życie.
Na początku było mi trudno wgryźć się w tę książkę. Już na samym początku było czuć, że pojawi się kilka perspektyw, potem doszła do tego lekko poszatkowana linia czasowa, a wisienką na torcie był naukowy żargon, który był średnio dla mnie zrozumiały. Od razu zaznaczę, że taka trudność może wystąpić na początku, bo potem wszystko się układa w spójną całość, a naukowe kwestie zostają lekko odsunięte na bok. Bardzo często, na kartach książki, pojawiają się nawiązania do Dana Browna (tego od "Anioły i demony", a ten tytuł i "Kod (...)" był nawet, dosłownie, podczas rozmów między bohaterami wymieniany), a równocześnie autorka widocznie zainspirowała się twórczością tego autora. Mamy jakąś gałąź naukową, która jest bardzo szeroko omawiana w powieści oraz jest zarazem kluczem do zrozumienia następujących po sobie wydarzeń. Jeśli akurat tę konkretną gałąź nie do końca rozumiemy to odbiór powieści może być częściowo negatywny. Przyznaję, że jestem noga z nauk ścisłych i trochę ciężko mi szło przebijanie się przez ten matematyczno-fizyczny żargon. Jeśli chodzi o pozostałe elementy to tutaj było już zdecydowanie lepiej. Akcja ze strony na stronę zaczyna przyspieszać, a bohaterowie na każdym kroku są zagrożeni, bo czują jak im się ta niewidzialna pętla zaciska na szyjach. Zakończenie książki jest satysfakcjonujące i to była taka wisienka na torcie, dopełniająca całość.
Pomimo mojego małego falstartu, uważam, że jest to solidnie napisany thriller. Cztery gwiazdki.
Grudzień, 2011, Genewa, CERN. Prof. Accardi przedstawia postępy prac nad odkryciem boskiej cząstki: bozonu Higgsa. Dzień później, w podziemnej kawernie Wielkiego Zderzacza Hadronów znalezione zostaje ciało młodego fizyka. Na dodatek stało się to, co wydawało się niemożliwym - blackout.
Zacznę od końca, bo ta myśl idealnie podsumowuje moje odczucia na temat książki: „Zderzacz” to coś jak Dan Brown, tylko że dużo lepsze.
Nie złapałabym pewnie za tę książkę, gdybym jej nie dostała w prezencie od wydawnictwa. Jaka to by była strata! Wciągnęłam się tak, że miałam focha, kiedy około drugiej w nocy zachciało mi się spać, bo ja chciałam czytać. Pomysł na fabułę absolutnie genialny, a wykonanie to już całkiem majstersztyk. Ja jestem z tych, którzy sporo googlują, kiedy czytają o skomplikowanych tematach. Tak samo było tutaj. Takie moje małe „sprawdzam” 😉 Na żadnych błędach autorki nie przydybałam, a po przeczytaniu posłowia i podziękowań już wiedziałam dlaczego. Brawo za dobry reaserch! Co najlepsze, to mnie, laikowi w temacie fizyki, wszystko od strony naukowej wydawało się zrozumiałe. I tutaj to już się kłaniam autorce w pas, bo to trzeba potrafić pisać prosto o wybitnie skomplikowanych sprawach. Oczywiście, prócz matematyczno-fizycznej strony, mamy również wątek kryminalny, historię wielkiego uczucia i dochodzenie po nitce do kłębka z wieloma zagadkami po drodze. Jak mnie się to podobało!
Właściwie to nie ma się tu do czego przyczepić. Bohaterowie są przemyślani i bardzo prawdziwi, tempo akcji szybkie, pełne zwrotów akcji, zakończenie świetne i daje nadzieję na ciąg dalszy. I tego ciągu dalszego bardzo sobie życzę.
Czytajcie, bo to jest coś, czego na naszym rodzimym rynku jeszcze nie było!
Pare razy żałowałem, że zacząłem czytać tę książkę, bo nie pomaga w porannym wstawaniu. Prości bohaterowie trochę sprawiają, że ich wybory są przewidywalne ale nie przeszkadzało mi to za bardzo, bo sama akcja ciagle była zaskakująca dzięki całej historii wprowadzanej fragmentami przez retrospekcje łączące się z aktualnymi wydarzeniami. Też cześć naukowa książki bardzo dobrze gra z fabuła, bo po przeczytaniu mam ochotę pojechać do CERNu i zacząć tam pracować.
Trochę mi zajęło i to może był błąd. Generalnie przyjemna, „naukowy bełkot” całkiem zrozumiały, dla mnie jego obecność była na plus, jednak zakończenie mało szokujące i niesatysfakcjonujące :/ 2,7/5
4,5 Świetny kryminał. Na początku trzeba się przyzwyczaić do naukowych wstawek, często dość obszernych, aby później w pełni zaangażować się w historię i z zapartym tchem przewracać kolejne strony. Wątki z działu fizyki, ekonomii oraz filozofii bardzo na plus, dzięki nim nie ma się wrażenia, że jest to kolejny trochę naiwny i głupiutki thriller. Dialogi czasem są głupiutkie, ale ja będąc na miejscu głównych bohaterów też mogłabym zachowywać się jeszcze bezsensowniej niż zazwyczaj podczas zaćmienia umysłu, więc nie oceniam. Tylko czasami mieli gąbki zamiast mózgu.
Czegoś mi brakowało w zakończeniu, ale mimo wszystko była to świetna zabawa. Niech was nie zmylą 4 gwiazdki, w moim przypadku książkom kryminalnym bardzo ciężko jest się przebić ponad nie. A ta dostała aż 4,5. Gorąco polecam!
Szwajcaria, ośrodek badań jądrowych, przedstawienie najnowszych wyników poszukiwań bozonu Higgsa, czyli boskiej cząstki wzbudza w środowisku naukowym euforię. Dzień później jeden z najbardziej utalentowanych fizyków polskiego pochodzenia, Noah Majewski zostaje znaleziony martwy w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Okazuje się, że Noah w sekrecie pracował nad Regułą Przypadku, co mogłoby zmienić znany nam porządek świata. Jego bezcenne notatki gdzieś przepadły. Śledztwo w sprawie tej tajemniczej śmierci Noaha prowadzi inspektor Hauser...
Brzmi intrygująco, prawda? To zaledwie ułamek wciągającej lektury! Fani sensacji będą zachwyceni, pełno tu zwrotów akcji, są i pościgi samochodowe czy strzelaniny.
To rewelacyjny thriller naukowy! Wielu może odstraszać, że mamy tu kwestie dotyczące fizyki czy matematyki, ale bez obaw, jest napisana bardzo przystępnie. Wymaga skupienia, ale laik bez problemu poradzi sobie z lekturą tej książki. Autorka ciekawie wprowadza nas w świat naukowych eksperymentów.
Fabuła jest wielowątkowa, dobrze dopracowana i zgrabnie łączy się w całość. Akcja rozgrywa się dynamicznie. Nie ma czasu na nudę, intryga goni intrygę. Z zapartym tchem śledzi się rozwój sytuacji. Plastyczne opisy sprawiają, że ma się wrażenie jakby się było w centrum zdarzeń rozgrywających się w tej książce. Bohaterowie są wyraziści, zwłaszcza kobiece postaci są bardzo charakterne.
Skłania do refleksji czy naszym życiem rządzą przypadki? A co jeśli wszystko da się policzyć i przewidzieć?
To fascynująca i na wysokim poziomie rozrywka! Jestem pod wrażeniem dokonanego przez autorkę researchu. Gorąco polecam!
Czy wiem co o tym uważam? Nie do końca. Bo w „Zderzaczu” z jednej strony mamy zdecydowanie zbyt dużo perspektyw, opisy tego, co każdy z bohaterów zjadł na śniadanie i gdzie był dziesięć lat temu na wakacjach. Ta książka mogłaby być sto stron krótsza. Ponadto akcja bardzo szybko ucieka z CERN-u, który był głównym powodem, dla którego sięgnęłam po tę książkę, a rozwiązanie kryminalne jest po prostu kiepskie i bardzo bez polotu w stosunku do całej reszty fabuły. W dodatku nasza bohaterka troszeczkę za mało przejmuje się, że ktoś zabił jej brata, co odbiera temu wątkowi wiarygodność. Z drugiej jednak strony mamy niesamowitą teorię naukową (w dodatku sformułowaną przez byłego męża autorki, co wywaliło mnie z butów), CERN, którego nie jest tak dużo jakbym chciała, ale i tak doceniam skupienie uwagi na tym niesamowitym obiekcie, genialnych naukowców i o dziwo bardzo dobrą policjantkę, co w książkach jest rzadkością. Literacko było to przeciągnięte, zbyt sensacyjne, było nieco za mało Wielkiego Zderzacza Hadronów, którym reklamowana jest ta powieść, ale w ostatecznym rozrachunku jestem zachwycona, że ta książka powstała. Mimo że średni z tego thriller to zaplecze naukowe w pełni to rekompensuje.
Przez pierwsze 70 stron było trochę słabo, bo miałam trudności z wpasowaniem się ale potem historia ruszyła z zawrotną prędkością. Od początku historia kojarzyła mi się z twórczością Dana Browna, który nie raz został na kartach tej powieści przywołany. Im dalej w historię tym miałam więcej skojarzeń z różnymi jego książkami. Dostarczyło mi to wiele radości bo uwielbiam Browna a w szczególności jego książkę " Anioły i demony".
Gdybym miała w kilku słowach podać mocne strony tej książki to bym powiedziała: Porywająca historia i intryga, mnóstwo akcji, świetnie wykreowani bohaterowie i niejednoznaczna zagadka.
Bardzo podobało mi się to, że historię przedstawiono z perspektywy kilku osób i różnych linii czasowych. To pozwoliło naprawdę dobrze poznać bohaterów a także ich motywację.
Mój jedyny zarzut to sceny erotyczne. Było ich naprawdę mało ale jakoś i tak nie pasowały mi do tej historii i trochę denerwowały. Wybijały z rytmu akcji. Mogłabym się jeszcze uczepić ilości zagadnień z fizyki i matematyki, których nie rozumiałam ale tego nie zrobię bo stanowią istotny element fabuły tak jak historia sztuki w przypadku książek Dana Browna.
W moim przypadku zagadnienia z nauk ścisłych wymagały większego skupienia się w trakcie lektury ale nie odebrało mi to radości z czytania ani nie zmniejszyło poziomu pisania autorki.
Napisany na bardzo wysokim poziomie thriller naukowy, który mam nadzieję trafi za granicę bo naprawdę jest wart tego aby przeczytało go jak najwięcej osób.
3.7 to było serio dobre po prostu nie moje, utwierdzam się od jakiegoś czasu odkrywam ze lubię thrillery i kryminały dużo mniej niż mi się wydawało ale bardzo doceniam watek matematyki i fizyki w tej książce jak ktoś lubi te dziedziny to myślę ze będzie to duży plus tak jak był dla mnie
Polska literatura kryminalna to dla mnie taka guilty pleasure; częściej z naciskiem na "guilty" (Moss, Mróz, Witkiewicz), ale nierzadko na "pleasure" (Piotrowski, Szamałek). Do "Zderzacza" podchodziłem więc ostrożnie, bez przesadnego entuzjazmu i wielkich oczekiwań. Jak miło mnie ta powieść zaskoczyła! Na plus: wartka akcja, wyraziste postaci, ciekawa intryga i akcenty naukowe, podane przystępnie i zgrabnie. Minusy? Na pewno niejeden, ale za bardzo zająłem się czerpaniem przyjemności z lektury, żeby się nad nimi skupiać.
Thiller naukowy, tajemnicze odkrycie fizyka, morderstwo w Wielkim Zderzaczu Hadronów - czy nie brzmi to świetnie?!
Obawiałam się tej książki. Byłam pewna, że będzie w niej dużo naukowych terminów, których nie zrozumiem. Fizyk ze mnie żaden, a pomimo tego bawiłam się przednio i wszystkie naukowe smaczki były dla mnie ogromnie ciekawe.
Cała fabuła owiana jest tajemnicą - w Zderzaczu Hadronów podczas blackoutu ginie młody, zdolny fizyk - Noah Majewski. Do końca powieści jesteśmy trzymani w napięciu: Czy to zwykły przypadek? M0rderstwo, czy może sam0bójstwo? (proszę wybaczyć dziwną pisownie, chce uniknąć blokady ze strony instagrama). Opisy w tej książce to coś fantastycznego! Czułam się, jakbym brała czynny udział w wydarzeniach. Wszystkie elementy śledztwa, pościgi, momenty pełne napięcia i akcji, a wszystko na tle fizyki: poszukiwaniu cząstki bozonu Higgsa, tajemniczej Reguły Przypadku. Czułam się jakbym pochłaniała tę książkę i to w czytaniu lubię najbardziej. Szczerze kibicowałam bohaterom - Avie, czyli siostrze fizyka, Alexie, jego przyjacielowi oraz pełnej zaangażowania inspektor Hauser.
Jeśli lubicie fizykę, pełnych akcji thillerów, literaturę naukową z elementem rozrywki - ta książka będzie dla was IDEALNA!
Dziecko: Mamo, mamo, chcę książkę Dana Browna! Matka: Przecież mamy Dana Browna w domu. Dan Brown w domu: Joanna Łopusińska.
Wow! Książka klasy światowej. Gdybym nie wiedział że autorką jest Polka, w życiu bym nie założył iż jest to Polska książka.
Najważniejszym elementem książki jest arcymistrzowska fabuła w której widać że autorka pisze o temacie na którym na prawdę się zna i lubi go. Trzeba zaznaczyć że temat poruszany w książce nie jest prostym, a powiedziałbym nawet więcej, jest bardzo bardzo trudnym dla większości ludzi zarówno w Polsce, jak i na świecie. Z tego też powodu wielkie brawa dla autorki która opisała bardzo ciężki język nauki w odniesieniu do matematyki i fizyki, w bardzo przystępny, a nawet jestem w stanie powiedzieć że prosty sposób.
Dużym plusem powieści są cudownie napisane postacie, zawarte w dwóch okresach czasowych. Ava is my new book love!
Bardzo zaskakującym i bezpośrednio nie zauważalnym (a być może nawet nieakceptowalnym, bo trudno w to aż uwierzyć) jest fakt iż motyw główny książki czyli Reguła Przypadku istnieje na prawdę! Napiszę nawet więcej, została opracowana przez Polaka! Czy ktokolwiek, kiedykolwiek słyszał o tym że Polak Krzysztof Zawisza coś takiego odkrył? Nie, dlaczego? Nie wiem, ale zdecydowanie jest on jednym z najbardziej niedocenionych Polskich naukowców XXI wieku.
Książka, sposób jej napisania, bohaterowie, ich relacje, dialogi, naukowe tło akcji, wszystko to złożyło się na według mnie na prawdę wybitną powieść. Czy moje początkowe porównanie autorki Joanny Łopusińskiej do Dana Browna było zasadne? Według mnie zdecydowanie tak, w książkach Browna jest podtekst symboliczno-religijny, tutaj mamy naukowy w odniesieniu do matematyki i fizyki w ich najtrudniejszym rozumowaniu. Książka mistrzowska, a autorkę w 100% można mierzyć miarą Polskiego Dana Browna w wersji kobiecej.
W książce jestem zakochany, podobnie jak w CERN-ie i Wielkim Zderzaczu Hadronów. Moja miłość do wybitnej szwajcarskiej instytucji i największego na świecie oraz najważniejszego z naukowego punktu widzenia urządzenia powstałego w XXI wieku, właśnie w Genewskim instytucie zrodziła się właśnie dzięki powieści Dana Browna pt. "Anioły i Demony" jeszcze w 2020 roku (do dziś pamiętam jak w liceum przedstawiałem prezentacje na lekcji fizyki na temat CERN-u, nikt mnie nie słuchał a ja się czułem jak w niebie). Joanna Łopusińska, autorka "Zderzacza" no nowo obudziła we mnie miłość do tego tematu za co bardzo mocno jej dziękuję!
4.5/5 Miała gorsze momenty, ale wygrała swoją świeżością tematyczną. Interesująca, z elementami nauki i filozofii - w optymalnym natężeniu. Chętnie wracałam do słuchania, chociaż akurat to przypisuję głównie świetnemu lektorowi. Polecam!
Polski Dan Brown, chociaż nieco uboższy. Brawa dla autorki za reaserch, widać pracę i czas włożony w proces twórczy. Pomimo, że książka zawierała dużo definicji ze świata nauki były one wyłożone przystępnie dla przeciętnego czytelnika. Opisy górzystych regionów Szwajcarii w zimie robiły wrażenie i działały na wyobraźnię. Natomiast jak dla mnie zbyt mało odpowiedzi na końcu, praktycznie żadnych. Wiem, że powstanie druga cześć, ale jednak… Pewne wątki można było wyjaśnić zamykając tę cześć fabuły. Liczyłem też na jakiś plot twist na końcu, ale się zawiodłem. Od połowy książki już wiadomo kto jest za co odpowiedzialny stąd brak napięcia przy rozwiązaniu akcji. Czy przeczytam drugą cześć? Pewnie tak, jednak nie będzie na szczycie moich priorytetów.
2.75 Nieobiektywna ocena bo przedstawiono jeden z moich ulubionych naukowo-fizycznych motywów w literaturze, wiec miałam ogromna oczekiwania. Troszkę się zawiodłam:( dodaje CERN do moich must have see w życiu, zaraz po zwiedzeniu NASA 🤜🏻🤛🏻