Główna bohaterka bywała tak naiwna, że momentami miałam ochotę potrząsnąć książką i zapytać, czy ona naprawdę w to wszystko wierzy. 😵💫
Emilia Faust, czy raczej "Ella Cinderella", czyli jej blogowe alter ego, próbuje wymyślać historiom nowe, lepsze zakończenia - bo „po co komu czytać o czymś złym, jeśli można napisać happy end”. Sam motyw marzycielstwa zwykle mi nie przeszkadza, ale tutaj był podkręcony do granic cierpliwości - na szczęście później fabuła daje temu sens i wyjaśnienie, które trochę ratuje całość. 💻👤👑
Los sprawia, że drogi Elli i Oscara de Witta krzyżują się w dość nietypowych okolicznościach i niejako zmusza ich do wspólnego funkcjonowania. Z jednej strony Oscar jest całkiem uroczy… jeśli można tak powiedzieć o człowieku w jego stanie po pierwszym spotkaniu z Emilią... Z drugiej - obecność kobiety w jego życiu jest wyzwaniem, bo próbuje znaleźć sposób, by nie tylko podarować mu happy end, ale też zrozumieć, kim on w ogóle jest i czego sam pragnie.
𓊍🩼🚴🏼♀️
Mocno wkurzała mnie też relacja Elli i Philipa, jej chłopaka/ narzeczonego. To związek oparty bardziej na poczuciu winy niż na realnym uczuciu. Philip oświadcza się Elli z poczucia winy, a potem ma do niej pretensje, że ich relacja i tak od dawna się rozpada, bo ona buja w obłokach i nie chce przyjąć do siebie, że nie każda historia kończy się szczęśliwie. Najbardziej irytujące jest to, że zamiast coś zmienić, Philip woli oskarżać Ellę, że próbuje na siłę stworzyć happy end tam, gdzie od dawna go nie ma, a potem przychodzi błagać żeby do niego wróciła i odrywa wielkie sceny zazdrości. 💍👨🏼💼🗯️