Byłam pewna, że wyrośliśmy już z ery ratowania kogoś na siłę miłością, no cóż, myliłam się.
Książkę mają ciągnąć bohaterowie, no to ciągną, głęboko na dno. Od pierwszej strony nie mogę zdzierżyć ani Everlee, ani Mavericka. Doskonale rozumiem, że obydwoje to ludzie z przeszłością i traumą, ale to nie wyjaśnia, że obydwoje są totalnymi kasztanami i zamiast mózgu mają orzeszka (albo ziarenko kawy - bardziej pasuje do tematu książki).
Everlee aka Angel aka Blondie (miałam ochotę zrobić Oczu Kąpiel za każdym razem, gdy Maverick ją tak nazywał) - postać nieposiadająca ani jednej pozytywnej cechy charakteru, tak właściwie to nie posiadająca żadnej cechy charakteru, jedyne co ma, to traumę. Aha, no i wszystkich ocenia po pozorach, cały czas rzuca jakimiś stereotypami na lewo i prawo i mamy ją za to polubić. No nie pykło.
Maverick - super seksi futbolista, jest seksi, i piękny, i seksi, no i jeszcze seksi. Pod płaszczykiem mięśni kryje się poeta i wielka potrzeba uratowania naszej księżniczki. Generalnie żeby to osiągnąć (no i przy okazji poderwać - choć to jedno i to samo, bo ratowanie ma się odbyć przez miłość) narusza jej przestrzeń osobistą niezliczoną ilość razy, przerzuca sobie przez ramię i zaciąga do pokoju, rzuca obrzydliwe teksty, mówi że jest jego, okazyjnie pokazuje tatuaż z napisem Ever i mówi, że była mu przeznaczona.
Miłość rodem z Aftera, ona ucieka, on goni, po drodze się całują i myślą jacy są hot i seksi.
Jedna rzecz mnie tak irytuje w tej książce (no dobra, dwie), że mam ochotę dać ją psu do zjedzenia. Czemu, CZEMU, nikt tej biednej Everlee nie powiedział, żeby poszła na terapię? Dostała kuratora sądowego - on nic nie zadział z terapią po takiej traumie? Maverick stara się ją „ratować” - czy on też nie wpadł na to, żeby oprócz pisania wierszy o jej fajnym tyłku zasugerować, żeby pomógł jej profesjonalistą? ANI RAZU nie pojawia się słowo terapia w kontekście Everlee i po prostu tego nie rozumiem. Nie rozumiem, czy to jest świadome unikanie tematu, bo autorka wiedziała, że inaczej historia nie zagra, czy po prostu ignorancja? Dziwię się dlatego, że w książce są bohaterzy, którzy byli na terapii i im pomogła, więc dlaczego ten temat jest aż tak unikany w kontekście Everlee?
No i na koniec - druga rzecz, która sprawiła, że z twórczością Pani Julii Biel żegnam się na zawsze. I to jest warsztat. A konkretnie w tej książce chodzi mi o łamanie czwartej ściany. Czwarta ściana zostaje złamana dwa razy - raz łamie ją Mav, raz Everlee. Obydwoje myślą o tym, że gdyby byli w książce recenzenci nie zostawiliby na nich suchej nitki za ich zachowanie (a przecież oni są tylko ludźmi). Ten zabieg sprawił, że aż się w głowę walnęłam. Odniosłam wrażenie, że autorka była tak niepewna, czy przekaże nam zachowaniem Mavericka i Everlee to, co miała na myśli, że aż złamała czwartą ścianę. Obawy były słuszne, bo Everlee i Mav są kasztanami niezależnie ile razy autorka będzie mi próbowała wmówić, że nie są.
Podsumowując, bohaterowie kiepscy, fabuła kiepska, to coś (miłość?) między nimi okropne i obrzydliwe, nie polecam nikomu.