"Piętno" zrobiło furorę na bookstagramie. Byłam nim bardzo podekscytowana, bo uwielbiam kryminały i sięgam po nie bardzo często, a ten konkretny polecało mnóstwo osób tutaj, którym ufam. Obiecywano mi brutalną powieść, wartką i zaskakującą, świetnie skonstruowaną i trzymającą w napięciu. Niestety, poza przepiękną okładką, chyba nic mi się nie podobało. Zaskakująco nie jest wcale, domyśliłam się zakończenia jakoś w połowie, brutalność rzeczywiście była, ale nie uważam jej za wartość samą w sobie - rzeczywiście może ona wzbogacić niektóre kryminały, ale powinno być to wisienką na torcie, a nie bezmyślną makabrą, za którą nic nie stoi. Bo sensu tu nie było żadnego. To kryminał tak schematyczny, typowy, nieciekawy, że zaczęłam dzięki niemu analizować gatunek sam w sobie, zmęczona powtarzalnością i pewną wydzierającą się z niego żenadą, kiedy czyta się go dużo.
Oklepane motywy, bohaterowie tak schematyczni i jednowymiarowi, że ciężko było to czytać. Wystarczyło tak naprawdę przeczytać jedno zdanie opisu bohatera, żeby wiedzieć, jak będzie się zachowywał na przestrzeni całej książki. Charaktery nie mają w sobie żadnej głębi, tylko nijakość. I to szalenie żenująca - kiedy bohater jest opisywany co drugie zdanie jako zimny skurwysyn, zamiast pozwolić jego czynom mówić samym za siebie, to mam wrażenie, że czytam wattpadowy fanfik. Brudny jest na wskroś przerysowany, bucowaty, antypatyczny, niewiarygodny, zbliżający się wręcz do karykatury. Czarnecki - nie zrozumiem, z jakiego niby powodu Brudnemu tak bardzo ufa, chociaż nie ma ku temu żadnych przesłanek - i nie, instynkt nie jest wytłumaczeniem, kiedy jest tyle wskazówek świadczących przeciwko niemu. Lis - to jest dopiero śmiech na sali. Zabieg nomen omen powinien zostać zarezerwowany dla literatury dziecięcej, bo to karykaturalne i żenujące, kiedy mamy w pseudo poważnej książce chytrego i nerwowego bohatera o nazwisku Lis. Na miłość boską, to nie 'Dora poznaje świat' żeby autor musiał mi tłumaczyć, ze lis jest cwany a ten to jest niemiły, sama jestem w stanie to odgadnąć bez przypominania mi o tym co dwa zdania. Bliźniaków prześladuje od dzieciństwa cień, widzą go tak samo, chociaż nie wychowywali się razem i zostali oddzieleni od siebie w niemowlęctwie, do tego ten wątek nie ma potem żadnego znaczenia fabularnego, nie jest niczym poparty- to chyba największa głupota, jaką tu wyczytałam (właściwie przesłuchałam). Poza tym, jak zauważa nawet sam Brudny w pewnym momencie(!), motyw, którym kierował się główny zły, był bez sensu w jego przypadku. Sposób, w jaki morderca traktował ofiary, też moim zdaniem nie ma sensu. Zbyt brutalnie, jak na osobę, którą był. Ogólnie, jeden wielki bezsens.
Podsumowując, jestem zwyczajnie zawiedziona i zła. Naprawdę liczyłam na tę książkę i nie spodziewałam się gniota.