Accommodations follows Wiola after she leaves her childhood village, a close-knit agricultural community in Poland where the Catholic calendar and local gossip punctuate daily life. Her new independence in the nearby city of Czestochowa is far from a fresh start, as she moves between a hostel and a nuns' convent brimming with secrets, taking in the stories of those around her. In the same striking prose that drew readers to her critically acclaimed debut, Accommodations navigates Wiola's winding path to self-discovery.
Wioletta Grzegorzewska, Wioletta Greg (9 February 1974) is a Polish poet and writer, born in a small village Rzeniszów in Jurassic Highland in Poland. In 2006, she left her country and moved to the Isle of Wight. She lives in Essex.
Wioletta spent ten years in Czestochowa where she organised cultural events, edited student journals, wrote articles about local literary developments. Between 1998 – 2012 she published six poetry volumes, as well as a novella Guguły, in which she's covering her childhood and the experience of growing up in Communist Poland.
2.5, powiedzmy. Nie jest to zła książka, ale nie spodobała mi się właściwie wcale. Głównie zirytowała, a na pewno rozczarowała, bo wciąż mam w pamięci bardzo dobre, pięknie napisane "Guguły" tej autorki. Nie wiem tak do końca, o czym ma być ta powieść. Spodziewałam się wspomnień ze studenckich czasów, a dostałam głównie wspomnienia i opowiadane historie przeróżnych postaci, które narratorka spotyka. Nie łączą mi się w żadną spójną całość. Wrażenie chaosu wzmaga językowa chwiejność: momentami styl jest oryginalny i urokliwy, jak w "Gugułach", a chwilami wręcz żenująco banalny. Niektóre fragmenty - np. scena utraty dziewictwa - bardzo rozczarowują. Książka ma niewielką objętość i jej siłą powinien być właśnie styl, nastrój, klimat, poetyckie szczegóły. Tego tu niestety mi zabrakło. Mam podejrzenie, że powieść zbyt mocno osadzona jest w prawdziwych wspomnieniach autorki - to, wbrew pozorom, nie zawsze służy tekstowi. "Żadna prawdziwa historia nie dorówna historii wymyślonej". Być może, gdyby zamiast wytężyć pamięć, autorka wytężyłaby wyobraźnię, wyszłoby to lepiej. Ale będę czekała na kolejne teksty Grzegorzewskiej. Nadal wierzę w jej talent.
Accommodations follows Swallowing Mercury narrator Wiola from her rural home in southern Poland to the big city of Częstochowa, where she's enrolled in college but, short of funds, runs into trouble finding suitable housing. Her adventures in living accommodations form the bulk of the storytelling here, though said adventures unfold in a less engaging way than her youthful experiences growing up on her family’s farm were portrayed in Swallowing Mercury. Regrettably, this book lacks the charm and immediacy of that earlier book. Part of it is due to Wiola growing older and, while retaining a degree of her rural naivete, beginning to discover the cruel realities of the wider world. The writing itself is also different and less affecting, with Greg often choosing to fill out an aimless plot with extended recollections delivered by various characters. Some of these characters disappear only to reappear later in the book or recur from the previous book, at times in what appear to be mysteriously convenient circumstances. What results is kind of a muddle of past and present, with coming-of-age themes mingling somewhat awkwardly with Wiola's obvious urge to tell her family's history. Certainly there was interesting source material here, but it could have been used more sparingly and strategically. In contrast, while Swallowing Mercury is no more of a straightforward book, its aimlessness flows much better, carried by the strength and innocent curiosity of Wiola's narration over the course of virtually self-contained piecemeal chapters. I also thought the prose of the earlier book in its translation felt more seamless, whereas this one displayed moments of awkward and stilted language. Interestingly, the translator of this book, Jennifer Croft, has also translated two of Olga Tokarczuk's award-winning books, so she's no stranger to translating Polish literature. Perhaps, then, it was not so much a translation issue as the difference in style in the original text...either way, I was disappointed in this after enjoying Swallowing Mercury so much. (2.5)
Te zachwyty, które czytałam jakiś czas temu wydają mi się trochę na wyrost. Forma miejscami rzeczywiście świetna: oniryczna i klimatyczna historia ma świetne fragmenty, w których lata 90-te jawią się jako historia niemalże mityczna a zarazem bliska na wyciągnięcie ręki. Ale czasami miałam wrażenie, że autorka traktuje niedopowiedzenie, tajemniczość i dziwność jako skrót do głębi, czego efekt momentami brzmi naiwnie lub przesadnie, lub wstrzymuje zawieszenie niewiary (może to wszystko autobiograficzne i zgodne z prawdą a może zupełnie zmyślone, ale ja czytając trochę jednak wywracałam oczami - moje studia to jednak nudne były, a myślałam, że dziwne stancje zaliczyłam). Jak na prozę poetycką trochę zbyt długie i dosłowne, jak na opowiadania - nie dość precyzji w każdym fragmencie osobno, a jak na powieść o dorastaniu w latach 90-tych - nie dość skonkretyzowane (w zasadzie poza główną bohaterką postaci są niedookreślone i płaskie, a główna bohaterka, dość typowo chyba w takich nieco feminizmujących tekstach o młodych kobietach, czyni z samej siebie lustro odbijające ich pragnienia - to nie jest idealne połączenie).
Myślę, że może się innym bardziej podobać, ale mnie brakowało więcej mięsa na tych kościach powieści.
No nie wiem. Język wciąż piękny, ale o ile w Gugułach forma była nierozłącznie powiązana z treścią, tak tutaj treść jest jakby obok. Fragmenty bardzo na tak, ale inne - nie całkiem.
Po kapitalnych “Gugułach” poprzeczka przed Wiolettą Grzegorzewską została zawieszona na poziomie mistrzowskim. Metafory sportowe rzadko sprawdzają się do opisu literatury, ale tym razem pozwolę sobie napisać z nieskrywaną radością, że po “Stancjach” poprzeczka znowu poszła w górę. Taka literatura nie zdarza się często, to są rzadkie momenty niezwykłej przyjemności recenzenta-czytelnika, gdy tak bardzo-bardzo chciałby wam powiedzieć, że przeczytał coś niezwykłego, że słowa przychodzą odrobinę trudniej. “Stancje” Grzegorzewskiej to książka wybitna, której nie możecie przegapić!
Nie zarywam nocy na lekturze, nauczyłem się odkładać choćby najbardziej wstrząsającą książkę o sensownej porze na stosik, bo cenię sobie wyspanie ponad informacje o przygodach jakiegoś pana czy pani. Ale zdarza mi się, że od razu po przebudzeniu sięgam po lekturę, by zachłannie ją kontynuować. Tak było ze “Stancjami”, które lekturą są wspaniałą, oddającą to co w literaturze jest dla mnie najważniejsze - wciągające światy konstruowane pięknem języka. Od minimalistycznych obrazków po rozbuchane opisy, od wojennej zawieruchy po lata 90. - w tej niewielkiej książce Grzegorzewska opowiedziała wiele równoległych losów, które składają się na opowieść o współczesnej Polsce.
Pochodząca spod Częstochowy Wiola idzie na studia. Będzie studiować polonistykę, choć po śmierci babci nie stać jej na wynajęcie mieszkania. Nie dostaje akademika. Co dalej? Piwo z dawnym kolegą trochę ją rozweseli ale co zrobić z uzyskaną nagle wolnością? A może skapitulować i zadzwonić do mamy? Nagłe olśnienie, bieg do rdzewiejącej budki telefonicznej, “Halo, tu Wega - słyszę głos Natki Roszenko”. Wejdźcie w ten świat, zamieszkajcie z Wiolą w hotelu Natki, z którego traficie do klasztoru oblatek, w którym matka przełożona Stanisława nie tyle “żyje przeszłością”, co żyje z przeszłością, widząc w Woli swoją zamordowaną podczas wojny córkę. Będziecie świadkami wydarzeń wręcz sensacyjnych, kilku odrobinę komicznych, poznacie historię babci Stefanii i przypomnicie sobie życie we wczesnym kapitalizmie. I to wszystko zaledwie na 170 stronach. Wielka literatura to nie muszą być opasłe tomiszcza, to są takie właśnie niepozorne książeczki.
Moje zachwyty nad językiem Grzegorzewskiej będą już nudne - jest to proza przypominająca, że mamy bogaty i piękny język, w którym jest miejsce na wiejską pogwarkę i miejskie szyldy epoki niemowlęcego kapitalizmu. Jest to proza, która ma zapachy, smaki i fakturę. Gdy pisze autorka, że “ostatni dzień lata jest mglisty, pachnie skisłym sokiem z jeżyn, lepi się do mnie i wywołuje nudność” to mi jest po prostu dobrze. Jeszcze zatem jeden fragment:
“Bawię się w chowanego z kotem, rysuję palcami po zakurzonej podłodze, układam z odłamków lustra mozaikę i zaglądam pod plandekę, gdzie biegają skorki, butwieją jabłka i wschodzą seledynowe kiełki owsa. Na sznurach schną pachnące polleną ubrania i babcine zioła: mięta, szałwia i wrotycz. W wiązkach makówek gasną odcienie zieleni, fioletów i błękitów. Gołębice włażą do gardziołów piskląt”.
Jest wiele tropów o których będzie się w kontekście “Stancji” pisało i sam jestem ciekaw co wyciągniecie z nich dla siebie, który wątek będzie dla was tym najciekawszym. Dla mnie sporym zaskoczeniem była mocno wyeksponowana w powieści erotyka. Już na samym początku nasza bohaterka przypomina sobie jak poznała “pana Kamila”:
“Nie zważając na upomnienia matki, która kazała się zachowywać przy ludziach “jak na pannę przystało”, położyłam się w pustej żelbetonowej rynnie, porzuconej w latach osiemdziesiątych przez budowlańcow na miedzy przy pegeerowskich polach i zerkałam na niebo przez wnętrze muszli winniczka. Pan Kamil usiadł nieopodal, na marglowej skałce i pstrykał zdjęcia, podśpiewując pod nosem nieznaną mi pieśń ludową o dziewczynie, która pasła na łące pawia.”
Erotyczne niespełnienia (i spełnienie) bohaterki “Stancji” opisane jest na balansie pomiędzy dosłownością a umownością. Szczęśliwie Grzegorzewska unika metafor ale też potrafi opuścić kurtynę tak, by stało się to w najodpowiedniejszym momencie, dlatego gdy już-już idziemy sobie razem do krainy kiczu, skręcamy i oglądamy ją tylko w bogatej wyobraźni recenzenta, który jak widzi opis kobiecej erotyki to przeważnie ma ochotę wyć do księżyca. Grzegorzewska panuje nad swoją prozą i dzięki ułożeniu jej z dziesiątków wyraźnie oddzielonych od siebie mikroopowieści udaje się jej opisać wiele światów, z których każdy mógłby zdominować całą powieść.
Można napisać wielką powieść na mniej niż dwustu stronach, do tej pory chyba najlepiej udowadniał to Julian Barnes. Mam taką myśl, że Grzegorzewska pilnie się Barnesowi przygląda. Ale nie ma nic złego w czerpaniu z mistrzowskiego źródła, zwłaszcza gdy samemu tworzy się potem mistrzowską powieść.
"Stancje" to druga powieść Wioletty Grzegorzewskiej - polskiej pisarki i tłumaczki, która jest znana przede wszystkim ze swojej debiutanckiej powieści pt. "Guguły", za którą otrzymała liczne nagrody w Polsce oraz za granicą.
Główną bohaterką książki jest Wiola (alter ego samej autorki), która pochodzi z małej wsi Hektary i rozpoczyna studia w Częstochowie. Fabuła skupia się praktycznie w całości na jednej postaci, jaką jest imienniczka pisarki.
Książka opowiada o dojrzewaniu, o pierwszych uczuciach, odkrywaniu tego co nieznane, a wręcz zakazane; to także "powieść drogi", ponieważ wraz z główną bohaterką wkraczamy w dorosłe życie, które zaskakuje, potrafi zranić i doprowadzić do skrajnych emocji.
To co mi się najbardziej podobało w "Stancjach" to z pewnością język i warsztat literacki pisarki - liczne metafory, barwne opisy, stworzenie charakterystycznego klimatu drugiej połowy lat 90.
Również sama postać Wioli jest intrygująca, zagadkowa, a jej przeszłość tajemnicza i pełna sekretów. Pomimo, iż główna bohaterka jest młodą dziewczyną rozpoczynającą studia w Częstochowie, to posiada już spory bagaż doświadczeń życiowych, które kształtują jej światopogląd oraz charakter.
"Stancje" z pewnością mają swój własny, jedyny w swoim rodzaju klimat, a forma, w jaką obrała tę książkę Wioletta Grzegorzewska jest nietuzinkowa i rzadko spotykana. Z pozoru błahe i codzienne czynności, pisarka potrafi opisać barwnie, poetycko i onirycznie, a samą książkę czyta się w dość szybkim tempie.
Styl i język Grzegorzewskiej to polska proza, którą bardzo lubię i z którą na pewno jeszcze nie raz przyjdzie mi się spotkać - polecam!
Niesamowite! Niesamowite rzeczy robi Grzegorzewska z językiem. To jest taka literacka bomba. Jest niewiarygodnie plastyczny, stworzony z niuansów, metafor, zakorzeniony w poezji. Oddaje bogactwo, tego co mamy. Łączy różne rejestry. To jest miejsce, gdzie język stwarza opowieść.
Narracyjnie to tez wielka (mała) książka. Te historie splatają się w opowieść o dorastaniu, (od)szukaniu siebie, determinacji i bezradności. Konfrontacja że sobą, że swoją seksualnością, nieznanymi emocjami w nieznanym świecie.
A lovely little coming of age novel. Not quite as spellbinding as Greg's first novel, Swallowing Mercury, but very good. The prose is gorgeous, a credit both to Greg's background as a poet and to Jennifer Croft's smooth and seamless translation.
"Czytam nekrolog babci, delektując się imiesłowem >>przeżywszy<<".
Przyznam, że nekrologów nigdy nie czytałam, a tym bardziej nie kolekcjonowałam, ale jestem wielką fanką imiesłowów, więc może powinnam...? :P
A tak serio: dobrze napisana książka, z kilkoma naprawdę mocnymi momentami. Tylko taka trochę... o czym właściwie? Są tu różne scenki z życia studiującej w Częstochowie bohaterki, historyjki o różnych ludziach z teraźniejszości i przeszłości, taki misz-masz, skakanie od opowieści do opowieści. Nie mam nic przeciwko takiej narracji, ale odnoszę jednak wrażenie, że niewiele we mnie z tej książki zostanie.
Decydując się na czytanie Stancji nie do końca wiedziałam czego się spodziewać po tej książce. Możecie się ze mnie śmiać, ale w ogóle nie powiązałam tytułu z mieszkaniem na stancji. Nie wiem dlaczego. Wszystko dzieje się w drugiej połowie lat 90-tych i to właśnie z tego powodu po nią sięgnęłam, bo to czasy mojego dzieciństwa.
Nie spodziewałam się, że książka ta aż tak mi się spodoba. Do Częstochowy przyjeżdża młoda Wiola. Zapisuje się na studia filologiczne i nie zostaje jej przydzielony akademik z racji dość bliskiego miejsca zamieszkania. Rozpoczyna się jej podróż przez stancje w trakcie której poznaje kilka niesamowitych osób. Błąka się po zimnym robotniczym Hotelu prowadzonym przez koleżankę Natkę i poznaje rosyjskich bliźniaków Aleksa i Siergieja. Trafia do zgromadzenia sióstr Oblatek, gdzie w cichych korytarzach stukot sandałów przywołuje duchy ofiar II Wojny Światowej. Wiola próbuje żyć samodzielnie z dala od rodziny. Z trudem wiąże koniec z końcem, a w tłumie szuka sylwetki pana Kamila, jej dawnej miłości, który gdzieś w Częstochowie mieszka.
W książce występują świetne poprowadzone retrospekcje. Czasami nie wiadomo kiedy się zaczynają, a kiedy kończą. Przeszłość płynnie przeplata się z teraźniejszością. Wiola przypomina sobie swoje własne dzieciństwo, życie rodziny, a nawet zupełnie obcych ludzi, którzy skończyli swoje życie dawno temu podczas wojny, a jednak stają się dla niej bardzo bliscy.
Nie przypominam sobie, abym czytała kiedyś książkę z akcją osadzoną w połowie lat 90-tych. Jest naprawdę klimatycznie. Autorka wspomina wiele rzeczy kultowych w tamtym czasie, chociażby specyficzną modę i popularne książki. Powieść ta wydała mi się też nieco smutna, czy może lepsze określenie to melancholijna. Jest to też bardzo inspirująca historia o poszukiwaniu swojego miejsca. Aż żałuję, że nie znam ukazanej w niej Częstochowy tamtych lat. Jeśli w niej mieszkacie, to książka powinna Wam się spodobać podwójnie. Jest napisana przepięknym językiem i czyta się ją szybko, bo jest bardzo krótka - zaledwie 192 strony. Jednak nie przeszkodziło to autorce w zawarciu w niej pięknych emocji i pasjonującego ciągu zdarzeń i przygód. Naprawdę polecam.
A Polish novel is not something one often finds on the public library's new book shelf. However, Greg's first coming of age novel, Swallowing Mercury, was nominated for a Booker. Using a similar character (sort of) she comes to a university from a farming community with not enough money to live in the school housing. Haunted by old boyfriends, and relatives still recovering from WWII, she finds herself living in a odd rooming house and an odder convent. Greg, a poet, has given the reader a portrait of contemporary Poland.
To most Americans reading Wioletta Greg's small news, Accommodations, is a trip to an unexpected destination: Poland, as it emerges from the Soviet empire 's shadow. The book's translator, Jennifer Croft, provides a faithful transcription of Polish text, with no compromises to readers who do not know what a wardrobe of the "Gierek-era," what the Wuzetka fillings are, or why a salami should be filled with "moly." We know this: It is Friday 30 September 1994, and Wiola is leaving her small village to enroll at university in Częstochowa, a town with a renowned monastery that draws pilgrim flocks. When she arrives, she finds that her dorms have no room. She can either accept defeat and return to family farm to assist her mother (who did not want her to go to school) or take advice from the dismissive college administrator to find a home for herself.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Bardzo ciekawa, bardzo dobrze napisana, bardzo wciągająca. Świetny, oszczędny język. Fragmenty i wspomnienia wiejskie robią ogromne wrażenie i naprawdę poruszają. Całość urzeka wysublimowaną wrażliwością, spostrzegawczością, uczuciem. Trochę mi zabrakło bardziej szczegółowych fragmentów o samych studiach, ale da się przebaczyć. Prawdziwa przyjemność, polecam.
This was a strange, but also very lovely book. Nothing ever gets resolved, but I think the strength of Greg's books lies in her prose. It's easy to just imagine yourself in these cold and foreign places she describes and although the book is short, all the characters feel very real.
Bardzo dobra proza. Stancje, hotele robotnicze, akademiki Częstochowy to też realistyczne opisy moich takowych w Lublinie czy Wrocławiu z lat budowy kapitalizmu po realsocjalizmie... Przez rok mieszkałem w dokładnie takim samym hotelu robotniczym jak Wega tyle, że na obrzeżach Wrocławia. Godzina jazdy do centrum. 2-3 autobusami/tramwajami. Oprócz takich studentów jak my bez akademika i za biednych na stancję w mieście, mieszkali tam wieczni studenci z Libii co nigdy na zajęcia nie chodzili a olbrzymia nierozpakowana waliza w środku pokoju już wtedy (1994) budziła naszą podejrzliwość 😉Robotnicy regularnie bijący swoje uległe żony i dzieci😢Studentki polonistyki, matematyki czy geografii z podwrocławskich wsi. Pamiętam nawet zupełnie tam niepasującą studentkę prawa z Kielecczyzny (pilna, grzeczna i bogata)...Dlatego mierzi mnie krytyka tej książki jaką słuchałem w radiowej Dwójce. Chciałoby się powiedzieć do owej krytyczki " weź ty się odczep od Wioletty Grzegorzewskiej bo świetną książkę napisała "
Bohaterka Grzegorzewskiej jest kłębkiem neurotyzmu, introwersji i olewactwa. Jakoś mimochodem przechodzi z roku na rok (co wiemy, bo nie wraca do rodzinnej wsi, nie zostaje wyrzucona ze studiów), ale opowiada nam o zupełnie innych sprawach: mieszkaniu w hotelu robotniczym (z Rosjanami handlującymi na bazarze), potem w zakonie, w zamian za drobne prace i bycie grzeczną dziewczynką; o poszukiwaniu pana Kamila, wielkiej miłości, etnografa, który dokumentował ludowe przyśpiewki z jej okolic. To przez niego zdecydowała się wyjechać do Częstochowy, nie tyle na studia, ile żeby go odnaleźć. Jakim cudem tak nerwowa i nieśmiała dziewczyna trafia na coraz dziwniejsze stancje? Skąd ma tyle pewności siebie, żeby radzić sobie w kontaktach z tak różnymi ludźmi i nie zwiać z powrotem na wieś? Jakie są źródła tej siły, która umożliwiła jej szukanie jednego chłopaka przez kilka lat?
Są autorzy, którzy przekraczają granice, którzy stawiają na przerost formy nad treścią, którzy zamęczają czytelnika nadmiarem zabiegów stylistycznych w swoich tekstach. Wioletta Grzegorzewska do takich twórców nie należy. Jej siłą jest to, że potrafi napisać powieść, która zachwyca w warstwie językowej i ma ogromną głębię, ale jednocześnie ujmuje zwyczajnością i przemówi do każdego rodzaju czytelnika. Niektórzy znajdą tutaj siebie, inni dadzą się oczarować słowem, jeszcze inni zapłaczą do własnych wspomnień. Takich książek powinno być więcej. Zasługujemy na to, jako czytelnicy, aby nas rozpieszczać tego rodzaju wysmakowaną i poruszającą prozą.
Spodziewałam się, iż skoro tytuł jest jaki jest tych miejsc w których mieszkała bohaterka będzie znacznie więcej. Jednak książka mile mnie zaskoczyła dlatego, że nie jest opisem tylko losów Wioletty, ale właśnie najciekawsze w tym wszystkim są historie ludzi, których na tych stancjach poznaje. Czasem niewiarygodne, czasem smutne, czasem przerażające. Super!
Czyta się szybko. Ma ciekawe wątki i ciekawych pobocznych bohaterów, których postaci niestety nie zostały pogłębione. Po pierwsze, zabrakło mi głównego motywu, który spajałby poszczególne fragmenty w całość. Czegoś ponad fabułę, co sprawiłoby, że książka zostałaby ze mną na dłużej. Po drugie, zabrakło mi emocji w bohaterce, jej przeżyć, refleksji nad sytuacją, w której się znalazła.
1. Znać, że Guguły siedziały w głowie długo, były dopieszczone, wycyzelowane. 2. Są typowe dla Grzegorzewskiej metafory, porównania, ale o ile w Gugułach to wszystko było urocze i stanowiło spójną całość, tak tu za bardzo odstaje. Coś jak perły przed wieprze. 3. Mimo wszystkich tych niedostatków książka zasługiwała na lepszą lektorkę! #chujowerozłożenieakcentów #biblioteka #argh!
Są książki, które warto przeczytać, ale nie zawsze mogą się podobać. To właściwie zbiór mini-opowiadań, czasem ciekawych, czasem mniej, w których splata się dorastanie bohaterki z okresem studiowania. Na pewno lektura dla każdego, kto jest ciekawy prozy Grzegorzewskiej.
Grzegorzewska nadal w formie. Jej Częstochowa z lat 90. ma urok pierwszej studenckiej samodzielności, samotności, tęsknoty, dziwnych znajomości, przeplatanych wspomnieniami z innych czasów i miejsc.