Kiedy Laila odkryła, że jest lesbijką, uciekła z Wysp Owczych. Chciała być jak najdalej od rodziny i nieprzychylnego otoczenia – wówczas nawet w gazetach pisano, że AIDS to kara, którą Bóg wymierza homoseksualistom za grzechy. Kiedy swoją orientację poznała Eva, została w kraju. Próbowała żyć, szukać szczęścia i walczyć o zmiany. Po latach Laila wróciła. Pod jej nieobecność kraj zmienił się nie do poznania. To już nowe Wyspy Owcze. Bardziej otwarte, odważne, wolne.
Urszula Chylaszek, reporterka i fotografka, opowiada o dynamicznie zmieniającym się kraju, portretując osobisty i społeczny wymiar rewolucji obyczajowej na Wyspach Owczych. Śledzi drogę, jaką ten niewielki naród – niespełna pięćdziesiąt cztery tysiące osób, z których większość jest ze sobą spokrewniona – przeszedł od religijnego konserwatyzmu do nowoczesnej swobody. Jak silne są więzy tradycji? Czy da się uwolnić od zwyczajowego systemu nakazów i zakazów? Jakie tajemnice kryją niewielkie społeczności? Co ryzykują ci, którzy chcą wyciągnąć je na światło dzienne? I wreszcie – jak szukać miłości, kiedy wszyscy znają się od przedszkola?
Tak jak obiecałem, w tym roku nowości wydawnicze traktuję z jeszcze większą niechęcią niż zawsze i powoli doczytuję sobie to, co mi spadnie ze stosu na głowę. A spadła książka, którą przeczytałem z wielką przyjemnością, choć nic na to nie wskazywało, gdy zobaczyłem jej tytuł. Otóż ja jestem bardzo podejrzliwy wobec książek z miłością w tytule.
Najmniej w tym reportażu podoba mi się jego tytuł, a raczej podtytuł. “Miłość na Wyspach Owczych” brzmi nijako i zupełnie nie zdradza tego, jak dobrą książkę napisała Urszula Chylaszek. Dlaczego tytuł jednak nie taki? Była już “miłość w Szwecji” Katarzyny Tubylewicz, była miłość w tylu miejscach i często wcale nic ciekawego nie dawało się jej kluczem opowiedzieć. Chylaszek na szczęście znajduje miłość ciekawą reportersko, niejednoznaczną i z interesującą dramaturgią.
Leila “od sukienek wolała spodnie, a od dziergania - łowienie ryb”. Tak, są takie stereotypy, które czasem się potwierdzają. Leila jest piłkarką. No dobrze, Leila też jest lesbijką, a wiadomo, że w reportażu o “miłości” to dużo ważniejsze, niż fakt, że w 1988 roku jej drużyna zdobyła mistrzostwo kraju. To w ogóle dużo ważniejsze niż piłka nożna, co już może być mniej oczywiste dla samych Farerów, którzy ponoć zawsze chętnie porozmawiają o futbolu. Leila urodziła się w rodzinie, gdzie tzw. “tradycyjne wartości” odgrywały wielką rolę - podejmujący wszystkie decyzje w domu ojciec-patriarcha i matka, która “w cieniu męża bała się nawet myśleć”. Jedna z najważniejszych bohaterek reportażu Chylaszek na to, że ciągnie ją do kobiet, wpadła na początku lat 80., co oczywiście było najgorszym momentem odkrywania własnej nienormatywności. Wybuchła właśnie epidemia HIV/AIDS, konserwaty ści zyskali wiatr pod żagle i grzmieli o “grzechu”, a media pełne były niezbyt przyjaznych obrazów “zdegenerowanych” odmieńców.
Tu na marginesie muszę dodać, że podobne uczucie miałem, gdy pierwszy raz przeczytałem “Lubiewo” Witkowskiego - świat, który mnie czekał (a przecież Wrocław był całkiem blisko) nie dawał zbyt wielu nadziei. Leila “chłopaka nie zechniała, a grzechy i AIDS nie zniknęły. Zostało jej tylko jedno. To ona musiała zniknąć”.
W wieku 21 lat Leila uciekła do Danii, gdzie odkryła, że ludzi nie interesuje to z kim się spotykasz, byle byś się nie spóźniał. To jest prawdziwym grzechem, którego Duńczycy tak łatwo nie wybaczają.
Jak przystało na życie, bo życie lubi grać w skrajności - albo jest zupełnie nieprzewidywalne, albo układa się na przewidywalnej trajektorii - Laila poznała w Danii partnerkę, przez lata nie kontaktowała się z rodziną (brat Laili “miał powiedzieć, że gdyby się z nią spotkał, toby ją zabił”), a gdy już wróciła na Wyspy odkryła, że… nie było się czego bać, świat nie jest taki zły, a Farerzy z oporami, ale jednak, zmieniają się w społeczeństwo tolerancyjne, otwarte (na tyle na ile możesz być otwarty w takim klimacie) i lubiąca spędzać jeden dzień roku na tęczowej paradzie.
Chylaszek prowadzi czytelnika dwoma drogami - z jednej strony opowiada życie Laili i jej partnerki, pokazując m.in. jak skomplikowane są stosunki z Danią, z jakimi trudnościami spotykają się mieszane związki na Wyspach; z drugiej - dzięki innym rozmówcom opowiada o przemianie konserwatywnych Farerów w całkiem nowoczesne społeczeństwo.
Ujęło mnie w tym reportażu to, że Chylaszek nie stara się “wyjaśnić”, czy “objaśnić” czytelnikom Wysp Owczych, a raczej sprawić, by każdy sam wyciągnął wnioski z przeczytanych historii. Nie ma tu gonienia za sensacją, waloryzowania bohaterów (nawet gdy rozmówcą jest wybitny artysta, to nie fakt jego wybitności jest tematem tekstu), potrzeby rozmawiania z ludźmi, którzy może i byliby atrakcyjni dla polskiego czytelnika i ciekawie opowiadali o samych wyspach, ale nic nie mieli do powiedzenia o naturze miłości. Sporo się tu udało, to reportaż spójny, choć wielowątkowy, opowiadający zarówno intymne historie, jak i szerokie tło społeczno-historyczne, bez moralizatorstwa, egzotyzacji, czy nadmiernej szczegółowości. Empatyczny, ale też nieprzesadnie naiwny czy sentymentalny nastrój “Kanskiej” bardzo mi odpowiadał.
Reporterka, choć robi świetne fotografie, powstrzymała się przed upstrzeniem nimi tekstu, za co jestem bardzo wdzięczny. Bo to czasem nawet w najlepszych reportażach bywa okropnie męczące. Pisze sobie taka fotografko-reporterka o np. wydobyciu srebra w jakimś biednym kraju i dorzuca do tego zdjęcie ilustrujące, albo będące prostacką metaforą. A tu jest inaczej - dostajemy kilkanaście niepodpisanych i trochę nieoczywistych zdjęć. I to wszystko. Super pomysł!
“Kanska” jest reportażem o tym, jak miłość w różnych swoich odsłonach, może zmienić kraj, dokonać rewolucji obyczajowej, wpłynąć na stosunki międzyludzkie. Bo gdy ważniejsze staje się nie to, w co wierzysz, a to by wszystkim było w miarę (bez przesady!) dobrze we wspólnocie, każda miłość staje się równa. I choć to reportaż pozornie nieaktywistyczny, stonowany jak jego okładka, to jest to reportaż o tym, że miłość jest rewolucją. Potrzebuje tylko trochę pomocy.
Nie planowałam czytać książki Urszuli Chylaszek i gdyby nie nominacja do nagrody Kapuścińskiego prawdopodobnie nigdy bym po nią nie sięgnęła. I byłaby to całkiem spora strata! “Kanska” nie jest reportażem idealnym, w moim odczuciu ma kilka sporych minusów, nominacja dla najlepszej książki reportażowej roku też według mnie jest sporo na wyrost - jednak nadal publikacja Chylaszek w wielu aspektach dzielnie się broni i jak najbardziej jest warta poznania. Urszula Chylaszek przybliża polskim czytelnikom temat mocno u nas nieznany – bo dotychczas obecny w szeroko promowanej literaturze tylko w mocno wątpliwym jeśli mówimy o wiarygodności i zgodności z faktami i sytuacją rzeczywistą - farerskim wcieleniu Remigiusza Mroza – a mianowicie - życie na Wyspach Owczych. Reportażystka opisuje historię pojawienia się na wyspach pierwszych społeczności, a także aktualnych mieszkańców i życie Farerczyków - przedstawia ich zwyczaje, tradycje, wspólne relacje, stosunek do religii, popularny konserwatyzm, trudności związane z życiem w małych społecznościach itd. I w tych fragmentach “Kanska” wypada arcyciekawe - praktycznie czyta się sama, informacje podawane przez Chylaszek i jej rozmówców są tak interesujące, że ksiązka jest wręcz nieodkładalna. Natomiast kiedy autorka skupia się na osobistych historiach miłosnych i związkach uczuciowych konkretnych mieszkańców, sytuacji i stosunku do osób LGBTQ+ blask reportażu gaśnie, traci on swoją wyjątkowość i unikatowość - społeczeństwo farerskie w znacznej mierze nie różni się w tych aspektach od innych narodowości europejskich. To samo, co od mieszkańców Wysp Owczych autorka usłyszałaby i od Estończyków, Hiszpanów czy Polaków. Gdyby “Kanska” składała się tylko i wyłącznie z takich osobistych historii miłosnych to ten reportaż byłby kolejną niczym niewyróżniającą się, przeciętną i mocno nijaką pozycją. Siła książki Chylaszek tkwi właśnie w fascynujących, kompletnie innych od naszych zwyczajach, tradycjach i wierzeniach Farerczyków. Gdy rozmówcy reportażystki opowiadają jej o kościołach-sektach, skomplikowanych różnicach i relacjach z Duńczykami i wpływach Brytyjczyków na wyspach - to w tych momentach “Kanska” lśni najmocniej. Nie mogę tu nie zaznaczyć, że bardzo podoba mi się, że nie jest to reportaż pisany pod tezę - rozmówcami Chylaszek są zarówno liberalni, postępowi mieszkańcy (w tym osoby LGBTQ+) jak i radykalni konserwatyści ubierający się, że miejsce kobiety jest w domu, a homoseksualizm się leczy. Z książkowego debiutu Chylaszek można wywnioskować, że wirus zjadający źródła przytaczanych w tekście danych, faktów historycznych itd. nadal panoszy się wśród polskich reporterów w najlepsze. Cóż, z jedną pandemią już sobie poradziliśmy - można mieć nadzieję, że i na tę przyjdzie koniec - czy to znajdziemy antybiotyk czy sama wygaśnie. Nierówny jest to reportaż - świetne fragmenty o unikatowych tradycjach i codzienności Farerów przeplatają się z pospolitymi opowieściami o życiu i związkach bohaterów. A te drugie niestety przeważają w książce. Dosyć szybko robi się to monotonne, a i autorka się powtarza i te same przykłady przywołuje po raz kolejny. Co innego gdyby Chylaszek partiami o zmaganiach uczuciowych mieszkańców chciała pokazać, że pomimo odmienności swoich obyczajów i w pewnym stopniu odizolowaniu od reszty Europy - problemy dotykające “Wyspiarzy” się uniwersalne. Jednak czytając nie odniosłam wrażenia, że taki był jeden z celów reportażu autorki.
Bardzo ciekawa pozycja! Brakowało mi książki takiej jak "Kanska"; skupiającej się na społeczeństwie i zachodzących w nim przemianach, a nie będącej tylko kolejnym zapiskiem podróży z niekończącymi się zachwytami nad naturą 🙃
podobalo mi sie. jednak „nietytulowe” kultura, tradycje, codziennosc, byly ciekawsze od milosci. ta czesc nie byla odkrywcza, wiekszosci rzeczy czytelnik moglby sie domyslec….
Kanska daje możliwość, pozstawia szansę, ale nadaje jej oddech niepewności i otwartą furtkę. Kanska to słowo wytrych, może znaczyć wszystko i nic. U Chylaszek oznacza ono wszystko - wszystko to, co w jakiś sposób wiąże się z miłością, partnerstwem, wspólnotą, seksualnością. A wytrychem są tu Wyspy Owcze. Chylaszek podjęła się bowiem tych, zawsze przecież dość kontrowersyjnych, tematów, osadzając je w kontekście tego niewielkiego archipelagu, gdzie rządzi konserwatyzm bazujący na izolacji i odległości.
Nie jest łatwo rozmawiać z Farerami - trzeba wielu podchodów, by wyciągnąć z nich szczere przemyślenia. Chylaszek takich podchodów robi wiele, słucha, podpytuje i umieszcza w kontekście. Swoją opowieść o farerskiej miłości zasadziła na losach dwóch kobiet, które zupełnie nie pasowały ani do środowiska, w którym dorastały, ani do siebie, bo o ich spotkaniu osądził przypadek. Podążamy więc za Evą i Lailą, a przy okazji eksplorujemy poszczególne powiązane z tytułowym tematem wątki. Zatrzymujemy się na dłużej przy homoseksualności, przy religijności, przy pedofilii i gwałtach, przy szukaniu partnera (uwaga na pokrewieństwo!), przy randkowaniu (uwaga na oczy sąsiadów i pogodę) czy antykoncepcji.
do wchłonięcia w jeden dzień! nie czuję się wypełniona wiedzą w 100%, nie jestem pewnie nawet na poziomie 1%, jeżeli chodzi o temat Wysp Owczych, natomiast książka ta dodała mi dużo ochoty na poszerzanie mojej wiedzy. Przyjemna i przystępna!
Do przeczytania tej książki przekonał mnie podcast Dział Zagraniczny i nie żałuję, że po nią sięgnęłam! Moja wiedza na temat tego miejsca i tamtejszej ludności była wręcz ujemna, aż wstyd się przyznać.
Kanska (co swoją drogą jest wspaniałym słowem i sposobem na życie) opowiada o miłości w wielu odsłonach, które jednocześnie w bardzo ciekawy sposób zarysowują tło polityczno-kulturowe. Trochę brakowało mi informacji dotyczących grindwali, które znalazły się w podcaście. Mam wrażenie, że to bardzo istotna część tożsamości kulturowej Farerów i dopiero po zapoznaniu się z oboma źródłami, mam pełny obraz życia tamtejszych ludzi.
"Kanska" to ciekawe studium małej społeczności, jej wad, zalet, wpływu na jednostkę i zmian, które w niej następują. Autorka pisząc o zmianach obyczajowych, prawnych i społecznych związanych ze związkami jednopłciowymi, opisuje też kulturę i historię Wysp Owczych. Pojawiają się tu wątki znane z książek o innych krajach Północy (życie w zgodzie z naturą, izolacja, alkohol, molestowanie, emigracja, kwestie ekologiczne i tożsamościowe). Dobrze i szybko się czyta, ale chyba nie zapamiętam jej na długo.
Reportaż czyta się bardzo płynnie, podoba mi się też praca autorki z językiem. Brakowało mi jednak scalenia całej historii, ponieważ wydawała mi się bardziej zbiorem różnych artykułów na temat Wysp Owczych i jej mieszkańców. Plus za oryginalność (nigdy nie czytałam rzeczy o Wyspach Owczych) i za potencjał autorki.
2.5/5 Książka była poprostu w porządku. Nic konkretnego się z niej nie dowiedziałam. Wiem że jest ona typowo o miłości, ale mam wrażenie że było tego aż za dużo. W momencie jak czytamy szósty raz historie która jest podobna do pięciu poprzednich robi się to już trochę nudne. Nie była zła, ale raczej zapomnę o niej za tydzień
3,5/5 Sam reportaż bardzo ciekawy, łatów się czytało Niektóre elementy były według mnie zbędne i trochę przeciągły całość Warte przeczytania jeżeli ktoś interesuje się tymi regionami, trochę o kulturze i historii można się dowiedzieć
I tak jak wcześniej pisałam. Nie wiem po co o opinie na temat LGBT pytać skrajnych konserwatystów i ludzi mocno związanych z kościołem
Słaby reportaż. Książka o życiu pojedynczych nieheteronornatywnych osób, zanim na Wyspach Owczych powstała otwarta społeczność LGBTQ. Niezrozumiałe, dlaczego autorka używa pojęć "transeksualizm", "zdeklarowany gej", "homoseksualizm".Żaden przypis ani wstęp tego nie wyjaśnia. Samych Wysp też nie poznajemy, oglądamy tylko jakieś poszarpane kawałki, bez szans na zrozumienie całości.
Całkiem interesująca, ale do pochłonięcia w mniejszych odstępach czasu. Podczas czytania złapał mnie zastój czytelniczy i dokończenie lektury zabrało mi więcej czasu, niż bym chciała, przez co reportaż nieco mi się dłużył
Choć normalnie nie gustuję w reportażu, muszę przyznać, że ten był naprawdę świetną i ciekawą lekturą. Nawet nie interesując się współczesną Skandynawią, a już szczególnie Wyspami Owczymi, mogę śmiało polecić tę publikację - skrupulatne przedstawienie różnych oblicz miłości, z wciąż trwającą rewolucją obyczajową w tle.
Niewielka społeczność na peryferiach świata, pełna sprzeczności. Od religijnego konserwatyzmu do progresywnego liberalizmu na przestrzeni jednego, dwóch pokoleń. Rewolucja jaka zachodzi w umysłach, życiu bohaterów tego reportażu paradoksalnie związana jest z realiami miejsca, w którym żyją. Mała społeczność, zdanie na siebie, konieczność współpracy, brak anonimowości, z drugiej strony pragnienie bycia sobą nie tylko w czterech ścianach, dążenie do szacunku i tolerancji. Wszystko to rodzi potrzebę porozumienia się. Kanska to jednak nie idylla, która bez przeszkód zmierza w stronę szczęśliwego zakończenia. To wiele cierpienia, bólu, poczucia wyobcowania ze wspólnoty czy rodziny. Porozumienie rodzi się bardzo powoli. Jego przeciwnicy mają się dobrze. Chylaszek nie pokazuje barwnego obrazu z katalogu agencji turystycznej, ale oddaje głos Farerom, dzięki czemu z różnych punktów widzenia możemy mieć wgląd w ich codzienne życie. Wartość tej książki wynika dla mnie z tego, że Wyspy Owcze postrzegam jak świat w miniaturze. Ten społeczno - obyczajowy reportaż pokazuje, że każde państwo ma swoje wartości, zasady, tradycje, cele. Ale to przede wszystkim są ludzie, dla których ważne są ich plany, marzenia, oczekiwania, uczucia. Oni tworzą wspólnotę, która powoli ewoluuje, a co za tym idzie zmienia państwo, wpływając na różnorodność, tradycję, religię, emocje. Tak jak kropla drąży skałę, tak człowiek wpływa na społeczeństwo, naród, państwo.
2,5. Czy czegoś dowiedziałam się o wyspach Owczych ? I tak i nie. Pewne jest jedno, że równie dobrze mogły to być historie na tle prawie każdego kraju, ba nawet każdej polskiej gminy. Głównym tematem tej książki jest rozwój społeczeństwa w kontekście akceptacji osób i związków homoseksualnych na tle wysp Owczych. Jeśli temat zbacza na osoby heteroseksualne to dowiadujemy się, że mężczyźni nadużywają alkoholu, ich żony są nieszczęśliwe i często jeśli udaje im się odejść, to związują się z inną kobietą. To co mnie zaciekawiło, to motyw pedofilii, ale on pojawił się na kilka stron i w sumie większego researchu autorka mu nie poświęciła. O kulturze, zwyczajach, życiu nie wiele się dowiadujemy. Z samej książki możemy wyciągnąć wniosek, że jest to kraj zacofany, pod dużym wpływem religii, odcięty od otaczającego go świata, nie zapewniający żadnej rozrywki i przyszłości dla nowych pokoleń, pełen przemocy seksualnej i pijaństwa. Nie tego oczekiwałam. Plusem jest to, że styl w jakim autorka pisze jak niesamowicie wciągający, mimo, że temat osobiście dla mnie takim nie byl. Kiedy sięgam po reportaż o danym kraju, chciałbym o nim się czegoś dowiedzieć. Chcąc dowiedzieć się o osobach homoseksualnych sięgam po książki, które ich dotyczą. W tym wypadku sięgnęłam po Wyspy Owcze, a dowiedziałam się o życiu na nich z perspektyw osób homoseksualnych.
Ten reportaż czekał u mnie na półce kawał czasu! Sięgnęłam po niego przez przypadek podczas akcji "Spacer po queerowym sąsiedztwie" ponieważ dowiedziałam się, że między innymi jest poruszana sytuacja osób LGBT+ na Wyspach Owczych. Ku mojemu zdziwieniu książka bardziej przypomina luźny zbiór różnych opowieści, wywiadów, artykułów dotyczących ogólnie kultury Wysp Owczych. Mamy tutaj przedstawione codzienne życie mieszkańców, historię tego miejsca, uprzedzenia i sytuacja osób LGBT+ oraz ich ucieczka z swoich rodzimych stron i wiele innych tematów. Reportaż "pochłonęłam" w jeden dzień i bardzo mi przypadł do gustu. Uważam, że jest bardzo oryginalny i warty poznania!
pierwsza książka tego roku i równocześnie mój pierwszy reportaż
bardzo mi się podobał, nie mogłam się oderwać. interesująco napisany, poruszający mnóstwo społecznych kwestii. ciekawe i prawdziwe historie, takie, z którymi łatwo się utożsamić, tym bardziej patrząc na to, że społeczne nastroje na wyspach owczych wcale tak nie różniły się od tych znanych nam z polskiego podwórka - a jeśli tam udało się przeprowadzić tyle zmian, to trochę też mi dało nadzieję, że wszędzie się da.
Książka teoretycznie o jednym temacie, a jednocześnie o 15 innych. Może to przez formę audiobooka, ale bardzo się gubiłam w czasie słuchania. Mieliśmy jakąś historię, później kilka innych i wracaliśmy do tej pierwszej, a ja już nie wiedziałam o czym w końcu jest mowa. Mam nadzieję, że w papierowej wersji nie jest to tak chaotycznie ułożone. Jeśli kogoś ciekawią Wyspy Owcze i tamtejsza kultura, poglądy mieszkańców, to polecam.
Naprawdę ciekawy reportaż. O Wyspach owczych nie wiedziałam nic a teraz wiem o wiele więcej. Książka oprócz wątku dotyczącego stosunku do osób homoseksualnych porusza inne kwestie kulturalne, historyczne czy religijne. Krótko jest także o pedofilii oraz alkoholizmie czy "zamawianiu" sobie żon przez Internet z innych krajów.
Czyta się sprawnie, widać, że autorka/redakcja pracowała nad czysto reporterskim układem zdania, bez zbędnych ozdobników i osobistych ocen. Mamy więc rzeczowy reportaż o dość nieznanym i osobliwym zakątku świata, którego reguły są w wielu przypadkach bardzo podobne do tych, które rządzą gdzieś na podkarpackiej wsi. Ciekawe.
This entire review has been hidden because of spoilers.