3,5*
Zacznę od tego, że nie mam pojęcia dlaczego Dowody wydały tę książkę w serii reporterskiej i teraz jest tak pozycjonowana, bo z reportażem nie ma za wiele wspólnego. „Pogo” to bardzo osobisty esej, na pograniczu memuaru, opowiadający o pracy autora w pogotowiu ratunkowym. Nie ma tutaj opisów przypadków, wywiadów z ratownikami, analizy systemu ratownictwa, twardych danych. Jest smród, brud, turpizm, niemoc, lęk, wypalenie, proza życia i śmierci, które najczęściej nie są piękne i pachnące. Sieczko nie tworzy mitologii, nie kryje swoich doświadczeń pod warstwą lukru altruizmu i posypki bohaterstwa. Pisze jak jest, o rzeczach, których wszyscy się domyślamy, ale rzadko mówi się o nich głośno:
⁃ bycie ratownikiem to nie jest misja, ideały kończą się bardzo szybko. To cholernie ciężka i niewdzięczna praca, która z powodu braku wsparcia i stosownej gratyfikacji często kończy się dla osób ją wykonujących problemami ze zdrowiem i psychiką, uzależnieniami, wypaleniem. Zresztą, nawet gdyby była odpowiednio wynagradzana, ile człowiek jest w stanie stać na pierwszej linii w konfrontacji z nieszczęściem. Ratownicy szybko odchodzą z pracy, niektórzy nie wytrzymują i odchodzą z tego świata na zawsze.
⁃ praca w karetce to nie są spektakularne akcje i akty heroizmu, tempo też jest inne niż w serialach. Ratownicy najczęściej mają do czynienia z pijakami, ćpunami, menelami, bezdomnymi, sytuacje niezwykłe to tylko promil ich codzienności. Dużo częściej mają rzygi na butach, niż rurkę intubacyjną w dłoni.
⁃ starość najczęściej jest brzydka, samotna i nieszczęśliwa. Szklanka wody to mit. Szczęściem jest jeśli ktoś znajdzie twoje zwłoki zanim zaczną się rozkładać.
⁃ są dwa miasta - jedno z modnymi sklepami, popularnymi lokalami, klombami, w którym komfortowo się mościmy i drugie, od którego odwracamy oczy. Ta druga część zdecydowanie dominuje, wystarczy wyjrzeć z bańki.
⁃ śmierć dziecka jest najgorsza, nie pozwala o sobie zapomnieć, na zawsze zostaje pod powiekami. Nie da się do niej przyzwyczaić, do wszystkiego innego tak.
„Pogo” napisane jest pięknym, poetyckim językiem, który stoi w dużym kontraście z poruszaną tematyką. Barwna, upstrzona przenośniami narracja, momentami sprawia wrażenie nierealistycznej, jakby to wszystko było wymyślone, przerysowane. Oczywiście to wszystko jest prawdą, jedynie przefiltrowana przez soczewkę autora. Są jednak dla mnie momenty, w których Jakub Sieczko trochę przesadza z kwiecistością sformułowań. W pewnym momencie książki pada zdanie „Młody jeszcze jestem, a pretensjonalnie mi staro” i czasami to w tekście czuć. Pełno w nim na przykład cytatów z przebojów piosenki poetyckiej sprzed półwiecza - Demarczyk, Kofta, Bellon. Dla mnie rozpoznawanie ich było fajną zabawą, bo to mój kod kulturowy, moja mama ich słuchała kiedy byłam dzieckiem. Ale dla ludzi młodszych ode mnie o dziesięć czy więcej lat może to być niezrozumiałe i dziwne. Poza tym uparł się Sieczko na używanie słowa „facetka” i nie wiem o co mu z tym chodzi. Owszem, mówiło się tak w podstawówce, głównie w odniesieniu do nauczycielek, ale w tej książce to irytujące.
I na koniec sytuacja według mnie mocno krindżowa. Sieczko opisuje jak przeprowadzili skuteczną reanimację 21-letniej matki i potem pisze tak „Żyje. Wiem, bo raz na kilka miesięcy zaglądam na jej instagram. Kibicuje siatkarzom, pracuje w pracy, była na Sardynii, a dziecko ostatnio pasowali na pierwszoklasistę takim wielkim dmuchanym ołówkiem”. I ja wiem, że to ma pokazać sens i cel tej pracy. Jednak sytuacje, w których ktoś przekracza granice profesjonalizmu są dla mnie mocno niekomfortowe, a śledzenie insta obcej osoby i opisywanie tego w książce jednak tym dla mnie jest. Bardzo dziwne.
Abstrahując od mojego czepialstwa - książkę czyta się bardzo dobrze i szybko. Warto jej poświecić czas, bo po pierwsze Jakub Sieczko jest fajną osobą, po drugie to bardzo niecodzienny sposób opowiadania o trudnym temacie, po trzecie pozwala zrozumieć dlaczego jest tak mało zespołów ratownictwa, dlaczego się kurczą i czemu ich postulaty o poprawę warunków pracy są tak ważne. Przy czym „Pogo” zostało napisane jeszcze przed pandemią. Sieczko w 2020 pracował już jako anestezjolog. Jego zapiski są bardzo przygnębiające, nie wyobrażam sobie jakim dołem by były, gdyby miał zrelacjonować ostatnie dwa lata w karetce.
Za to wyobrażam sobie, że zda literacką relację ze swoich działań na polski-białoruskiej granicy. Mam nadzieję, że to zrobi. To będzie bardzo żywe świadectwo.