3,75
Ta książka to historia o radzeniu sobie z trudną przeszłością, ludziach, którzy nas kształtują i relacjach, które roztrzaskują na kawałki, ale też takich pozwalających nam wzbić się w powietrze. Dla mnie jest to diament bez odpowiedniego szlifu, ponieważ książka straciła przez brak porządniejszej redakcji i korekty, jeśli w ogóle przez jakąś przeszła, w co wątpię. Notorycznie trafiałam na nieskładne, toporne zdania, które wybijały mnie z rytmu i nie pozwalały nacieszyć się historią. A szkoda, bo trzeba by naprawdę niewiele, żeby wygładzić tekst. Widać, że autorka ma talent, ale niestety brakuje jej kogoś, kto pomógłby jej go rozwinąć i naprowadzić na właściwą ścieżkę. Zachwyciły mnie opisy uczuć i emocji oraz krótkie wstępy przed każdym rozdziałem, które jeszcze bardziej pomagały wczuć się w akcję i gdybym miała ocenić książkę tylko na ich podstawie, moja ocena na pewno wystrzeliłaby w górę.
Główna wątek z Leah i Isaacem był napisany bardzo dobrze, jednak z pewnością przyćmiła go genialna bratersko-siostrzana relacja Leah i Leo. Sceny z tą dwójką należały do moich ulubionych. W jednej z recenzji spotkałam się ze stwierdzeniem, że każdy z nas w swoim życiu potrzebuje takiego kogoś jak Leo i nie pozostaje mi nic innego, jak się pod tym podpisać. Nie pozostawia wątpliwości, że C.S. Riley pięknie ubiera w słowa różnego rodzaju przemyślenia. I nawet jeśli już wcześniej w książkach spotkałam się z podobnymi motywami do tych, które występują w „Good Boys Go To Heaven” to tutaj wybrzmiały one dla mnie zupełnie inaczej. Początkowo bałam się, w jaką stronę może pójść ta historia. Nie chciałam kolejnej opowieści o tym, jak dwójka ludzi cały czas wokół siebie krąży, bo nie potrafi ze sobą porozmawiać. Ostatecznie historia mi się podobała. Nie wiem tylko, czy nie byłaby lepsza, gdy autorka postanowiła ją troszeczkę skrócić. Walka z przeszłością, z problemami jest ważna i rzeczywiście wymaga czegoś więcej niż kilku zdań, jednak czasem niektóre przemyślenia Leah czy Isaaca były już czymś, o czym czytałam parę stron wcześniej. Były czymś wtórnym, co odbiło się na dynamice książki i dużej ilości stron.
Miejscem akcji były Stany Zjednoczone. Coraz częściej można spotkać się z tym, że polscy pisarze i pisarki pozbawiają swoich bohaterów polskiego obywatelstwa na rzecz tego amerykańskiego. Rozumiem, dlaczego tak się dzieje, jednak czasem nie wnosi to do historii niczego więcej niż zagranicznych imion głównych bohaterów. Tutaj tak się nie stało. Autorka zrobiła research dotyczący szkolnictwa, tradycji związanych z ukończeniem szkoły, listów z uczelni. Jako wielka futbolu doceniłam wzmianki o tym sporcie, które nie tyczyły się tylko rozgrywającego. Pojawiło się także coś więcej o Los Angeles, przez co historia zyskała na autentyczności.
Nie czytałam w całości debiutu autorki. Raz wpadłam na „Bad Boys Bring Heaven” na Wattpadzie i zerknęłam wtedy na kilka początkowych rozdziałów. Kojarzyłam więc mniej więcej kim są Hope i Asa, czyli główni bohaterowie pierwszej części serii. W „Good Boys Go To Heaven” widać, że autorka ma do tej dwójki duży sentyment, przez co aż chce się o nich więcej przeczytać. Trafiłam też na parę spoilerów dotyczących wcześniejszego tomu, więc polecam raczej czytać serię „Heaven” według kolejności. Miałam też problem z zapamiętaniem, kto jest kim jeśli chodzi o przyjaciół Asy i Isaaca, najgorzej było ze scenami z większą ilością bohaterów. Jednak podoba mi się zamysł autorki, stworzenie grupki nastolatków poturbowanych przez życie i trzymających się razem. Dobrze się czyta o buntownikach, którzy gniewają się na świat z jakiegoś powodu, bo ktoś potraktował ich tak, a nie inaczej. Każdy ma też swoją ucieczkę od zgiełku życia. Hope biega, Isaac wali w bębny, a Leah pływa i w wolnych chwilach daje się ponieść sztuce. Takie elementy odgrywają dużą rolę w historii, sprawiają, że staje się ważna dla czytelnika.