W życiu Victorii Joseline Clark zapanował chaos. A wszystko to za sprawą chłopca o pięknej twarzy i destrukcyjnym wnętrzu. Od dnia, w którym go poznała, niczego nie była już pewna. Wiedziała tylko, że z każdym kolejnym spotkaniem coraz bardziej zatapia się w głębi jego spojrzenia, i na próżno szukała ucieczki. Nathaniel był ucieleśnieniem problemów, ciągłej walki, krzyków i niewypowiedzianych, ale bolesnych słów. I choć Victoria zdawała sobie sprawę z tego, że chłopak i świat, w jakim on żyje, odbiegają od jej wizji przyszłości, nie mogła nic poradzić na to, że każdy dzień przybliżał ją do upadku. Upadku, którym był sam Nathaniel Shey.
Ile była w stanie poświęcić zwykła siedemnastolatka z małego miasteczka dla niewłaściwej relacji? Tego nie wiedziała nawet ona sama, chociaż w rozmowach z bliskimi i przyjaciółmi, ostrzegającymi ją przed Nathanielem, z nieuzasadnionych pobudek broniła chłopaka i coraz bardziej wplątywała się w sieć kłamstw. Sytuacji nie ratowało to, że matka dziewczyny dostrzegała w młodym bokserze wyłącznie zło i gotowa była zrobić wszystko, by wyciągnąć ze swojej córki to nikczemne ziarno, które zasiał w niej Nathaniel.
Victoria wiedziała, że nadchodzi w jej życiu moment, w którym będzie musiała podjąć decyzję ― wybrać między tym, czego pragnie, a tym, co byłoby dla niej najwłaściwsze. Nie spodziewała się jednak, że będzie to aż tak trudne. Bo choć mogła oszukiwać samą siebie, jej piękny chłopiec był destrukcją. Zachwycającą destrukcją, pełną kłamstw, mroku i żaru, ściągającą ją na dno piekła. Tylko czy Victoria ma siłę, by się z niego wydostać?
Czytanie jej było męczarnią. Przepełniona masą nieistotnych szczegółów i ciągłych powtórzeń. Specjalnie zrobiłem statystkę i teraz Wam ją przedstawię: - 21 razy mogliśmy usłyszeć jak pachnie Nathaniel Shey, - 29 razy „założyłam ręce na piersi”, - 36 razy nasi bohaterowie ZACISKALI SZCZĘKĘ (powinno mówić się szczęki, warto pamiętać, że żuchwa=/= szczęka🤔), - ORAZ NAJWIĘKSZY HIT 83 RAZY mogliśmy dowiedzieć się, że Nathaniel Shey ma czarne TĘCZÓWKI, oraz że są one puste i zimne.
Mam niezdrową słabość do SAF i chociaż widzę wszystkie wady, nie potrafię przestać czytać, przestać przeżywać tej historii. Od zawsze fascynowały mnie trudne, skompilowane i toksyczne relacje. Zresztą tego, co połączyło Heathcliffa i Cathy w „Wichrowych Wzgórzach” też nie można byłoby nazwać czymś zdrowym. Oboje stopniowo wyniszczali siebie nawzajem. Mowię tutaj o klasyce literatury światowej, ale absolutnie nie przyrównuję SAF do „Wichrowych Wzgórz”, po prostu chciałam podkreślić, że toksyczne relacje to coś, co od dawna jest obecne w literaturze.
Przez kilka ostatnich dni dosłownie żyłam tą książką. Czytałam w każdej wolnej chwili, trudno było mi odłożyć ją chociaż na moment. Owszem, miejscami irytował mnie mocno teatralny styl („Jak pomyślałam, tak uczyniłam” i inne podobne konstrukcje, pojawiały się kilkukrotnie), powtórzenia (puste/martwe oczy, woda kolońska i zapach dymu papierosowego) i dluuugie przemyślenia Victorii, ale sama lektura sprawiała mi tyle przyjemności, że potrafię wszystko wybaczyć. Szczerze przyznam, że nie pamietam kiedy jakakolwiek książka uzależniła mnie do tego stopnia (hmm… Chyba „Too late” Colleen Hoover, a czytałam ją w tamtym roku).
Nie potrafię ocenić „Start a fire” racjonalnie. To nie jest książka, którą mogę polecić Wam tak jak zwykle polecam książki, bo wiem, że wielu osobom nie przypadnie do gustu. Nie chcę mówić, że jest wyjątkowa, bo dla wielu z Was wcale taka nie będzie. Sama uwielbiam tę historię, bo zdołała wywołać we mnie niesamowite emocje.
pierwsza runda ani wattpadowe saf nie mają podjazdu nawet. Widać ogromny progres, ale przede wszystkim w końcu wychodzi to, o czym Kasia cały czas mówiła. O tej toksyczności. Sposób w jaki Vic broni Shey'a jest tak strasznie chory, że dosłownie skręca podczas czytania, nawet jeśli się wie, co będzie za te 5 lat. W rundzie drugiej saf rozkręca się cała fabuła tej części, także cały czas coś się dzieje. Przyjemniutko się czytało i czekam na bth
jeśli myśleliście ze jesteście głupi bo ustalenie w jakiej pozycji znajdują się wasze ulubione postaci podczas uprawiania seksu w waszym ulubionym fanficzku sprawiało wam problem - pizgaczhell runda druga sprawi ze poczujecie się jak najwięksi debile na ziemi. ale przynajmniej jest śmieszniej niż w pierwszej rundzie.
Przy Rundzie Pierwszej mówiłam sobie, że muszę się zastanowić nad przeczytaniem Drugiej, bo nie byłam pewna, czy aż tak bardzo nie szanuję swoich nerwów i czasu. I co? Zmarnowałam obie te rzeczy. Żałuję po raz kolejny. Momentami ta część była jeszcze gorsza od pierwszej. Za tym stoi nie kto inny jak Victoria, główna bohaterka — nigdy nie spotkałam się z aż tak tragicznie napisaną protagonistką. Potrafiła zmieniać zdanie na temat wszystkiego nawet co akapit, a cechy charakteru były raz takie, a drugi raz inne. Przez to nie mogłam brać poważnie nawet wątku toksycznej relacji z Nathanielem Szejem (błąd specjalnie) — bo kompletnie nie zrozumiałam, co ona w końcu o niej myśli. Choć ta również momentami woła o pomstę do nieba, bo w pewnych kwestiach została kompletnie położona. I po raz kolejny strona techniczna pozostawia wiele do życzenia... Wraz z liczbą wzmianek o czarnych oczach (tudzież tęczówkach) Szeja. W tej Rundzie jest ich aż 62, więcej niż w Pierwszej. Niech to da obraz tego, co uważam na temat tej pozycji i dlaczego nie powinna ona zostać wydana.
***
Jeśli ktoś zaznajomił się z moją opinią na temat Rundy Pierwszej, którą tu napisałam, wie doskonale, że był moment, kiedy wahałam się, czy nie odpuścić sobie lektury Rundy Drugiej. Po prostu nie chciałam aż tak bardzo nie szanować swoich nerwów i czasu, by zapoznać się z czymś, co może być jeszcze gorsze. Ostatecznie postanowiłam to zrobić, aby przekonać się na własnej skórze, bo krążą pogłoski, że Runda Druga prezentuje niesamowity progres autorki. Szczerze? Nie widzę go ani odrobinę.
Pójdźmy tą samą kolejnością co przy Rundzie Pierwszej, a więc na pierwszy rzut pójdzie strona techniczna. Ta część jest dłuższa o jakieś 100 stron i, niestety, tutaj również zignorowano potrzebę korekty oraz redakcji. Tylu łamań zasady "show, don't tell" dawno nie widziałam, miałam często wrażenie takiego typowego serialu młodzieżowego, w którym protagonistka ma nadzwyczajną zdolność zatrzymywania świata, aby poświęcić minutę na przedstawienie czegoś "istotnego" na temat bohaterów. Ile razy Victoria poświęca minimum stronę na coś takiego, to się w głowie nie mieści. Wielka szkoda, bo można byłoby napisać świetne przedstawienie m.in. przeszłości bliźniaka Victorii, Theo — która mnie delikatnie poruszyła, no ale niestety, sposób tego pokazania kompletnie nie podpasował. Opisy tutaj wiele razy są na tyle zbędne, że gdyby je usunąć, książka na spokojnie byłaby krótsza o 100, może nawet 200 stron. Widziałam opinie, w których ludzie zwracali uwagę na progres, jaki zaliczyła Pizgacz. Mam pytanie — z której strony? Bo na pewno nie ze strony operowania językiem i zdaniami, aby uniknąć powtórzeń. Gdyby to były jeszcze powtórzenia faktycznie czemuś służące, nadające rytmiczność tekstu — ale tak nie jest. Zbyt wiele razy pojawiły się akapity, w których słowa "jego", "mój" itp. zostały nadużyte. I przy tej kwestii nie mogę nie wspomnieć o słynnych oczach Nathaniela Szeja (przepraszam za nieprawidłową pisownię jego nazwiska, ale tak bardzo nie szanuję tej postaci, że nie mogę tego zdzierżyć). W Rundzie Pierwszej było ich ok. 57, bo przy początku mogłam trochę palnąć się w obliczeniach, jednak tego błędu nie zrobiłam w Rundzie Drugiej. I z tego wiem, że wzmianek o czarnych oczach (lub tęczówkach, to słowo mnie denerwowało chyba najbardziej w całej tej części) pojawiło się aż... 62. Co oznacza, że w całym Start a Fire jest ich ponad 100. Jeśli was to przeraża, to spokojnie, mnie też — zwłaszcza że tutaj naprawdę nie widać głębszego sensu powtarzania tyle razy o durnym kolorze oczu... No bez przesady. Z racji tego, że sama piszę, takie błędy są dla mnie jeszcze bardziej dotkliwe i absurdalne. Owszem, podczas pisania tekstu zdarzają się literówki lub powtórzenia, to jest całkowicie normalne — ale te da się później wyłapać podczas zwykłego przejrzenia rozdziału po skończeniu, przeredagować zdania, aby tekst był dynamiczniejszy i przyjemniejszy do czytania. Tutaj tego nie uświadczyłam, towarzyszyło mi wrażenie, jakby autorka nie zaznajomiła się z tym, co sama napisała po napisaniu.
Strona techniczna była jednym z czynników, przez które pod koniec czytania złapał mnie drobny zastój czytelniczy, ale teraz czas przejść do głównej części, czyli.. fabuła. Żeby nie było — jest tutaj chociaż więcej akcji i nie ma takiego "lania wody", są pewne momenty, które wyglądają jak nieudane tropy napisania całkiem przyjemnej książki z pogranicza Young i New Adultu (bo całkowicie jestem przeciwna nazywania tej pozycji tradycyjną młodzieżówką), która może nie byłaby arcydziełem, ale czymś na kilka wieczorów. I niestety tylko te tropy mogą jeszcze minimalnie ratować Start a Fire, bo sam w sobie został kompletnie położony z kretesem.
W tej Rundzie mamy już do czynienia z o wiele większą ilości akcji i wątków skupionych wokół relacji Victorii i Nathaniela, która pokazuje coraz bardziej swoją toksyczność — która została tak... błaho jak na ten rodzaj problemu, że jako osoba, która sama przez ponad rok mierzyła się z czymś takim, załamywałam się. Po pierwsze, początek tej części głównie skupił się na fakcie, że o relacji z Nathanielem dowiadują się jej najbliżsi przyjaciele, Mia i Chris. Choć w pierwszym rozdziale podobało mi się, jak wyraźnie zakomunikowali Victorii, że powinna trzymać się od Szeja z daleka, tak potem... Chwytać się tylko za głowę. Rozumiem, że Pizgacz chciała pokazywać, że w tej paczce szanuje się swoje wybory — no ale niestety, tutaj takie coś nie powinno mieć miejsca. Z własnych wspomnień mogę wyciągnąć sytuacje, w których moi znajomi bardzo sceptycznie reagowali na moje pragnienia skontaktowania się ponownie z toksycznym przyjacielem. I w porządku, każdy z nas odpowiada za swoje własne wybory i działania — jednak w takim wypadku nie jestem w stanie uwierzyć w wiarygodność przyjaźni Victorii z jej przyjaciółmi i tego, że o siebie dbają. Toksyczna relacja jest na tyle specyficzna, że jednym z ważnych etapów jest całkowite zerwanie kontaktu i nie utrzymywanie nawet "przyjaznych" stosunków. Tutaj ta kwestia została źle zrealizowana, choć nie ma aż tylu absurdalnych sytuacji, w których Victoria napotyka na Nathaniela przypadkiem, tak jednak to, że ciągle pragnie jego kontaktu mimo wielu uświadamiań przez samą siebie i bliskich, przyprawia o ból głowy. Niestety, powinnam także wspomnieć o nieprzyjemnym wrażeniu, jakie mam po całej książce, połączeniu tych momentów, w których Szej był dla mnie Victorii całkiem miły, a z drugiej strony po raz kolejny niszczył ją od środka. Przez sposób realizacji wątku toksycznej relacji wydaje mi się, jakby nazywanie jej "toksyczną" było jedynie po to, aby wskazać ją jako coś złego, niemoralnego. Co nie działa, bo sam ten wątek nie daje pewnej lekcji, przestrogi — a wrażenie, że poza gorszymi momentami jest ona czymś niezwykłym. Zaskoczę osoby, które mogą twierdzić inaczej — nie jest. I nikomu nie życzę tego więzienia w złotej klatce, jakiej jest emocjonalne przywiązanie do toksycznej relacji.
Jednak wiecie, to wszystko nie musiałoby być spisane na porażkę — gdyby nie postać, która prowadzi nas przez całą historię. Victoria Clark. Zwykle staram się lubić głównych bohaterów, zwłaszcza gdy są narratorów — albo chociaż zrozumieć. Niestety, tutaj to było po prostu niemożliwe. Charakter Victorii zmieniał się na dosłownie co nowej sytuacji — nagle zaczęła opisywać się jako osoba wrażliwa, mająca na celu dobro innych (kompletnie tego nie widziałam), gdy w Rundzie Pierwszej już w pierwszym rozdziale opisywała się jako osoba arogancka i wpatrzona w siebie. Po raz kolejny nie byłam w stanie stwierdzić, jaki ta dziewczyna ma stosunek do chociażby np. swojej matki (która w tym tomie "wynagrodziła" poprzednie wybryki rozsądkiem) lub Culver City, w którym mieszka. Była nawet sytuacja, kiedy na jednej stronie wspomniała o dwóch kompletnie różnych nastawieniach dotyczących podsłuchiwania. Jej osobowość zmieniała się bez żadnego wyraźnego powodu i płynności, wyglądało to tak, jakby była kameleonem i prezentowała takie cechy, jakie akurat były potrzebne autorce w danym momencie. Przez to nie potrafię w pełni uznać wątku toksycznej relacji za coś dobrze poprowadzonego — bo do tego potrzeba pewnego wgłębienia w ofiarę tego wszystkiego. A tego tutaj nie można zaświadczyć.
Sam Nathaniel w tym tomie był w przeciwieństwie do swojej partnerki w byciu głównymi bohaterami lepiej trzymał się swojego charakteru, tutaj przyznaję, udało się osiągnąć efekt, że dla innych osób był ważnym przyjacielem (w co jestem w stanie uwierzyć, bo były sytuacje, które to POKAZYWAŁY, a nie tylko mówiły i jako czytelnicy mamy wierzyć na słowo), ale jego relacja z Victorią była toksyczna. Jednak najgorsze było to, co stawia samą książkę jako czerwona flaga, gdy zaczęło określać Szeja jako "dobrego". No niestety, ale muszę rozczarować wszystkich, którzy go lubią — to nie jest bohater pozytywny i takim na pewno nie będzie, pewna łatka już została przypięta. Mimo to moment, w którym przedstawiał swoją przeszłość, był zdecydowanie jednym z lepszych — ale mimo to nadal nie może to usprawiedliwiać jego zachowania wobec głównej bohaterki. Tutaj jedna postać dobrze to ujęła: "Mam w pi*dzie jego przeszłość! [...] Przeszłość nie jest wytłumaczeniem wszystkiego". Ten cytat idealnie pokazuje, że w niektórych przypadkach to, co ukształtowało człowieka, nie może go usprawiedliwiać, zwłaszcza jeśli wyrządza komuś krzywdę na dłuższą metę. Z drugiej strony nie dziwię mu się, skoro Victorii wystarcza czasami dosłownie jedna durna zazdrość Szeja o nią, a ona już ma motylki w brzuchu. Autentycznie chciałam rzucić książką.
Wspominałam już przy Rundzie Pierwszej, że jedynymi postaciami, które ratowały całą historię, były te drugoplanowe — jednak tutaj... również mają swoje odpały, co nie działa na ich korzyść. Najbardziej dokuczało mi ogranie tego, jak Mia i Chris traktowali relację Victorii i Nathaniela — i jak w przypadku tej przyjaźni komunikacja jest tylko teoretyczna. Bo praktycznie mamy więcej jej dopiero pod sam koniec.
Po prostu nie jestem w stanie w to uwierzyć. Nie mogę w to uwierzyć, że wydało to Editio red, spod którego skrzydeł potrafią wyjść książki naprawdę przyjemne i choć nie zawsze są one mocno ambitne, widać, że pomysł zrealizowano w taki sposób, że odbiera się go jako coś przyjemnego. Nie mogę uwierzyć w to, że ktokolwiek przeprowadził nad tym korektę lub redakcję, bo wiele zgrzytów tutaj występujących da się wyeliminować na etapie sprawdzania tekstu przez autora. Nie mogę uwierzyć w to, że ktoś uważa tę książkę za niezwykłą historię o trudnej, toksycznej miłości z charyzmatycznymi głównymi bohaterami. Bo to są ostatnie słowa, jakie opisałabym Start a Fire. A najgorsza jest chyba świadomość, że to serio ma potencjał i mogłoby z tego wyjść coś przyjemnego — niestety, nie udało się.
Naprawdę, tylko fakt, że nie umiem robić DNFów i nie lubię przerywać serii w połowie, sprawia, że nie porzuciłam tych książek. Bo same w sobie są na tyle źle napisane, że bym porzuciła tę Rundę po pierwszych 10 stronach. I to ani trochę nie jest żart. To tyle, dziękuję za uwagę i dotrwanie ze mną do końca.
przepraszam jakiego koloru oczy miał Shey bo autorka chyba zapomniała wspomnieć???
ta książka była naprawdę kiepska. cała. - styl autorki, - korekta, której nie było, - fabuła, która była tak płaska, że można było przewidzieć co się zaraz stanie (bo albo impreza albo spotkanie z Sheyem), - bohaterowie, którzy byli jeszcze gorsi niż fabuła (nie wiem który bohater był najlepszy bo żaden nie był nawet w 10% poprawny
Kocham kocham kocham z całego serca. Zakończenie okropne, na którym się popłakałam i nwm jak wytrzymam tyle czasu bez części 3.
Znacznie lepsze od części 1, chociaż niektóre przemyślenia i opisy można by było usunąć.
Gdyby ktoś się zastanawiał (Adrian) to tak, nadal jest przewracanie oczkami, zakładanie rąk na piersi, czarne puste oczy i zapach wody kolońskiej, mięty i papierosów.
Jakoś ciężko mi ocenić tę książkę i napisać o niej kilka słów, bo mam bardzo sprzeczne uczucia po jej przeczytaniu. Przede wszystkim - znacznie lepsza niż runda pierwsza. W końcu poczułam, że jest O CZYMŚ. Wszystko powoli zaczyna nabierać sensu. Główna bohaterka mnie nadal niesamowicie irytuje, w ogóle nie myśli racjonalnie, ale z drugiej strony ma 17 lat, więc może tak już bywa w tym wieku. Uwielbiam za to Luke’a. Niektóre sceny, teksty i przekleństwa wywołały we mnie mooocne uczucie zażenowania. Po pierwszej części byłam bardzo sceptycznie nastawiona, teraz jestem prawdopodobnie trochę mniej. Mimo wszystko, nadal ta historia jakoś do mnie nie przemawia, czego być może nie powinnam oczekiwać czytając to w wieku 23 lat. Gdybym natrafiła na to w wieku 17-18 lat moja opinia mogłaby być całkowicie inna, kto wie. Tak czy inaczej, cieszę się, że mogę wyrobić własne zdanie na ten temat.
Mam wrażenie, ze autorka skupia się na tym, jakie chce przekazać emocje, ale nie przykłada uwagi do tego, ze nijak się one maja do scen, które czytamy
Ciagle dochodzi do zupełnie niezrozumiałych zachowań. Nate wchodzi do pokoju, a vic drze jape, nie wiadomo o co. Albo nazywa go tchórzem, który zdecydował się na najprostsze rozwiązanie, a on orzeciez zgodził się dla niej walczyć (sens tych walk to w ogóle hit: jakim Cudem Shey jest w finale death fight (xD nazwa) skoro miał jedną walkę, która w dodatku się nie odbyła?)
Ale wracając do niezrozumiałych zachowań, mój faworyt: Luke powiedział: „Przyjechałaś naprawić samochód do najlepszego mechanika w mieście? Jak się ładnie uśmiechniesz, to na pewno da ci dobry rabacik. Możesz powołać się na mnie” I Vic w odpowiedzi… z całej siły uderzyła go w brzuch XDDS Chłop aż nie mógł złapać oddechu O co chodzi xD
jest późno i mam zrytą banię po czytaniu zmierzchu i tego dzieła w tak krótkim przedziale czasowym
I NIE, NIE WARTO BYŁO nikt już mi nie odda tego czasu
dobra to od początku, ale nie mam siły na nic porządnego, bo w sumie większość zarzutów pozostaje taka sama jak przy poprzedniej części
• relacja między głównymi bohaterami: w hui toksyczna, a co zabawne mamy taką mię, której zdarza się to wypominać, ale z drugiej strony to w sumie nie przejmujmy się tym za bardzo. a nejt to miał smutne dzieciństwo tak poza tym, więc troszkę milej co hmmm? no zdarza mu się traktować clark jak rzecz i zabawkę, bo zdarza, jednakże w głębi duszy jest zranionym chłopcem– po drugie ta relacja jest taka bezbarwna, pusta, tak po prostu kurwa nienaturalna (znaczy po zakończeniu rozumiem, że tam są jakieś akcje, intrygi, dramaty itd, ale ja pierdole–) • w ogóle każda relacja w tej książce taka jest. TAK BARDZO NIE MA TU ŻADNEJ CHEMII. a bohaterowie pierdolą piąte przez dziesiąte jak sztuczna inteligencja. dosłownie. czy ktoś tak rozmawia w prawdziwym życiu? oby nie • uwaga, w przeciwieństwie do pierwszej części tu się coś d z i e j e. byłam w szoku. tyle że z drugiej strony to się dzieje wciąż w stylu pisania autorki, czyli nic mnie to nie obchodzi. MOŻE BY OBCHODZIŁO, JAKBYM LUBIŁA CHOĆ JEDNĄ Z POSTACI. • victoria clark jest tak irytującą główną bohaterką, że ja nie mogę • przedstawianie tej takiej wiecie "śmietanki" społecznej i hm powiedzmy walki klas, wiecie, dyskryminacji, brzmi tak naciąganie
w tym momencie pisania stwierdziłam, że mi się po prostu nie chce. mogłabym przytaczać jakieś dokładniejsze sytuacje, argumenty, dopóki je jeszcze pamiętam, tyle że mi się nie chce. bo taka jest ta książka. takie lelum polelum. takie nic. i jakby. nie wiem, co mam powiedzieć, bo cały czas się powtarzam. nic nowego nie wymyślę, bo nic mnie nie zaskoczyło. dostałam to, czego oczekiwałam
no i nie, nadal nie rozumiem fenomenu hell. z jednej strony potrzebuję jakiejś pizgaczary, żeby mi zrobiła wykład na temat, dlaczego to jest takie głębokie, a z drugiej absolutnie jestem przerażona taką perspektywą i wolę pozostać z nieświadomym plebsem
(oczywiście bez urazy dla jakichkolwiek pizgaczar, if thats ur comfort place, its not my job to judge. but also. get well soon)
(nie no poważnie nie chcę nikogo atakować, bo trochę się boję tego fandomu. ALE JEŚLI TEN CZARNOOKI PRZYCHLAST JEST WASZYM IDEAŁEM FACETA–)
no i ten. tego.
pizgaczna ciuchcia znów odjeżdża, zostawiając mnie na peronie samą ze swoimi myślami. kiedy znów nadjedzie? kto to wie. czy będę na nią wyczekiwać jak wierna żona, której mąż wyjechał na wojnę? niestety, prawdopodobnie, gdy tylko usłyszę ten gwizd, zrobię wszystko, by wybrać się w następną podróż
nie jestem z siebie dumna.
na szczęście nie słyszałam, żeby jakoś niedługo wydawali trzecią część (correct me if im wrong), więc cytując klasyka
będę miała czas rozczarować się później
z bogiem kochani. niech czarne oczy szejka będą z wami
Kojarzycie ten żart, że deser zawsze się zmieści, bo na deser jest osobny żołądek? To na SAF mam osobną szufladkę, gdzie mogę dawać jej 5 gwiazdek i nie czuć się źle, że tyle samo dałam np. Niespokojnym Ludziom. To inna szufladka, szufladka złamanej nastoletniej miłości, tego się nie ocenia, to się rozumie i współczująco głaszcze po głowie
Powiem tak: to była trudna przeprawa. Porównując tą część do pierwszej rundy to tutaj mam wrażenie jest więcej informacji o bohaterach pobocznych. I mnie to cieszy, bo szczerze ich polubiłam (Chris i Matt moje fav Duo). Jeśli chodzi o Shey'a to po części zrozumiałam jego sposób bycia, ale nadal go nie lubię i uważam, że to co mu się wydarzyło nie jest usprawiedliwieniem tego jak się zachowuje. A teraz moja kochana Victoria... Matko jedyna to jest najgorsza bohaterka literacka ever. Po prostu NIE. To jak mówiła jedno, a robiła drugie, ciągłe powtarzanie tych samych myśli: NIENAWIDZĘ GO, ALE JEST PRZYSTOJNY,' JEGO OCZY BYŁY PO PROSTU PIĘKNE itd. to irytowało. I irytowało jeszcze to, że bardzo często słownictwo i opisy się powtarzały. Nie zlicze ile razy było mówione o oczach, zapachu, wyglądzie Shey'a. Do tego mam wrażenie, że milion razy przeczytałam słowa jak : ,, atmosfere między nami można było ciąć nożem"; ,, doprowadzał mnie do szewskiej pasji"; ,, zacisnął szczękę (dziwię się, że jeszcze mu się jakiś uraz od tego nie zrobił)"; ,, i tak skończymy w piekle" itd. Ta książka była dla mnie ciężka że względu na powtarzalność i idiotyzm głównej bohaterki. Wiem, że toksyczna miłość i wgl, ale czasami naprawdę zastanawiałam się, czy Victoria miała, a jak miała to czy na pewno używała czegoś takiego jak mózg.
Jestem zajebiście szczęśliwa że miałam okazję przeczytać wersję wattpadową i zobaczyć jak bardzo papierowa została zmieniona. Niby wiedziałam wszystko co się wydarzy, ale i tak czułam się momentami jakbym czytała tą książkę po raz pierwszy, poza tym dawno żadna nie wywołała we mnie tyle emocji co saf. Zakochałam się w tej serii na nowo i na pewno jeszcze do niej wróce
edit sierpień 2023: jednak po przeczytaniu bth daje te 5⭐️, bo po tym ponad roku wspominam to tak dobrze no nie czuje żeby to były 4,5⭐️
4,5⭐️ mam bardzo trudną relację z tą książką. bo ja to czytam i bawię się świetnie, uwielbiam bohaterów i ich humor, z każdą przeczytaną stroną chcę wiedzieć co dalej, i z głębi serca chcę żeby wszystko między vic i shey’em skończyło się dobrze. ale z drugiej strony to wszystko jest bardzo toksyczne (SHEY I TO CO ROBI 🚩🚩🚩), rozdziały są pieruńsko długie przez co strasznie wolno się to czyta no i jeszcze ta horrendalnie wielka ilość opisów, które w 90% są niepotrzebne, nic nie wnoszą do fabuły i w większości są poświęcanie rozważaniom i zachwytów vic nad shey’em, jego oczami, wyrzeźbionymi plecami, nad tym jak to on jest śliczny, ale za to jaki popierdolony… za dużo jest tego. mimo wszystko ja to serio lubię i czytam. i błagam tu się wydarzyło więcej niż w całym moim życiu… i jeszcze to zakończenie. c’mon ja muszę za niedługo przeczytać bth, bo nie wytrzymam. tbh ostatnie strony można potraktować jednym wielkim AHA?!