Mam wielki problem z tą książką - nie wiem, co pochwalić w pierwszej kolejności 😂😂😂
Piszę całkiem serio - nie wiem, czy bardziej zachwyca mnie klimat tego angielskiego Woking, do którego trafiłam już po raz trzeci, czy kreacja głównego bohatera, a może to, jak Autorka sobie pogrywa ze mną podczas lektury, serwując na koniec fabularną bombę.
Cieszę się, że po lekturze pierwszej książki napisałam w swojej opinii, że “Maski pośmiertne” były na tyle dobre, aby Annie Rozenberg zaufać. Bo gdybym jakiś czas temu nie sięgnęła po drugi tom, a ostatnimi dniami nie miałabym okazji przeczytać książki “Wszyscy umarli”, żałowałabym mocno.
I wiecie co? To już trzeci raz, gdy Autorka ogrywa moje czytelnicze upodobania. Po raz kolejny otrzymałam sprawę kryminalną, która na dobrą sprawę nie powinna mnie zainteresować. W sytuacji, gdy nie ma ciała, dla mnie nie ma zagadki. Anna Rozenberg rozegrała to jednak w ten sposób, że ani na chwilę nie chciałam odłożyć książki.
Davida Redferna uwielbiam. A w tej części to wręcz chyba się zakochałam w inspektorze. W tym bohaterze wszystko ze sobą współgra idealnie. Uczulam, aby jednak poznać jego losy od pierwszego tomu, bo wydarzenia z trzeciej części istotnie wiele mówią o tym, co bohater przeżył w poprzednich dwóch tomach.
W powieści “Wszyscy umarli” Autorka wraca do klasyki kryminału. Sama konstrukcja sceny, w której Redfern odkrywa, kto stał za zabójstwem, istotnie przypomina powieści Agathy Christie. Jak się inspirować, to najlepszymi, więc zupełnie mnie to nie dziwi.
Coraz więcej powieści w ostatnim czasie porusza ważne problemy społeczne. We “Wszyscy umarli” również można ich kilka wyodrębnić - walka o życie dziecka, bezduszna biurokracja, kradzież i walka o pieniądze - te problemy chyba nie znają pojęcia granic i obecne są tak w Wielkiej Brytanii, jak i w Polsce.
I chociaż ledwo wybiła godzina premiery trzeciej części, po ostatnich stronach nie pozostaje nic innego, jak z niecierpliwością oczekiwać jakichkolwiek informacji o tomie czwartym.