„Samo słowo jest już mocno niedzisiejsze. Wczasy nad Morzem Śródziemnym albo w Dubaju? Nie ma szans – za granicę jeździ się na urlop. Wczasów nie rezerwujesz przez internet ani nie lecisz na nie samolotem. Wczasy nie mogą być all-inclusive ani last minute. (…) Na wczasy jedziesz w miejsca, które znasz od lat”.
Marcin Wojdak to czuły przewodnik po świecie odchodzącym w zapomnienie. Dokumentuje najciekawsze przykłady architektury ośrodków wypoczynkowych z czasów PRL-u: urokliwe stołówki, archaiczne domki letniskowe bez łazienek, pensjonaty pachnące kurzem. Niektóre z tych miejsc nadal przyjmują gości, inne niszczeją nieatrakcyjne dla wielbicieli egipskich plaż. Krążąc z aparatem po Polsce, wysyła pocztówki z miejsc, które przypominają beztroskie „wczasy pod gruszą” i dzieli się refleksjami nad światem, który wraz z nadejściem nowoczesności, znika bezpowrotnie.
Jestem niezwykle rozdarta wystawiając taką ocenę. Gdybym opierała się tylko o temat i zdjęcia to było by to automatyczne 12/10, ponieważ klimat fotografii jest absolutnie fantastyczny. Niestety pisarska część książki jest bardzo… nijaka, w wielu „opowiadaniach” odhacza seksistowskie stereotypy i używa chwilami dosyć wątpliwych w 2022 roku określeń.
Nie wiem czy nietrafiona forma pisana wynikała z braku czasu na konkretny research miejsc, o których w książce jest mowa. Moim zdaniem, obrany kurs kompletnie się nie sprawdził, a tak świetny temat oferuje ogrom możliwości.
Ta książka tak bardzo rozminęła się z moimi oczekiwaniami, jak chyba jeszcze żadna nigdy. I niestety nie było to pozytywne rozminięcie. Temat bardzo ciekawy, oczekiwałam zdjęć i historii miejsc wczasowych. A dostałam….kilkanaście zdjęć na 300 stron i mało ciekawe „opowiadania?” (Sama nie wiem co to jest), zupełnie nietrafione dla mnie, jestem strasznie zawiedziona.
Rewelacyjne zdjęcia, które wywołują nostalgię w moim pokoleniu. Niestety słowo pisane okropne, momentami żenujące. Trzeba było zrezygnować z tekstów i zrobić piękny album.
- Jest to najgorsza "książka" jaką w życiu czytałem. "Opowiadania", czyli idiotyczne teksty do opisów zdjęć są niekiedy tak ordynarne i prostackie, że zastanawiałem się jak w ogóle można było coś tak obrzydliwego wydać ("Banda łysego", "Tata marka"). Naprawdę, czytając to czasami nie mogłem uwierzyć ile zażenowania wywołuje we mnie "książka".
- Autor wyśpiewuje w "opowiadaniach" zachwyty nad swoimi zdjęciami i w 99% nie dowiecie się kto był autorem rzeźb, mozaik czy architektem obiektów. Przecież do tego potrzebny jest risercz, ale gdzie tu byłoby miejsce na coś takiego. Lepiej rzucić "kurwą" w tekście. Pan Wojdak napisał kiedyś na swoim profilu "nie jestem pisarzem", po czym zmienił to na "jestem pisarzem". Nie, nie jest pan.
Ta książka to przykład na to, że interesujące wpisy na instagramie nie przekładają do dobrą książkę. Kupiłem zaintrygowany ciekawymi eksploracjami niszowej tematyki ośrodków wczasów z czasów PRL. Autor rzeczywiście objechał kawał Polski i znalazł perełki, całkiem zgrabnie je sfotografował. Ich opis jest jednak zbyt impresyjny, oderwany od opisywanego miejsca. Czułem się czasami wręcz oszukany tym, co czytałem, kiedy sam autor przyznawał, że to wszystko zmyślone. Można więc potraktować jako ciekawy przewodnik po dawnych ośrodkach, coś więcej niż inwentaryzacja, choć dla historyków też to pewnie będzie cenna pozycja. Ale nie dla literatów.
Bardzo lekka, dowcipna i naprawdę pięknie wydana książka. Nie jest to ani album ani przewodnik po ośrodkach wczasowych, więc ciężko ją jakoś sklasyfikować. Krótkie opowiadania poprzedzające fotografie, pobudzają wyobraźnię. Autor potrafi dostrzec duszę w miejscach, które dla przeciętnego bywalca najpewniej byłyby tylko niszczejącą ruiną. Świetna lektura na rozpoczynające się właśnie wakacje i sezon urlopowy. Wcale nie trzeba spędzać ich za granicą, żeby odkryć oryginalne miejsca, niemalże już "nie z tej epoki".
Dawno nie czytałam tak złej książki. Nijakie „opowiadania”, w których rzekomo pojawiają się opisy lub odniesienia do przedstawianych na fotografiach miejsc - te można policzyć na palcach jednej ręki, reszta to chyba bardzo luźne skojarzenia, które tak naprawdę mogłyby pasować do każdego z ośrodków. Ta książka byłaby o wiele lepsza bez tych pseudo-literackich tekstów. Szkoda papieru. 1 gwiazdka za fotografie i ciekawe miejsca.
Jak sam autor pisze "zdjęcia i krótkie teksty o dowolnej treści", czyli książka-Instagram. Ciekawe doświadczenie, ale czytając miałam wrażenie scrollowania feedu i że ubywa mi trochę szarych komórek. Zdjęcia fajne tho.
"Odradzam tak wiele rzeczy, że nie pozostaje mi nic innego, jak na koniec odradzić wam sugerowanie się tym, co piszę. Niech w waszej pamięci pozostaną same zdjęcia."
To raczej takie trzy i pół. Zdjęcia fantastyczne - zatrzymują wszystko to, co nieuchwytne. Teksty za to bardzo nierówne. Na plus surrealistyczne, miejscami groteskowe zacięcie i koncept całości. Znajdą się tu zdania-perełki, ale jest ich, niestety, niewiele.
Uwaga, ostrzeżenie! Jeśli spodziewasz się "springerowskiej" książki o architekturze ośrodków wypoczynkowych, zawiedziesz się. Jeśli oczekujesz solidnej porcji rzetelnych informacji o sposobie spędzania wakacji w PRL, rozczarujesz się. Jeśli szukasz dobrej literatury, będziesz zawiedziony. Jedyne co w "Ostatnim turnusie" jest takie, jak można się (po okładce) spodziewać, to zdjęcia. Klimatyczne, wręcz czułe. Reszta, czyli teksty, jest dziwna... Mam wrażenie, że to co działa w mediach społecznościowych (autor publikuje podobno na Instagramie; nie mam, nie znam) niekoniecznie działa w książce. Mam wrażenie, że niektóre teksty powstały ma siłę, inne są obraźliwe, pogardliwe. Niektóre ironiczne, trochę (rzadko) zabawne. Świadomie piszę teksty, choć autor nazywa je opowiadaniami, ale to określenie nie przejdzie mi przez gardło odnośnie twórczości Wojdy. Rozumiem wszystkie krytyczne opinie, które generują tak niskie oceny "Ostatniego turnusu", ale jestem przekonana, że ta forma to bardzo świadomy wybór autora. Nie chciał być Springerem, ani autorem przewodnika, ani historykiem. Dokonał wyboru, ze wszystkimi konsekwencjami. Miało być inaczej i jest. Oprócz wartych uwagi zdjęć dostajemy więc, słowami autora: "odrobinę merytorycznych treści, trochę refleksji i oceany fantazmatów. To oczywiście mój w pełni świadomy wybór[...]." (Prawo autora trudno kwestionować, ale te zdjęcia plus dużo merytorycznych kwestii to byłoby coś!)
ta pozycja jest przewspaniala. czytałam ją kilka miesięcy dawkując sobie teksty Marcina jak by to była poezja nad którą trzeba pokontemplowac. Teksty nie mają pozornie związku z miejscami to wymysline opowiastki - ale mają móc, przypominają o sentymentach, uderzają plastycznym obrazem epoki i wyczuciem humoru ( nie raz czarnego) autora. przede wszystkim jednak pozwalają wrócić wspomnieniami do dzieciństwa, do WCZASOW a nie wakacji czy wypraw jak dziś modnie jest nazywać zagranianiczne eskapady. Teksty te przeniosły mnie do wspomnień, o których zapomniałam, przywiodły na myśl skrzypiące deski w podłodze w harcerskim ośrodku w Kostkowicach, fantazyjną formę domków w Ponikwi, Hotel Pallas w Jastrzębiej Górze, który już wtedy mnie zachwycał, choć nie potrafiłam zwerbalizować wówczas dlaczego. przypomniałam sobie domki wczasowe w Turawie ( dziś wiem, że są w stylu Brda ) i zapach cudownego impregnatu do drewna, a także wczasy w Pojerzezu i ośrodek wczasowy pełen domków w lesie że stołówką w stylu, który dziś jest już wspomnieniem, podobnie zresztą jak ośrodek w Rogoźniku. Te wszystkie wspomnienia zepchnięte na margines jajników wyprawami na inny kontynet odżyłem teraz z całą mocą, za co jestem ogromnie wdzięczą.
ta pozycja sprawia, że ciepło rozlewające się po sercu.
a Tym, którzy myślą, że znajdą tu przewodnik po ośrodkach wczasowych - mowie nie tedy droga, od tego macie Google, to przewodnik tylko dla tych, którzy chcą odbyć podróż sentymentalną.
Co z tego, że zdjęcia intrygujące, a spis miejsc wyjątkowy… Towarzysząca im pseudo-treść emanuje bufonadą autora, jest do bólu pretensjonalna, a miejscami naprawdę wulgarna. To chęć wyróżnienia się, zwrócenia na siebie uwagi czy zszokowania czytelnika?
Przykre, bo mimo zainteresowania tematem i realnego podziwu dla niektórych fotografii, pozycja ta zniechęciła mnie nawet do profilu „pisarza” na Instagramie. Powinien pozostać przy operowaniu obiektywem, pióro (a raczej klawiaturę telefonu) może zostawić. To mój pierwszy, ale zdecydowanie Ostatni Turnus z twórczością pana Wojdaka.
Kiedyś śmiałam się z ludzi, którzy jako uprawiany przez siebie gatunek literacki wskazywali felietony na Facebooku. No i miałam rację. To, co autor nazywa "opowiadaniami" to po prostu krótkie posty z Instagrama, które bardzo chciałyby być zabawne, ale nie są. Jedyny tekst, który ma tu jakiś sens to "Żarłacze białe". Nie mam wysokich wymagań jeśli chodzi o humor, ale nie wystarczy dać dużo przekleństw i nawiązań do seksu, żeby było zabawnie. Szkoda, bo zdjęcia piękne. Zdjęcia: 5/5, Tekst: 0,5/5
Ode mnie - mocne 4. Teksty specyficzne, jednym się podobają, innym nie. Ja należę do pierwszej grupy osób. Podoba mi się ta ironia, wodzenie czytelnika, historie wyssane z palca, napisane jakby od niechcenia, na kolanie, na wczasach...
Zaznaczyłam, że skończyłam książkę, ale raczej skończyłam z jej czytaniem po około połowie. Niestety, cudowne zdjęcia nie uratowały niskiego poziomy literackiego. Opowiadania? Skecze? Reportaże? Nie wiem, co autor dokładnie chciał napisać, ale zdecydowanie nie dał rady.
Ocena jest za zdjęcia, bo treść literacka wypada bardzo słabiutko. Mam nadzieję jednak, że Marcin Wojdak w przyszłości będzie miał okazję tworzyć kolejną książkę, ale będzie współpracował również z innymi autorami, którzy rozwiną jego skrzydła, bo ma potencjał
Fotografie świetne, klimatyczne i oddające nostalgię za turnusami, natomiast wolę krótkie opisy pod zdjęciami od wulgarno-zabawnych tekstów znajdujących się pomiędzy albumowymi wspomnieniami.