Zimą samolot z południa dolatuje tu raz w tygodniu lub rzadziej. Latem tylko dwa statki dowożą zaopatrzenie na resztę roku. Kilkuset mieszkańców północnej Grenlandii żyje według zasad ustalonych przez naturę i przodków – wielkich łowców polujących na morsy i niedźwiedzie.
Ilona Wiśniewska spędziła trzy miesiące w Qaanaaq i Siorapaluk, najbardziej na północ wysuniętych osadach Grenlandii. Nawiązanie relacji z Inughuitami, zwanych też polarnymi Inuitami, wymagało wyczucia i czasu. Usłyszała: "Nie spiesz się. Ugotuj coś. My też chcemy wiedzieć, kim jesteś".
Zaprosili ją do swojego życia. Uczestniczyła w polowaniach, była zapraszana do domów, przysłuchiwała się rozmowom, w których przeplatały się codzienność, katastrofa klimatyczna, historia i skomplikowane relacje z resztą świata. Tak powstał Migot, niezwykły inuicki wielogłos, który w ciemnościach nocy polarnej wybrzmiewa szczególnie przejmująco.
Zbyt poszatkowana jak na mój gust. Milion historii opisywanych na pojedynczych stronach, które razem moim zdaniem nie do końca robią jedną, zgrabną opowieść o Grenlandii. Obawiam się, że Białe, to była jedyna naprawdę świetna książka tej autorki :(((
Niezmiennie uwielbiam w reportażach Ilony Wiśniewskiej ich prostotę i zimno, jakie od nich bije. Te wszystkie historie, rozmowy mają w sobie coś tajemniczego i wyjątkowego.
PS Pomijałam wiele fragmentów związanych z przemocą wobec zwierząt, bo jest jej tutaj naprawdę sporo.
Ilona Wiśniewska pisze o Grenlandii Północnej oraz rdzennej ludności, jaka powoli zanika, i już wiem, że lepszym pomysłem byłoby najpierw przeczytać „Lud“, ale gdy już czytać zaczęłam, to nie miałam ochoty się oderwać. Jak zwykle — teksty autorki wciągnęły mnie dzięki swojej lekkości i odbiciu życia zwykłych ludzi. Podobał mi się szacunek, jaki w książce oddany był Inughuitom. Brak oceniania, przytaczanie słów innych i sięganie po historię kolonialną. Rewelacja! Ale. Plątałam się przez poszatkowanie tekstu. Zdaje się być to typowe dla reportaży Ilony Wiśniewskiej, ale tym razem wybijało mnie to z rytmu i sprawiało, że poszczególni ludzie zlewali się w jedno, choć przecież każdy był zupełnie inny. Wydaje mi się, że przez to wraz z końcem lektury umknęło mi wiele istotny faktów. A wielka szkoda!
Jak dla mnie trochę za bardzo o wszystkim i o niczym. Nie wiem w sumie na co się nastawiałam, ale nie odnalazłam sie w tym reportażu, za bardzo skakał pomiędzy różnymi tematami i w końcu sama nie wiedziałam, o czym to jest. Szkoda, bo temat turbo ciekawy.
2.5 Lubię holistyczne reportaże o krajach, które opowiadają o narodzie, o kulturze, o przyrodzie itd, a nie skupiają się na drobnych wydarzeniach losowych osób zamieszkujących dane państwo. Nie dość, że czytając kolejne, podobne reportaże, te wyjątkowe historie wydaja się trochę zlewać i siebie wzajemnie przypominać, to jeszcze taka forma generalizacji danego społeczeństwa może dawać niepoprawny obraz rzeczywistości.
Ma swoje momenty. Nie przeszkadzało mi pozorne "poszatkowanie" historii poszczególnych bohaterów, ta wyrywkowość nawet i na plus, pasowała mi do grenlandzkiego klimatu. Nie przepadam jedynie za fragmentami, w których za bardzo widać autorkę, miałam też niemiłe wrażenie, że niektóre wątki pojawiły się, żeby pokazać, że autorka jest inna niż wszystkie - że w przeciwieństwie do innych reporterów ona okazuje szacunek swoim rozmówcom. Pewnie to tylko wrażenie.
Niesamowicie jest czytać o tak odległym i odmiennym świecie ❄️ Styl pisania też bardzo mi się podobał-minimalistyczny, czasami wręcz chłodny, a jednak czuć w nim jakąś literackość.
zmarnowany potencjał książki. przykro mi pisać o niej w ten sposób, bo nastawiłam się, że będzie to reportaż pokroju "27 śmierci toby'ego obeda". niestety, "migot" to historia o zwierzętach, oprawianiu ich i zwyczajach kulinarnych ludzi północy. na początku bardzo mnie zaciekawił wątek samobójstw i szkoda, że nie został pociągnięty. dodatkowo, w książce jest głos mieszkańca, który narzeka, że obcokrajowcy przyjeżdżają, robią tubylcom zdjęcia i nawet ich nie podpisują - a autorka zrobiła identycznie. niby jest o nich rozdział, ale przydałby się podpis pod zdjęciem (tak jak w wielu innych książkach, w których zdecydowanie łatwiej było się połapać z bohaterami!). z tyłu fotografie również podpisane są bezimiennie. dodatkowy minus to brak słowniczka z tyłu, naprawdę by się przydał, bo nie wszystko było tłumaczone. generalnie najwięcej tu słów o fokach, niedźwiedziach i skórach z lisa. a szkoda.
2,5 ⭐️ Mam wrażenie, że więcej było tutaj o zabijaniu fok i lisów polarnych oraz biciu psów niż o mieszkańcach Grenlandii... Sama nie wiem co sądzę o tej książce. Z jednej strony bardzo ją doceniam, ale z drugiej była według mnie niezwykle nudna. Uważam ją za ważną, ponieważ widzimy codzienność Inughuitów. Mamy ich punkt widzenia na szkołę, edukację, pracę, rodzinę, itd. co uważam za niesamowicie ciekawe. Ale z drugiej strony miałam wrażenie jakbym czytała parę razy te same zdania i zauważyłam, że najciekawsze wątki się bardzo szybko kończyły.
Podobało mi się, jest to niby obyczaj, opowiadający o codzienności, ale codzienności, która jest mi odległa i zupełnie obca. Trudno mi było zapamiętać imiona. Nie zmienił się raczej mój stosunek do Grenlandii, ale dowiedziałem się dość wielu (nie)ciekawych realiów o tym miejscu. Dziękuję Kasi i Jędrkowi za prezent!
reportaz swietny, napisany z wielkim szacunkiem. wielkim plusem jest tez przyblizenie historii „odkrywania” biegunu polnocnego na poczatku xix wieku przez amerykanow. pozycja warta uwagi !!!
2.5 Grenlandia to takie miejsce, które chciałabym kiedyś zobaczyć w swoim życiu, ale książki Ilony Wiśniewskiej wybitnie mi to wyperswadowują.
Autorce trzeba oddać jedną rzecz - jej reportaże są naprawdę do cholery obiektywne. Ale ja nie jestem w stanie obiektywnie czytać o przemocy wobec zwierząt, o ich zabijaniu, o strzelaniu do psów i robieniu rękawiczek z kota. Po prostu nie.
Reportaż jest dość ciężki, dla mnie momentami aż za ciężki. Miałam też wrażenie, że temat polowań stanowił tutaj 90% książki, a jednak sięgając po książkę o Grenlandii chciałoby się dostać coś więcej. A, no i największe minusy - brak słowniczka i trochę nijakie przedstawienie postaci, przez co każdy zlewa się z każdym. A szkoda.
Podobnie jak „Lud”, „Migot” jest nie tylko przejmującą i niezwykle potrzebną opowieścią o długofalowych konsekwencjach kolonializmu (społecznych, ekonomicznych, ekologicznych), ale i bardzo osobistą, szczerą i ucieleśnioną próbą naświetlenia i rozbrojenia przez Wiśniewską jej warsztatu reporterskiego. Potężna lekcja empatii, gniewu i trwania w dyskomforcie wynikającym z prób poszanowania różnicy, inności i cudzych granic, przy jednoczesnym zachowaniu świadomości własnego, mimowolnego uwikłania w lokalne i międzynarodowe relacje władzy, przemocy i wyzysku (i własnej bezsilności wobec nich). Niezwykle istotna i dająca do myślenia pozycja zarówno dla fanek reportażu, jak i dla antropolożek, etnografek czy dziennikarek, dostrzegających etyczną dwuznaczność swojej pracy. Podobnie jak „Lud”, tę książkę czuje się w trzewiach i czyta całym ciałem. A potem zostaje się z nią - i z historiami jej bohaterów - na długo.
Uwielbiam reportaże pani Wiśniewskiej ale ten podobał mi się najmniej.
Ilość opisów patroszenia, zabijania zwierząt spowodował u mnie ból brzucha.
Dla osób wrażliwych może być to ciężka przeprawa, bo najwięcej jest tu o sposobie zdobywania pożywienia przez mieszkańców Grenlandii czyli dokładanych opisach jak uśmiercić fokę, lisa, niedźwiedzia, zająca. Za dużo tego było.
Trudno mi opisać moje wrażenia z tej książki nie porównując jej do poprzedniej "części" z Grenlandii. Odnoszę wrażenie, że o ile w "Lud" skupialiśmy się na tym, by poznać i objąć cały obraz Grenlandii - jej krajobraz, kulturę i historię - to tutaj zgłębialiśmy historię stricte ludzi. Różnorodnych, ciekawych, i wielorakich ludzi. Brutalne, realistyczne, ale też piękne na swój sposób strony ich życia.
Brakuje mi jednak "tego czegoś" - tych dwóch pozostałych części - widoków natury, i historii.
Trochę chaotycznie napisana, ilość postaci ze ździebkiem informacji jaki mamy na ich temat staje się trochę kakofoniczna. Poza tym ciekawa, informatywna, szczegolnie mi sie podobał jeden z pierwszych rozdziałów, który opisywał historię odkrycia inuitów przez amerykanów, bardzo przykra historia.
Sever jsem si vždycky hodně romantizovala. Zimu přeci miluju, polární záře, hvězdy někdy i po většinu dne. Samozřejmě to tak růžové není. Mihotání vás vezme do Grónska, kde nás seznámí nejen s tamním životem, ale také s historií, která je smutnější, než bychom si mohli představit. Kolonialismus, hon za senzací.
„Civilizovaní lidé, kteří kradou, vraždí, mučí, modlí se a říkají ,věda’. … Vědí, ale že hladového je třeba nasytit, zmrzlého zahřát a bezradnému pomoci. … Nebylo by smutné, kdyby tyto věci zapomněli, kdyby začali být civilizovaní a slušnost vyměnili za vědu?”
Kniha ale také odkryje problematiku Dánsko vs. Grónsko.
„Pořád si nevěříme, nevěříme ve vlastní schopnosti, nepřipadáme si s Dány rovnocenní. Máme převzít plnou zodpovědnost za své životy, ale celou dobu doháníme standardy stanovené někým jiným. Proto potřebujeme mentálni dekolonizaci.”
3.5⭐️ Zarówno temat, jak i forma genialne. Dla mnie natomiast historia strasznie chaotycznie opowiedziana. Nie do końca byłam w stanie połaczyć fakty. Opowiadania porozrzucane po książce, co sprawiało że nie potrafiłam się odnaleźć.