Krótkie prozy Macieja Libicha obierają za swój temat codzienność, zwyczajne wydarzenia, spotkania itp., ale też coś jeszcze. Z parteru akcji, faktów czy zrazu błahych okoliczności, całe scenki wjeżdżają raz po raz staroświecką windą na pierwsze piętro refleksji. O! tu już autor, jeśli nie zrobił tego jeszcze na dole, dokleja siebie do obrazka, a obrazek nieco zastyga. Słyszymy głos: coś więc roztrząsa, przypomina sobie – mówi trochę do siebie, a trochę pod oko kamery. Tymczasem piętro zapada się nagle z hukiem i wtem, już na parterze akcji, pierwszy Libich stara się nadal żyć, a drugi, jeszcze nieco zdziwiony, próbuje czmychnąć niepostrzeżenie. Zdwojona dekoracja zostaje nam, czytelniczkom i czytelnikom, podarowana gratis. Autor (ten trzeci?) stawia wysoko kołnierz, gasi lampkę i przypomina teraz postać któregoś pisarza z lat 50. Mechanizm prosty i za każdym razem zaskakująco skuteczny.
bardzo przenikliwy i bardzo smutny gdy pisze o domu, dzieciństwie i czasie; znacznie mniej, gdy pisze o miłości do kobiety; najmniej – gdy pisze o sobie zawodowo, prywatnie, metatematycznie
Czysty przepływ życia, o którym nagle gość pisze tak, jak ty byś chciał_ napisać, tyle że on potrafi, a ty nie. Fajnie, bo małe, można w kieszeń włożyć i iść na pole