Zderzenie dwóch pociągów pod Szczekocinami z 3 marca 2012 roku to największa katastrofa kolejowa w Polsce w XXI wieku. Ta tragedia wciąż nie doczekała się jednak solidnego opisania. Choć w toku śledztwa wskazywano na dziesiątki systemowych błędów i nieprawidłowości – w szkoleniu personelu, w odbiorze urządzeń, w przepisach, w procedurach bezpieczeństwa - skazani zostali tylko dyżurni pełniący wówczas służbę (Andrzej N. i Jolanta S.).
Bartosz Jakubowski jako jedyna osoba postronna otrzymał dostęp do akt sprawy sądowej i postępowania prokuratorskiego. W tej książce w przejmujący sposób opisał całość czynników i zdarzeń, które doprowadziły do katastrofy, a także proces szukania winnych. Ujawnia do tej pory nieopisywane okoliczności, sytuacje, zdarzenia i dokumenty. Wyłania się z nich przerażający obraz kartonowego państwa, którego motto brzmi: „Śmiało, zmieścisz się”.
Co za koszmarna sprawa, nie mogę się otrząsnąć. Książka Jakubowskiego potwierdza tezę, że w Polsce wszystko jest prowizoryczne, byle jakie i stworzone w myśl zasady „jakoś to będzie”. Przebudzenie następuje dopiero gdy stanie się coś strasznego, a ludzie zaczynają dociekać, kto powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Wtedy na jaw wychodzi długa lista zaniedbań i porażająca skala niekompetencji. Kończysz tę książkę z nadzieją, że nie będziesz kolejną ofiarą polskiego niedbalstwa, że wypadnie na kogoś innego. Bo na kogoś, prędzej czy później, wypadnie na pewno.
Nie mogłabym nie wspomnieć o ilości pracy, jaką autor musiał włożyć w spisanie tej historii. Zmowa milczenia wśród pracowników, skomplikowana i długa batalia sądowa, konieczność zrozumienia specyfiki pracy w kolejach i technikaliów (sporo tego w "Zderzeniu czołowym" i warto być na to przygotowanym) — Jakubowski poradził sobie z tymi przeszkodami, a książka bardzo dobrze pokazuje, że autor wie o czym mówi. Warto to docenić szczególnie w kontekście ostatnich dyskusji o nierzetelności polskiego reportażu.
Reportaż Jakubowskiego czyta się jak krwawy thriller, z tymże nie jest to niestety fikcja literacka. Autorowi trzeba oddać drobiazgowość przy rekonstrukcji katastrofy, czytelny układ tekstu, logiczne i spójne rozdziały. Jasne, pojawiające się zarzuty o hermetyczność są jak najbardziej zasadne, trudno osobom, które nie interesują się koleją (choć sam mikolem nie jestem, najwyżej adeptem mikolstwa) poruszać się w gąszczu tych wszystkich skomplikowanych specyfikacji technicznych, urządzeń, procedur. Pewnego znużenia można też doznać czytając o procesie (żargon prawniczy przypomina czasem czysty bełkot), ale są to elementy równie ważne, co relacje poszkodowanych czy bliskich ofiar.
Z lektury Zderzenia czołowego przychodzi smutna refleksja o stanie bezpieczeństwa na kolei, na prowizoryczności instytucji publicznych, i bardzo polskiego „jakoś to będzie”. Oprócz smutku, współczucia, czasem strachu i przerażenia, pojawia się też pospolity wkurw na lata zaniedbań kolei, nieodpowiedzialnych polityków/urzędników i działania państwa z kartonu w ogóle.
PS. Zderzenie czołowe to też świetne rozwinięcie tematu o sygnale zastępczym opisanym pokrótce w innej książce o kolei - Ostrym cięciu Trammera
Bardzo zainteresował mnie ten temat. Szczególnie, że wcześniej nie zagłębiałam się zanadto w historię tej katastrofy. Nie zastanawiając się za długo złapałam książkę i tak jak początek napawał nadzieją, a koniec jakoś ratował całość, to przez cały środek albo przysypiałam albo nie wiedziałam co czytam. Możliwe że na początku książki powinna znaleźć się informacja w stylu "nie czytaj jak nie interesujesz się koleją". Myślę, że większość czytelników pamięta, że przyczyną tragedii był system odprawy pociągów plus niewłaściwe przeszkolenie dyżurnych. Siłą rzeczy cały środek skupia się na kwestiach technicznych, bez większego wprowadzenia czy ułatwienia czytelnikowi zrozumienia wszystkich pojęć i zależności. A jak się nie znasz to niestety nie rozumiesz, jest aż tak technicznie. Co gorsze, finalnie nie bardzo wiadomo do jakich wniosków dochodzi autor i jak to się w szczegółach ma do ustaleń prokuratury i sądu. Nie ma zwięzłego prostego podsumowania, a ty, pospolity czytelniku, czytaj kolejne strony po trzy razy, żeby zrozumieć każdy szczegół. Przez cały środek miałam silną potrzebę by ktoś mi to wszystko rozrysował. Plusem są rozmowy z osobami które brały udział w tym zdarzeniu - przede wszystkim ofiarami, bo kolej - jak wiadomo - umywa ręce. To wyszło autorowi bardzo dobrze i interesująco, ale stanowi niewielką część książki. Widać, że autor jest bardzo zaangażowany w te sprawę, nie boi się pisać co myśli, zna temat na wylot od każdej strony i za to brawa. Jednak jest to trochę miecz obosieczny. Przez to zaangażowanie stracił z pola widzenia to, że książkę złapią osoby kompletnie oderwane od tematyki koleii i będą mieć trudności w poruszaniu się w tej historii.
Dużo technikaliów, które nie zawsze idealnie ogarniałem, ale kawał bardzo dobrej, rzetelnej roboty, bez łatwego ferowania wyroków, za to ze świetną rekonstrukcją tego, czego da się dziś dowiedzieć.
Choć w momencie katastrofy pod Szczekocinami miałam już prawie dwadzieścia lat, to – wstyd się przyznać – mało pamiętam z relacji o tym wypadku. Co więcej, choć temat nie schodził z czołówek przez jeszcze jakiś czas, to w pełni dowiedziałam się o nim dopiero wówczas, gdy na Discovery mignął mi odcinek programy o największych polskich katastrofach, które był właśnie Szczekocinom poświęcony (swoją drogą, autor opowiada o tym programie i jest wobec niego mocno krytyczny).
Dla tych, którzy nie wiedzą, katastrofa pod Szczekocinami była czołowym zderzeniem dwóch pociągów, które zostały nieprawidłowo poprowadzone przez dyżurnych ruchu. Kilkanaście osób straciło życie, sporo było rannych i straumatyzowanych. Działo się to w 2012 roku, a procesy oskarżonych w tej sprawie dobiegły końca dopiero w 2020 roku, choć można zastanawiać się, czy aby na pewno osoby, które zostały skazane, są tak jednoznacznie winne tragedii.
Bartosz Jakubowski jest nie tylko pasjonatem kolei, ale również zawodowo zajmuję się transportem publicznym. W jego naukowych i opiniotwórczych publikacjach można znaleźć sporo treści dotyczących dróg, kolei, stanu polskiego transportu publicznego etc. Żywo interesuje się tematem wykluczenia komunikacyjnego i komentuje w mediach różne działania z transportem związane. Innymi słowy, autor „Zderzenia czołowego” naprawdę dobrze wie, z jakim tematem się mierzy i o czym pisze.
Moja ocena tej książki jest wysoka, choć nie do końca jest to ten rodzaj reportażu, który ja lubię. Jest to pozycja bardzo techniczna, merytoryczna i konkretna. Brakowało mi w niej jednak czegoś, co z braku lepszego słowa nazwę „czynnikiem ludzkim”. Cenię sobie bowiem pozycje literatury faktu, które dają głos ofiarom i ich rodzinom. Które mocno skupiają się na tragedii i jej następstwach dla konkretnych osób. Tutaj tego nie było, ale nie mogę ocenić przez to ocenić reportażu słabiej, bo autor wykonał tu doskonałą pracę.
Na pewno nie każdy dobrnie do końca. Od pewnego momentu zagadnienia techniczne zajmują tu już bowiem bardzo dużo miejsca i łatwo nie tylko się w tym pogubić, ale i – nie bójmy się tego stwierdzić – z lekka znudzić. Autor konkretnie wyjaśnia, co miało miejsce tego feralnego dnia, jakie decyzje dyżurnych do tego doprowadziły oraz jak przebiegało ich szkolenie (i szczegółowo objaśnia, czemu było ono prowadzone źle). Rozmawia on z wieloma osobami, ale są to przede wszystkim rozmowy dotyczące wypadku i następującego po nim procesu, nie natomiast emocji. Dopiero na sam koniec dostajemy wypowiedzi kilkorga ocalałych osób, które skupiają się przede wszystkim na swojej traumie. Bardzo wstrząsające wypowiedzi również z tego względu, że ukazujące kłamstwo, które krótko po tragedii było powielane w mediach. Mianowicie, autor przypomina (a i ja sprawdziłam, że tak faktycznie było), że sporo wówczas mówiło się o tym, że wszystkie osoby biorące udział w katastrofie mogą liczyć na szybką, bezpłatną pomoc psychologiczną. Żadna z osób, z którymi Bartosz Jakubowski rozmawiał, takiej pomocy nie otrzymała.
Ja pociągami za bardzo nie podróżuję, natomiast nawet mną wstrząsnął opis zdarzenia, które miało miejsce już kilka lat po katastrofie, bo w 2019 roku. Doszło wówczas do podobnej sytuacji, która na szczęście nie skończyła się tragedią tylko dlatego, że – po pierwsze – maszynista w porę zareagował i uruchomił alarm oraz – po drugie – w incydencie nie brały udziału dwa pociągi pasażerskie, bowiem drugim z tych pojazdów była podbijarka torowa. Oba pojazdy zatrzymały się w odległości około 600 metrów od siebie. Ponownie, dyżurni ruchu źle zinterpretowali wyświetlane im przez urządzenia komunikaty, a maszynista – przyzwyczajony do tego, że sygnały, które daje mu semafor nie zawsze są trafne – na czuja wjechał na tor, którym nie powinien się poruszać. Tragedia z 2012 chyba niczego nie nauczyła osób zarządzających koleją i to jest absolutnie najstraszniejsza rzecz, jakiej z tej książki możemy się dowiedzieć.
Bardzo konkretna pozycja, mało emocjonalna, więc pewnie sporo osób się od niej odbije. Niemniej jednak dla mnie była to bardzo ciekawa, choć trudna lektura. Polecam się z nią zmierzyć zarówno w przypadku, gdy dobrze pamiętacie relacje sprzed dziesięciu lat, jak i wówczas, kiedy – tak jak i to było u mnie – uleciały już Wam one z pamięci.
Głęboko niepokojący obraz stanu technicznego i procedur polskiej kolei, wyrażony w solidnie napisanym tekście o katastrofie. Książka trudna zarówno emocjonalnie i technicznie, jednocześnie bardzo ważna.
Dosyć nierówno prowadzona i budowana narracja z czasem zaczyna trochę nudzić. Najlepsze fragmenty dotyczą opisu samego zdarzenia. Próby wyjaśnienia przyczyn katastrofy stają się jednak zawiłym polem do ogólnych refleksji.
Początek pierwszego rozdziału to zarysowanie sytuacji Polski w 2012 roku, która zmagała się z naglącymi i nieprzyzwoitymi opóźnieniami w przygotowaniach do Euro 2012. Dostajemy od autora też kilka bardziej technicznych informacji o tym, jak działa nadzór ruchu kolejowego i jak nie działa modernizacja polskiej kolei. Po tym krótkim wstępie szybko przechodzimy do szczegółowego opisu katastrofy minuta po minucie. Wrzuceni jesteśmy w wir nazwisk, relacji świadków i opisów akcji ratunkowej. Dobrze prowadzona narracja, pełna rzeczowych informacji, pozwala wyobrazić sobie skalę tej tragedii oraz zrozumieć uczucia poszkodowanych i świadków. Uznanie należy się wszystkim osobom, które brały udział w akcji ratunkowej, ponieważ to właśnie dzięki ich umiejętnościom i odwadze została ona przeprowadzona w sposób wzorcowy.
Niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego w nastawni w Strarzynach nie było żadnego monitoringu, ani innych zabezpieczeń, które mogłyby potwierdzić słowa dyżurnego Andrzeja N. Jeszcze bardziej dziwne jest to, że rozjazd nie działał i mimo przeprowadzonych 2 razy oględzin, nadal nie został naprawiony.
W części 2. dostajemy dużo technicznych szczegółów działania systemów sterowania ruchem. Okazuje się, że instrukcje, na których szkoleni byli dyżurni ruchu, nie przewidywała sytuacji, która wydarzyła się tego nieszczęsnego dnia - wystąpiła rozbieżność między tym co wyświetlała blokada liniowa, a tym co pokazywało urządzenie sygnalizujące zajętość toru. Dlatego też Jolanta S. nie była w stanie stwierdzić, czy tor był zajęty. Wykazały to same raporty UTK.
Ze śledztwa i analizy dokumentów wynika, że szkolenia sterujących ruchem odbyły się w sposób budzący wątpliwości. Daty autoryzacji (czyli sprawdzenia w miejscu pracy nabytych umiejętności) wypadają w dni wolne pracowników, dokument potwierdzający autoryzację Jolanty S. jest zapisany na starym druku, a cała jej dokumentacja poświadczająca wieloletnią pracę w spółce jest wybrakowana. Wygląda to tak, jakby pracownicy, którzy mieli obsługiwać zupełnie nowe dla siebie systemy sterowania ruchem i urządzenia, nie byli do tego w sposób odpowiedni wyszkoleni. Może gdyby szkolenia odbyły się z należytą uwagą, to do tragedii by nie doszło? Wyobrażam sobie, jak duży stres musiały czuć źle przeszkolone pracownice, kiedy od ich czynów zależało życie wielu ludzi, a które obsługi nowych systemów uczyły się po godzinach pracy, na symulatorze, który nie pozwalał przećwiczyć sytuacji awaryjnych i losowych.
Co więcej modernizacja posterunku i rozjazdów w Sprowej to jedno wielkie nieporozumienie, ponieważ nic nie działało tak jak powinno, wiele urządzeń się psuło lub nie działało, a instrukcje techniczne były wybrakowane. Jak do tego w ogóle doszło, że tak niekompetentna firma zajmowała się tym remontem?
Wiele informatorów, z którymi rozmawiała autor poddaje w wątpliwość umiejętności Andrzeja N. jako nadzorującego ruchem. Dlaczego więc pełnił on cały czas te funkcję? Na takich stanowiskach obarczonych ogromną odpowiedzialnością powinni być ludzie pewni, co do których umiejętności nie ma żadnych wątpliwości.
Na konferencji prasowej na której opisano raporty PKBWK zrzucono winę na Andrzeja N. i Jolantę S. Stwierdzono przy tym jednak, że zostali oni nieprawidłowo przeszkoleni. Wniosek ten nie spodobał sie spółce PKP PLK, która zaprzeczyła temu i nie wzięła odpowiedzialności za przyczyny i skutki tej katastrofy. Jednocześnie broniła ona Andrzeja N. i Jolanty S. twierdząc, że brak jest dowodów na ich winę.
Andrzej N. dzień wcześniej, 2 marca, doprowadził już do incydentu - wyprawił pociąg w złym kierunku, przez co musiał on cofać, a później jeszcze ruszył bez rozkazu. Sytuacja taka stanowiła zagrożenie i Andrzej N. powinien zostać odsunięty od służby, jednak żadna z osób nie zgłosiła tego wydarzenia do wyższych organów.
Aż się krew w człowieku gotuje jak czyta o tym procesie i wyroku - sąd 1 i 2 instancji nie uwzględnił wszystkich faktów, wszystkie niejasności rozpatrzył na niekorzyść pokrzywdzonych i nie dopatrzył się żadnych nieprawidłowości w materiale dowodowym, chociaż było takich wiele. Na domiar złego kasację rozpatrywał neo sędzia, który ją odrzucił.
Epilog poświęcony jest ofiarom wypadku, a także historii ocalałych i ich ciężkiego zderzenia z rzeczywistością traumy. Pokazuje to, jak ogromny wpływ może mieć taki wypadek na dalsze życie poszkodowanych i jak ważna jest profesjonalna pomoc psychologiczna, której niestety nikt się nie doczekał. Całość kończy gorzka historia o innym incydencie kolejowym, który wydarzył się 8 lat po katastrofie pod Szczekocinami. Mogłoby się wydawać, że po takim wydarzeniu zaostrzono przepisy bezpieczeństwa, a pracownicy są lepiej przeszkoleni. Niestety nic bardziej mylnego - przyczyny incydentu były praktycznie identyczne, jak te w 2012 roku. Na szczęście tym razem udało się uniknąć najgorszego.
Całościowo książka wypada dobrze, utrzymuje cały czas uwagę czytelnika i momentami czyta się ją z zapartym tchem. Jest to jednak pozycja raczej dla osób mających większe pojęcie o funkcjonowaniu kolei - niektóre opisy są bardzo techniczne i bez specjalistycznej wiedzy raczej ciężko się w nich połapać. Autor nie odpowiada też jednoznacznie na podstawowe pytania, takie jak czyja to była wina i kto powinien ponieść konsekwencje. Jest to jednak moim zdaniem plus tej książki, ponieważ nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania, a autor to nie sędzia. Lektora raczej punktuje wszystkie błędy i niedociągnięcia w ówczesnym zarządzaniu koleją, co może (i powinno) stanowić wskazówkę dla wszystkich przyszłych decydentów.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Daję 4,5. Przygnębiająca historia wypadku pod Szczekocinami. Obszerna analiza, niestety troszkę zagubiłam się w kwestiach technicznych książki. Szkoda że autor nie dodał żadnych schematów / rysunków objaśniających musiałam wspomagać się analizami wypadku na youtube.
Pochłonęłam w dwa dni. Świetny przykład reportażu śledczego, widać, że autor wykonał ogrom pracy. Książka jest przerażająca, nie tylko przez opisy tej strasznej katastrofy. Poszkodowani zostali oczywiście pasażerowie, jednak był to tragiczny wypadek. Natomiast opisane w detalach stworzenie przez prokuraturę i PKP kozła ofiarnego z jednej z dwóch skazanych w tej sprawie osób jest dramatycznym przykładem tego, jak w tym kraju działają układy i sądownictwo. Zrzucić wszystko na szeregowego pracownika, ignorować prawdziwe przyczyny katastrofy, akceptować prowizoryczne rozwiązania i brak odpowiednich warunków pracy na kolei? Brzmi jak Polska! Jestem wkurzona.
Byłam bardzo ciekawa tej książki. No ale tutaj nie do końca między nami zagrało. Bardzo podobał mi się początek i końcówka, natomiast przez większą część środka mocno przysypiałam. Łapałam się nawet na tym, że patrzyłam na ekran czytnika i automatycznie przełączałam strony czytając, co drugie zdanie. Nie wiem, do końca czy to styl pisania, czy chęć włożenia do środka jak najwięcej faktów i technicznych szczegółów, które nie każdego czytelnika są w stanie przytrzymać przy lekturze, czy chodzi o jeszcze coś innego.
W związku z niedawną rocznicą katastrofy, zdecydowałam się na sięgnięcie po ten reportaż, żeby dowiedzieć się trochę więcej o jej powodach. I nie wiem czy faktycznie się wiele dowiedziałam, bo książka jest napisana w tak techniczny sposób, że dla mnie jako laika w kwestii kolei, żargon dotyczący procedur (którego było baaaardzo dużo) niestety okazał się niezrozumiały, bo zabrakło wytłumaczenia. Nie odbieram tej książce autentyczności i rzetelności, ale na pewno nie jest ona napisana prostym językiem, na który liczyłam.
Napisana w sposób bardzo drobiazgowy, szczegółowy. Autor wzorcowo wykorzystuje swoje kompetencje i dostęp do pewnych informacji do obalenia mitów o katastrofie, które wraz z upływem czasu się utrwaliły. Zaryzykowałbym tezę, że jest to książka jeszcze bardziej specjalistyczna i trudniej przyswajalna niż „Ostre cięcie” Trammera. Ale jest tu też dużo czynnika ludzkiego, zawarte tu wspomnienia ludzi na nowo pozwalają przeżyć koszmar tej nocy.
Bardzo chaotyczna. Początek poruszał kwestie zupełnie niepotrzebne dla odbiorcy historii o katastrofie w Szczekocinach. Opowieści o stadionie narodowym były tam zbędne, tak samo o drogach. Opis wypadku napisany został w taki sposób, że laik nie wiedzący nic o kolei nie będzie w stanie w pełni zrozumieć tych mechanizmów.
Autor stara się jak najszerzej opisać katastrofę i stan koleji w Polsce po wypadku, jednak za dużo terminów technicznych utrudnia pełne zrozumienie tekstu. Wnioski autora nie napawają optymizmem i nie zachęcają do podróży PKP.
Bardzo dobry reportaż opisujący katastrofę pod Szczekocinami. Książka opisuje wszystko krok po kroku, są też wspomnienia ofiar. Dla wszystkich, którzy chcieliby poznać szczegóły sprawy i poziom zaniedbań PKP polecam.
Spodziewałam się historii ludzi, a nie zarysu budowy maszyn, systemów trakcyjnych itd. To było dla mnie, niestety, głównie niezrozumiałe. Więc dla laika jest początek i końcówka.
A wzorem tego typu książki pozostają obie (z 2024 i 2025) o katastrofie promu Jan Heweliusz.
2.5 polowy opisow wydarzenia nie rozumiem, ale sama historia ciekawa i wstrzasajaca. super sa te fragmenty z opowiesciami ofiar i zaluje, ze nie ma ich wiecej niz tych technicznych nazw
Bardzo dobry reportaż, widać masę pracy, która została w niego włożona, ale przez ilość profesjonalnych terminów technicznych momentami gubiłam się w tym, co czytam :(