Bartek żyje. I to chyba najlepsze, co może o sobie powiedzieć. Dni wypełnia mu bezmyślna praca, internet, black-metal i masturbacja. Aż do momentu, gdy wybiera się na wycieczkę do lasu, po której... nic się nie zmienia. A to dopiero początek rozczarowań.
"Incel", najnowszy komiks Jana Mazura, autora m.in. "Końca świata w Makowicach", scenarzysty "Ostatniego pisarza" (rysunki Roberta Sienickiego), czy "Rycerza Janka" (rysunki Igor Wolski), to nieoczywisty portret przedstawiciela tytułowej grupy społecznej.
"Incel" to podobnie jak "Koniec świata w Makowicach" dłuższa opowieść, tym razem o mniejszym zasięgu, bo skupiamy się na losach Bartka, tytułowego incela, któremu życie upływa na pisaniu bloga o byciu przegrywem, pracowaniu w Żabce i tworzeniu mixtape'ów z beatami do popełniania samobójstwa.
W toku lektury Mazurowi udaje się zbudować zrozumienie dla bohatera, wywołać w czytelniku współczucie, stworzyć ciekawe konflikty i wszystko to sprawnie i w miarę realistycznie rozwiązać.
Autor potrafi uchwycić internetową rzeczywistość, język i dynamikę ulotnych relacji, a także trawiące współczesne, polskie społeczeństwo napięcie na tle płci kulturowej.
"Incel" mnie poruszył i chętnie kiedyś jeszcze do niego wrócę, bo choć świat Bartka nie jest atrakcyjny, to przed światotwórstwem Jana chylę czoła.
Dzięki komiksom Mazura i Świdzińskiego coraz częściej skłaniam się ku tezie, że im prostsze rysunki, tym więcej poza nimi. Czytelnik zwraca uwagę dokładnie na to, co zaprojektował autor. Gdy dwa kadry różnią się jedynie dźwiękiem gaszonego światła, to tak, jakbyśmy słyszeli w głowie to kliknięcie, które w całej scenie wysuwa się na pierwszy plan. Właśnie ze szczegółów i drobnych różnic między kadrami buduje się w takim przypadku narrację. No i cała ta przestrzeń dla kontekstów, które czytelnik musi zbudować sam, jest dla mnie bardzo atrakcyjna. Co do fabuły "Incel" jest smutną historią pewnego przegrywa. Pewnie każdy zna kogoś takiego lub sam nim jest, ale tu możemy spojrzeć na zjawisko z odpowiednim dystansem i dojść do smutnego wniosku, że czasy nie sprzyjają dobrej komunikacji, tworzą za to świetny grunt pod różnego rodzaju manipulacje i światopoglądowe bańki, które jeszcze bardziej nas od siebie oddalają
3,5/5 - mam poczucie niedosytu, ale zdecydowanie całość na plus: minimalistyczna forma nie odwraca uwagi od tematu, nie romantyzujego i autor unika dzięki temu pretensji. Życie głównego bohatera jest takie, jak kadry Mazura: puste, biało-czarne, pozbawione atrakcji i fajerwerków. Smutne, bo jego prostota nie wynika z modnego minimalizmu, a z niedosytu i niedoboru (emocji, więzi, uwagi, wiary w siebie, aprobaty, pewności siebie). Przytłaczająca rutyna codziennego życia, schematy powtarzane bez szansy na ucieczkę z zaklętego kręgu i rozpaczliwe próby przełamania impasu sprawiają, że pogrążony w marazmie Bartek jest postacią tragiczną - chciałby inaczej, ale nie potrafi, masochistycznie sabotuje sam siebie słuchaniem głosów (przegrywczan.pl), które ciągną go na dno. Smutne pokłosie patriarchalnej toksyny.
Cieszę się bardzo, że tego nie kupiłam na Targach Książki kiedy wszyscy próbowali mnie przekonać do kupna i jeszcze źle mi ocenili moje zakupy, bo nie były incelem
Bardzo się cieszę, że poznałam tę historię właśnie w formie komiksu. Mam wrażenie, że ilustracje z jeszcze większą mocą, niż słowa, były w stanie wyrazić samotność i pustkę w życiu bohatera. Byłam pod dużym wrażeniem, stąd impulsywna ocena 5 gwiazdek. Ważna pozycja, jeśli ktoś nie ma żadnego przecięcia lub ma mało wiedzy na temat inceli, manosfery.
6.8 Nie pokładałem w kolejnych wydawnictwach Jana Mazura jakiejś nadziei na ciekawą rozrywkę, a słysząc o tytule tego komiksu miałem w głowie dość nieciekawe scenariusze obrazów pełnych patologii i nieśmieszności wyniesionych wprost z "Mirabelek...". Tym bardziej (i głośniej) muszę więc przyznać, że "Incel" mnie zaskoczył - zarówno z powodu zniuansowanego tematu, który prowadzony jest z rozwagą, ale również dlatego, że ostatecznie okazuje się być najlepszą pozycją w bibliografii Maura. Nie ma tu humorystycznych czy scenariuszowych fajerwerków, ale jednocześnie ta prostota opowieści się sprawdza. Do tego, po raz pierwszy chyba, jestem w stanie zobaczyć i poczuć postaci - nawet jeśli to dalej te same, na pozór nieodróżnialne od innych, rysunkowe patyczaki.