Odważna, nieobliczalna opowieść o młodej kobiecie, która wędruje przez surrealistyczną Warszawę w podartej sukni ślubnej. Jest umazana złotą farbą, zamiast torebki trzyma butelkę wina, a w gorsecie chowa skradziony przedmiot. Powrót do domu utrudnia jej apokaliptyczny upał i chmura czarnego dymu, która zmierza nad miasto.
Osoby, które spotyka po drodze, zaskakują nawet bardziej niż pogoda w stolicy. Ambroży chce stworzyć arcydzieło, choć brakuje mu talentu. Ramona zajmuje się dłońmi klientek kompleksowo: robi manicure i wróży z ręki. Stefan zapewnia, że jest albinosem – a przynajmniej jedna z części jego ciała jest. Rozmowy z nimi stanowią pretekst, by opowiedzieć o sobie i swoich doświadczeniach. A może raczej: o osobie, w którą się teraz wciela, bo prawdziwe imię bohaterki do końca pozostaje tajemnicą. Znamy jedynie jej pseudonim – to jako cam girl Violet Love występuje przed mężczyznami, którzy płacą jej za spełnianie ich fantazji, nie tylko seksualnych.
Zaklinanie węży w gorące wieczory to brawurowy debiut prozatorski i wciągająca zabawa konwencjami. W tej apokaliptycznej wędrówce przez Warszawę jest kicz, katastrofizm, groza i pornografia. A pod ironią i złotą farbą – prześmiewczy portret naszych czasów.
Mam duży problem z tą książką. Jest ona bardzo ONIRYCZNA, to chyba odpowiednie słowo. To nie jest zarzut, to stwierdzenie cechy.
Na zmianę fascynowała mnie i wciągała, żeby za moment znudzić do granic możliwości i doprowadzić do chęci rzucenia nią w kąt. Jest to zdecydowanie jakaś umiejętność.
Ocena "It was ok" ostatecznie chyba oddaje najlepiej co o niej sądzę. Nie jest to zła proza. Autora zdecydowanie umie pisać. Nie wiem tylko, czy odpowiada mi sposób prowadzenia przez nią narracji i sposób konstruowania fabuły.
jedyny surrealistyczny element w tej książce jest taki, że bohaterka robi kilometry po mieście w szklankach. Po kilku latach trenowania exotica zapewniam: nie da się w nich dojść dalej niż do toalety. Początek mnie wciągnął. To ten dziwny moment, gdy inni już zaczynają nowy dzień, ale twój poprzedni się jeszcze nie skończył. Problem w tym, że potem nie dzieje się zupełnie nic. Fragmenty z pracy na kamerkach nie wnoszą nic do fabuły. Spotkany przypadkowo chłopak nie wnosi nic do fabuły. Nic nie wnosi nic do fabuły, bo jej po prostu nie ma.
Jest tu tajemnica, jest świetny język, są bezpruderyjne sceny seksu. Kapitalna! Jeden z lepszych debiutów polskich jakie kiedykolwiek czytałam. I nie ma tu powrotu do wspomnień z traumatycznego dzieciństwa, jak w 90% polskich debiutów. (to zaleta). Dlaczego bohaterką wraca w sukni ślubnej na niebotycznie wysokich szpilkach spod Warszawy? Jaka katastrofa się wydarzyła na horyzoncie, bo jej skutki widzimy z bohaterką? Bardzo polecam i nic nie zdradzam.
=3 historia o dziewczynie pracującej na sex kamerkach, łażącej po Warszawie w sukni ślubnej i butach „szklankach", w czasach zbliżającej sie apokalipsy. I kocham surrealistyczny klimat, więc to na plus, ale dla mnie jednak zbyt dużo kontrowersyjnej (dla mnie!)pornografii
Czemu kobieta kuśtyka przez miasto w sukni ślubnej, butach „szklankach” i z butelką niedopitego czerwonego wina w ręku? Czy ma coś wspólnego z - potencjalnie toksycznymi - chmurami, które kłębią się nad Warszawą?
Debiutancka powieść Małgorzaty Żarów igra z naszym zainteresowaniem. Momentami podkręca temperaturę do granicy zapłonu, by chwilę później dać nam po łapkach. Książka opowiada historię cam girl, uwikłanej w projekt filmowy, który kończy się niespodziewanym zdarzeniem. Stara się dotrzeć do domu, ale misję utrudniają jej apokaliptyczne warunki pogodowe.
Uwodzicielska, zmysłowa proza nie dostarcza nam prostej satysfakcji. Tak, nie bez powodu lektura została przeznaczona dla osób pełnoletnich i faktycznie część opisów przyprawi Was o zawrót głowy. Nie jest to natomiast kolejny wariant „365 dni” czy nowy odcień szarości. Czytając książkę miałam poczucie, że gra toczy się tu o zupełnie inną stawkę. Wydawało mi się też, że seksualność i praca głównej bohaterki nie są tu wrzucone, żeby wywołać sensację.
Przyznaję, że dałam się uwieść książce Żarów. Zahipnotyzowała mnie tajemnica i rytm narracji. Polecam Wam zostawić sobie tę lekturę na gęste letnie wieczory.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.
Chwilami buja, ale przez większość czasu męczy. Na siłę kOnTrOwErSyJna i seksualnie wYzWoLoNa, chaotyczna i partykularna. To wszystko prowadzi donikąd i wiem, że można by dopatrywać się w tym metafory dzisiejszego świata i poczucia bezsensu, ale ja już jestem zmęczona takimi narracjami.
Oniryczność to nie jest co prawda mój ulubiony tryb, ale Żarów zdecydowanie kreśli przemyślane i emocjonalnie wymowne obrazy, a zarazem potrafi trafić z metaforą czy żartem. Coś mi z tymi wężami nie całkiem grało, ale kobiecy gniew, apokaliptyczność, trauma - dużo działało i przejmowało. (Czasem dreszczami wstrętu [do stosowanej wobec narratorki przemocy], czasem empatii.)
Po raz pierwszy naciąłem się na książkę z Czarnego. Przeczytałem opinie o tej książce na ich stronie - myślę sobie, ok, nowa polska proza, na okładce bardzo entuzjastyczny blurb Piotra Siemiona (a pisarz zacny, dwie jego książki przeczytałem), że od Masłowskiej takiej "jazdy" w prozie polskiej nie było...
Poza tym zaufałem werdyktowi jury Nagrody Literackiej Gdynia 2023 - ta "powieść" ją dostała za, cytuję: "fascynującą i przejmującą opowieść o patrzeniu i byciu oglądanym".
Nie wiem, może to i pierwsza polska powieść, w której narratorka pracuje na seks kamerce i z radością kręci pornola, przywiązana do krzyża... Czemu to służy? Nie umiem znaleźć przekonującej mnie odpowiedzi. Może był jakiś zamysł, nie odnalazłem go. Szukam w literaturze pogłębionej refleksji, nie pogłębionej penetracji...
Czytam też opinie na goodreadsie i oczy przecieram. Chyba pierwszy raz w życiu doświadczam takiego dysonansu: uznane wydawnictwo, nie byle jaka nagroda, pozytywne (w większości) głosy czytelników. Czytam cierpliwie: 60 stron - nic ciekawego; 120 stron - narratorka w wieku lat trzech chciała połknąć jak wąż boa swoją młodszą siostrzyczkę, no nieźle, ale to już ponad sto stron; w okolicach s. 135 porno rodem z "50 twarzy Szarego..." - i nie kupuję tłumaczenia, że to świadoma kampowa stylistyka, to jest - tak uważam - grafomania. Cytaty (darujcie...):
"Musi na siłę dobierać się do mojej śliskiej cipki" (s. 137) "(...) ręką wyczuwam, jak piękny i twardy jest jego kutas, ile dobra mógłby zrobić" (s. 138) "Moja cipka jeszcze pulsuje, domaga się więcej, niedomknięta" (s.140).
W połowie (s. 152) wyjaśnia się, skąd nad ranem w sukni ślubnej do Warszawy wróciła narratorka-bohaterka (bezbarwna literacko kreacja): zgodziła się na propozycję Ambrożego, poznanego przez koleżankę tydzień wcześniej, by nakręcić porno. Reszta powieści to głównie relacja z tej niewątpliwej przygody, która skończyła się katastrofą lotniczą deus ex machina. Dawno się tak nie zawiodłem na literaturze, i to od Wydawnictwa Czarne.
Nie wyzłośliwiam się, choć nie lubię tracić całego wieczoru na darmo, ale przez ponad połowę pierwszych 120 stron bezimienna bohaterka (na sekskamerce pseudonim Violet Love) snuje się bladym świtem w poplamionej sukni ślubnej po przedmieściach Warszawy, gdzie dowiózł ją z porno-planu filmowego autostopem jakiś poczciwina. Spotyka: na przystanku autobusowym dziada-paranoika, który wyjawia jej, że w katastrofach kolejowych nie giną pasażerowie, bo te wypadki są ukartowane, a pociąg już zawczasu wiezie same truposze (on to jeszcze dodatkowo tłumaczy, ale nie mogę...). Co z tego spotkania wynika? Jaka jest jego funkcja w przeprowadzeniu tematu powieści? Niewłaściwe pytania. Bo czytelnik - proszę państwa - może sobie zin-tę-prę-tować to sam. Jest ci on wolny! Autorka daje mu swobodę.
Dalej uciekająca panna młoda napotyka na jakimś osiedlu faceta, który, jak jej na pożegnanie wyzna... buduje w tajemnicy schron na działce. Wow.
Nie. Nie będę dalej darł łacha z tej prozy. Tych spotkań przypadkowych w powieści jest więcej. Np. w tramwaju bohaterka podsłuchuje dwie baby, jedna słyszała w radio, że pod Warszawą odkryto... czynny wulkan, ale to tajemnica, w telewizji nie mówią, bo wybuchnie panika. I co z tego? pytam jako czytelnik. Ano nic. Zupełnie nic. Chyba że... jestem czytelnikiem już tak wysublimowanym, że mnie nie wzrusza, a może miałoby? Bohaterka wysiada, a ty, czytelniku zadumaj się nad tajnym wulkanem, co lud prosty roznamiętnia.
Technicznie rzecz biorąc ta proza jest przynajmniej po polsku: zdania są składne, mają czasem nawet rytm, składnia bogata (w miarę), konsekwentnie w czasie teraźniejszym (trudno, taka moda). Ale dialogi niczego nie wnoszą, wata słowna. Całe akapity jałowych opisów. Słownictwo skromne: gdzie ta maestria stylu? Ot, zdania jak z fanfiku zdolnego gimnazjalisty: "Przechodzę przez rondo i skręcam do parku Szczęśliwickiego, między drzewa, gdzie jest cień, wejście w niego przypomina zanurzenie się w zimnej wodzie, aż zapiera mi dech" (s. 108). Sorry, u Doroty Masłowskiej takiej sztampy językowej nie znajdziecie. Może coś z końca książki: "Mikołaj patrzy na mnie w inny sposób, który nie chce dać się określić, dobry czy zły. Próbuje zrozumieć, ale coś za mało mruga" (s. 226). Dwie żółte kartki wykluczają zawodnika z dalszej gry.
Ale do brzegu: czytałem rzetelnie, z dobrą wiarą, otwarty na nowość. A dostałem... chleb z Tesco za 1 zł 50 gr...
Ps. Znalazłem w archiwum Gazety Wyborczej krótką recenzję "Zaklinania węży..." z "Książek". Maria Magierska pisze tam: "Nijaka narratorka, surrealizm to fasada. Ładunek emocjonalny tej książki ląduje w okolicach zera".
3.5 ciekawa, niekonwencjonalna powieść z elementami katastrofizmu i oniryzmu, mniej lub bardziej umiejętnie potraktowanymi przez autorkę. przede wszystkim interesująca jest pozycja narratorki, która trudni się spełnianiem erotycznych fantazji mężczyzn na kamerkach - z jednej strony przyczynia się do funkcjonowania patriarchatu, z drugiej zaś sprzeciwia się mu, wyznaczając własne granice; zachowuje swoją autonomię nawet w pracy, w której podlega mężczyznom. obraz miasta napisany, myślę, dobrze, zakończenie natomiast niezbyt zadowalające, pomyślałabym, że katastrofizm w książce będzie pełnił ważniejszą funkcję, czemuś się przysłuży, ale to może ja czegoś nie widzę. oniryczność czasem wydawała się pretensjonalna, a czasem frapująca. ogólnie uwazam, że książka jest osobliwa i dobra, przyjemnie się czytało, czekam więc na kolejne utwory od tej autorki.
Bardzo mnie ta książka wymęczyła, w pewnych aspektach ciekawa i na moment wciągająca, przeważały jednak groteska i towarzyszące mi nieustannie uczucie zażenowania. Trudno znaleźć w bohaterce jakikolwiek punkt zaczepienia, by móc jakoś scharakteryzować jej decyzje.
Cytat nieprzypadkowy, ponieważ “Zaklinanie węży…” jest książką o obserwacji, gdzie zmysł wzroku odgrywa rolę kluczową. Mowa tu zarówno o postrzeganiu innych, byciu postrzeganym w określony sposób (w przybranej masce) przez innych, jak również o postrzeganiu samej/go siebie. Jak żywo przypomina się Gombrowicz z jego podglądactwem! Jednocześnie mamy do czynienia z teatrem, tożsamościowym spektaklem, tym ciekawszym, że objazdowym, będącym w ciągłym ruchu, nieustabilizowanym. A ruch, to przecież również metamorfozy, zmiany.
Kryją się tutaj dwie perspektywy. Pierwsza, przez wzgląd na główną bohaterkę, kobieca, bogata w dojmujące doświadczenie uprzedmiotowienia, seksualizacji, mansplainingu, ciągłej oceny i właśnie spektaklu, który – o ironio! – reżyserowany jest przez mężczyzn i ich potrzeby. To literatura traktująca o kobiecości zakleszczonej, ubezwłasnowolnionej, przedstawiająca bohaterkę, która nie tylko w formie fizycznej przestaje panować nad sytuacją, ale co gorsza, traci kontrolę nad swoimi wewnętrznymi stanami i potrzebami. Kobieta ma być jak lustro, czyli nie sobą – sobą ma oddawać i odbijać, wszystko to czego pożądają mężczyźni. Jednym z najbardziej przerażających fragmentów tej powieści jest ten pojawiający się w punkcie kulminacyjnym książki:
Podrywam się biodrami, wydaje mi się, że się tropikalnie kleję do wszystkiego, stróżką spływa prośba, zrób mi coś jeszcze na siłę. Im bardziej czuję się bezwolna, tym bardziej tego pragnę, czyja to jest wina, chciałabym wiedzieć, czy to jest moja wina.
Ale jest w tym wszystkim i druga strona. Bo nie jest to prosta ideologiczna broszura spod znaku “jacy ci mężczyźni źli, kobiety biedne, lewactwo, hur dur…”. Przeciwnie. Odnajdziemy tu zarówno troskę o perspektywę kobiecą, jak również zakamuflowaną, podaną nie wprost, refleksję na temat męskości. Męskości zakwestionowanej. Męskości reprezentowanej przez pogubionych impotentów, posiłkujących się seksualnymi protezami. Żarów pokazuje nam pułapkę, w którą wpadli mężczyźni. Kolokwialnie mówiąc, sami na siebie ukręciliśmy bata w postaci patriarchalnej kultury, której założeniom nie jesteśmy w stanie sprostać. Kultury, która sprawia, że wiele rzeczy musimy sobie kompensować i sami sobie udowadniać (bezskutecznie, bo ideał jest niedościgniony). W tym ujęciu mężczyźni nie są w stanie tworzyć swojego wizerunku i zrębów podmiotowości, bo mają już szablon, w który powinni się wpasować. A że nie pasują? Ich problem. Pozostaje im uciec w odmęty internetu. To również historia o tych wszystkich, którzy na realny seks nie mogą sobie pozwolić, albo “boją się” nakłonić partnerek do interesujących ich praktyk, albo kompensują sobie kompleksy przybierając internetowe nicki w stylu BigDick.
Parafrazując tytuł książki Freuda, moglibyśmy powiedzieć, że naczelnym tematem “Zaklinania węży w gorące wieczory” jest kultura (mężczyzn, wzroku) jako źródło cierpień (mężczyzn i kobiet).
Moim zdaniem to była świetna ksiazka. Bohaterka zachowywała się tak jakby była w jakimś transie i poprostu dała sobą pomiatać co nie jest wytłumaczone ale są pewne podpowiedzi wskazujące na to dlaczego tak jest. Oraz odpowiedź na to co się rozbiło nie miało najmniejszego znaczenia. Myślę że postaci były bardzo głębokie a ksiazka wciągająca
This entire review has been hidden because of spoilers.
Nie można autorce odmówić talentu pisarskiego i na pewno będę śledzić jej dalsze poczyanania, jednak cała druga połowa książki nie pozwala mi dać więcej niż 2 gwiazdki, bo tam było jedno wielkie WTF przekraczające granice mojej tolerancji na bezcelowość fabuły.
To debiut, więc pierwsze koty za płoty, jak to się kiedyś mówiło. Nieskomplikowana fabularnie powieść z kilkoma pikantnymi jak na rodzimą prozę opisami waginalno-penisowymi i jednym dziwaczno-katastrofalnym wydarzeniem awiacyjnym. Właśnie prychnąłem, bo w dwóch pierwszych zdaniach wyszedł mi nie tyle spoiler, ile streszczenie. Na osłodę: niezłe (jak na rodzimą prozę...) opisy erotyczne, udane fragmenty dotyczące np. uczucia duchoty, gorąca, dyskomfortu itp. No i ostatecznie fabuła się spina, chociaż, biorąc pod uwagę jej skromność, to nie jest niesamowity wyczyn. Życzę Pani Małgorzacie Żarów udanego i owocnego rozwoju pisarskiego, bo początek jest... Niezły.
dawno nie byłam tak zmęczona i sfrustrowana przez książkę. i to nie dlatego że była tak fundamentalnie zła, ale dlatego, że autorka, która ewidentnie pisać potrafi, postanowiła napisać coś właśnie takiego. uosobienie postmodernistycznej, przeintelektualizowanej papki. z właśnie woli nigdy bym po nią nie sięgnęła
Interesujące, nawet bardzo, i fajnie, że tajemnicze, choć trochę szkoda, że autorka nie zechciała TEJ JEDNEJ tajemnicy jednak czytelnikom zdradzić. Jej prawo, absolutnie nie protestuję.
lekturka tibijksa; średnia, czyli spoko; mam szacunek za grę z pulpą; z ducha typu Jelinek; ogólnie git, cofam sąd „lekturka tibijska”, raczej jest to książka sprawiedliwa, choć nie do końca
Pięknie pornograficzna albo pornograficznie piękna, poruszająca jeden z tematów tabu jakim jest prostytucja i sex online. Zdaje się, że szczegół i niemal psychotyczne skupienie na nim jest największą zaletą stylu autorki. Niestety przy tym sama fabuła, historia jest nijaka i bez polotu. "Zaklinanie węży..." to pozycja dla czytelników lubujących się w smaczkach językowych i szukających sztuki w prozie, a akceptujących trudny temat na którym się to piękno literackie osadza.
meh. mój limit OryGiNAlnYcH porównań na stronę mocno przekroczony. i przehandlowałabym otwarte zakończenie na to, by parę małych tajemnic pozostało tajemnicami.
pozornie na wielkim wyjebaniu, ale mam wrażenie, że pisane jak wypracowanie na szóstkę, nie lubię tego rodzaju ściemy.
ale czemu 60-letni facet napisał blurba, w dodatku ze słowami, które nijak się nie odnoszą? „ryje mental” xd, „na kwasie” - nope, kwas działa inaczej, no i oczywiście musiała się pojawić MASŁOWSKA jako punkt odniesienia dla każdego debiutu w tym kraju.