Miałem spore oczekiwania, a daję trzy gwiazdki, choć dałbym i dwie i pół.
Wyjaśniam sobie mój stosunek do tej powieści poprzez metaforę piłkarską: jeśli drużyna gra w Lidze Mistrzów, oczekuję od niej finezji stylu, konsekwentnej, przemyślanej strategii, błyskotliwych zagrań, nieszablonowych rozwiązań fragmentów stałych, błysków inwencji pojedynczych piłkarzy. „Robak” Jakuba Wiśniewskiego gra może w Lidze Konferencji Europy. Nie doszedłby do drugiej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Znaczy to tyle: wielkiego futbolu nie będzie, będzie sprawne rzemiosło, a ja mam jednak apetyt na „wielki futbol”. Trudno więc; „Robak” nie przynosi, jak ładnie wymyślił twórca opisu reklamującego tę książkę, „mrocznej opowieści”, która sprowadza do „najniższych kręgów piekła męskich pragnień”. Motto powieści z „Braci Karamazow” jest mocne, ale, niestety, dużo mocniejsze niż cała powieść. Wplecione nawiązania do kilkunastu powieści, w tym „Pornografii” Gombrowicza (??!) więcej mi mówią o ambicjach autora, niż o wyniku jego pracy. ”Znaj proporcję, mocium panie!”.
Zamiar był ambitny i to mnie przyciągnęło: zmierzyć się z męskim porno-uzależnieniem, pokazać jego destrukcyjny charakter, może i źródła. Tych ostatnich nie znalazłem u Wiśniewskiego wcale. Scena z małym Robaczkiem i misiem trąci groteską, nie wiem, czy zamierzoną? Może i tak. Gdyby każde dziecko, które za małolata znalazło „kolorowe pisemka” upchnięte gdzieś przez dorosłych, wyrastało na uzależnionego od porno onanistę… Bardzo mi jednak zabrakło w tej powieści pogłębionego namysłu nad genezą zjawiska. Gdy protagonista mnoży pytania: „dlaczego nie mogę znieść widoku ukrytych pod ubraniami piersi, dlaczego trzęsę się na widok damskiej dupy, dlaczego mam obdartą skórę prącia, dlaczego masturbuję się piętnaście razy dziennie, dlaczego w kobiecej twarzy widzę srom?” – odpowiedź: „wszystkie samce tak mają”, trąci tanim fatalizmem, dla którego szkoda papieru. Skoro autor wkłada w głowę swojego bohatera taką ci oto myśl: „Otóż myślę, że mężczyzna ma w sobie dużo nienawiści do każdej kobiety, której nie może mieć. Myślę, że to bardzo złe. Myślę, że to nieuniknione. Nie wiem, co z tym zrobić” – to chyba mam prawo się lekko żachnąć i zirytować? W „Braciach Karamazow” chyba jeden wybrany monolog ma więcej gęstości i ciężaru refleksji nad kondycją człowieka niż cała powieść Wiśniewskiego. Ale znaj proporcję! Nie ma co czepiać się braków. Zobaczmy, co jest – krytycznym okiem.
Seks a miłość. Tu mam problem z tą powieścią. Rozumiem, że męscy bohaterowie tej prozy skupieni są na genitaliach – takie prawo autora, który powołuje ich do życia. Onan (subtelniej się już nie dało?) – przypadkowo poznany kolega Robaka, nigdzie nie zdradza emocjonalnych potrzeb. Swoją dziewczynę, a potem żonę (bezdzietne małżeństwo) zdradza na zimno, takie pojęcia jak: bliskość, czułość, delikatność, intymność, zaufanie po prostu go nie dotyczą. Jest od nich wolny. Ma doła po tym, jak dziewczyna rzuciła go, bo pieprzył się pijany na korpo-imprezie w kiblu. Rozumiem, że jest przybity, znali się parę lat, ale jakieś refleksje? Wyrzuty sumienia? Poczucie winy? Bohater jest od nich wolny. To mnie zniechęcało w czasie czytania: traktowanie męskiego pożądania jako nieuchronnie egoistycznej siły, która w zasadzie nie wymaga usprawiedliwienia, bo tłumaczy się samą biologią. Znam to myślenie. Męski popęd jest polimorficzny: może być zaspokajany nie tylko w związku z kobietą. Heteroseksualna norma przyniesiona Europie wraz z ekspansją chrześcijaństwa zatarła tę świadomość. Tak: związek mężczyzny z kobietą, monogamiczny, nie mówiąc już o sakramentalnym uświęceniu – jest nienaturalny, pochodzi z Biblii, z żydowskiego objawienia, i jest tworem kulturowym, który dla człowieka jest trudny do przyjęcia. Trzeba wiedzieć jak „robić” małżeństwo, jak „robić” rodzinę, by dało się żyć wspólnie, nie wystarczy głosić wszem wobec „rodzina! rodzina!”. Rodzina się sama „nie robi” przez fakt płodzenia dzieci w związkach sakramentalnych czy niesakramentalnych. Tu widzę głęboki problem „rodziny” i źródło kryzysu, który w tym stuleciu przemieni europejską kulturę – bo nie będzie ona – jak sądzę – dalej kulturą nuklearnych rodzin. Za bardzo się ta instytucja skompromitowała… Za wiele blizn i żywych ran pozostawiła na tych, którzy tę kulturę mają nieść dalej. Europa jest wielkim laboratorium post-rodziny.
Wracając do książki: seks jest, miłości nie stwierdzono. Sam Robak rozbrajająco odpowiada indagowany przez Onana:
– A kochasz ją?
– O co pytasz?
– Pytam, czy ją kochasz.
– Co to znaczy?
– To proste pytanie.
– Nie wiem, co to znaczy.
Rozbrajająca szczerość, ale jako czytelnik chciałbym więcej, więcej refleksji oczywiście! Już Sally Rooney mi jej dostarcza chociażby. Dwóch męskich protagonistów „Robaka” nie zna miłości, nie zgłasza potrzeby miłości, nie tęskni za miłością, za to tęsknią za infantylnym seksem, w którym kobieta sama chce, inicjuje, niczego nie oczekuje w zamian, wszystko „łyknie” – i z tym się nie zgadzam! Nie zgadzam się z takim upraszczaniem męskiej psychologii. To szkodliwe, to zamyka na złożoność naszych wewnętrznych powikłań, chociaż skądinąd narrator przytomnie zauważa, że „relacje międzyludzkie to nie jest system binarny czy nawet dziesiętny, tu nie ma prostych klasyfikacji i nawet podział na przyjaciół i wrogów jest śmiesznym zaokrągleniem do dwóch miejsc po przecinku”. Seks w tej powieści funkcjonuje jednak w sposób binarny…
Znaleźć wiarygodny punkt, z którego płynie narracja, to klucz dobrej prozy. Podstawowy i piekielnie trudny, o czym przekonują mnie zmagania w tej materii Flauberta, Kafki, Tokarczuk. Wiśniewski sprawę sobie ułatwił i może przez to przegrał? Jego narrator snuje opowieść zapewne z więziennej celi (to może miała być aluzja do „Lolity”?), bo jak nietrudno się chyba domyślić, jego mizoginia doprowadziła go do zbrodni. Żeby narracja chwyciła, musi być wiarygodna, musi złapać czytelnika na haczyk, tzn. wiarygodna musi być motywacja całego tego mówienia. Otóż w tej powieści – moim zdaniem, a mylić się to rzecz ludzka – nie jest. Nie wystarczy prowadzić narracji w czasie teraźniejszym. Trzeba dać jej indywidualny ton, stworzyć idiom języka, znać swojego bohatera na wylot, wiedzieć o nim dużo więcej, niż wie czytelnik. Nie czuję tej wiedzy u Wiśniewskiego. Jego bohater – tytułowy Robak (skojarzenia w Jackiem Soplicą i Gregorem Samsą niczego jednak nie dają, nie prowadzą w żadną inspirującą myślenie stronę) uzależnił się od pornografii. Smutna sprawa, niestety bywała w naszym brudnym świecie. Ujmuje to obrazowo: „Jestem mięsożercą. Nie umiem polować. Nie umiem gotować. Umiem tylko jeść. Umiem jeść i srać”. Protagoniści Kafki raczej jednak głodują niż żrą. Trzymając się jednak zaproponowanej nam w tekście metafory: skoro Robak potrafi tylko konsumować jedzenie-seks, nie potrafiąc ani go „zdobyć” jak myśliwy (zwierzynę trzeba „dopaść” osobiście), ani przyrządzić w kulturalny sposób z dostarczonych składników („ugotować”) – musi to rodzić frustrację. Wyobraźcie sobie wilka, który nie umie polować (ani gotować). Ale ciągle głodnego! Z pomocą przychodzi Internet, który oferuje substytut jedzenia-seksu. Robak ma świadomość, że to jest właśnie substytut, a nie pełnowartościowa karma: „jestem trupojadem. Jestem ścierwożercą. Żywię się zimnym mięsem w dwa de, przerobionym na piksele, spływającym po ekranie jak ciekłokrystaliczna posoka”. Nie wiem, ile czasu człowiek pociągnie na substytutach. Może się da? U Wiśniewskiego Robak musi się jednak w końcu przerzucić do „reala”, nawet najdziksze porno (kłaniają się reklamujące książkę „najniższe kręgi piekła męskich pragnień”) nie koi żołądka.
Czy mnie jego historia porusza? Trochę tak, ale bardziej nie. Dlaczego tak? Bo Wiśniewski jest przekonujący w opisach samookłamywania się Robaka, że porno jest mu do życia niezbędne. Przykre w czytaniu, bo chyba boleśnie prawdziwe są opisy jego porno-rytuałów, porno-celebracji i masturbacji. Jego siatka konceptualna przesiąkła porno: sąsiadka prosząca go o pomoc na pewno chce się pier…ć, na pewno, na pewno. Tak działa uzależnienie: podporządkowuje percepcję nałogowi. Przyznaję: tego w prozie polskiej wcześniej nie spotkałem. Dlaczego bardziej jednak nie porusza? Bo jest niewiarygodna. Poderwany na Plantach przez aktywną społecznie feministkę (żeby nie było wątpliwości, autor wstawił do jej pokoju książki Virginii Woolf, Simone de Beauvoir, Angeli Carter – znów ta subtelność…) incel Robak rozpacza w głębi ducha: „nie mogę z nią szczytować. Nie z nią. Nie z kimś prawdziwym, nigdy z jedną, pojedynczą kobietą, bo taka kobieta nie sprosta armii kobiet zmyślonych”. No sorry… Albo piszemy felieton, albo powieść z narracją w pierwszej osobie, trzeba się zdecydować.
W szerszym kontekście „Robak” wpisuje się w szeroki nurt prozy zmagającej się z kryzysem bliskich relacji międzyludzkich. Podejmuje trudny, niewątpliwie, do opowiedzenia, problem uzależnienia od pornografii. Poza dość drastycznymi obrazami jej „ćpania” nie oferuje jednak wiele więcej. Szkoda. Potencjał jest.