Norwegia, X wiek n.e. Nastoletnia Sigrun dorasta pod kloszem ojcowskiej miłości niewiele wiedząc o prawdziwym życiu. Gdy przychodzi czas by została żoną, to właśnie ojciec wybiera dla niej najlepszego kandydata. Sigrun, choć pełna obaw przed pierwszym spotkaniem z przyszłym małżonkiem, wyczekuje go niecierpliwie. Jarl Regin robi na niej ogromne wrażenie, nie tylko swoją urodą, ale również szacunkiem, jaki jej okazuje. Szybko jednak okazuje się, że to nowe życie u boku wspaniałego mężczyzny nie zawsze będzie tak piękne jak w ciągu kilku tygodni po ślubie - na Sigrun czeka wiele wyzwań, a tęsknota za mężem wyruszającym na wyprawę to tylko przedsmak tego, co przygotował dla niej los...
"Saga Sigrun" to pierwszy tom serii "Północna Droga" i zarazem moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Cherezińskiej. Usłyszałam o niej dzięki recenzji Moniki Olgi na jej blogu - właściwie przeczytałam bardzo pochlebną recenzję drugiego tomu zanim dotarłam do nieco mniej pochlebnej pierwszego, ale hej! Wikingowie! Nie jest żadną tajemnicą, że mam słabość do opowieści o dawnych czasach, tak dawnych, że aż pogańskich. Wikingowie, Celtowie, Słowianie - tak, proszę. Dlatego jeszcze w czasie czytania wspomnianej recenzji przeszukałam katalog mojej biblioteki i zarezerwowałam "Sagę Sigrun". Miesiąc później nareszcie doczekałam się książki, która okazała się czymś innym niż się spodziewałam. Ale to coś innego było zaskakująco dobre.
Zacznę nietypowo, bo od wady. Historia jest opowiedziana przez Sigrun - ale nie Sigrun młodą, tylko zbliżającą się do końca swojego życia. I tutaj pojawił się problem, bo tego typu opowieści o czyimś życiu mają według mnie jedną wspólną wadę - brak punktu kulminacyjnego. Zwykle powieści są skonstruowane tak, by fabuła budowała napięcie, które wybuchnie w wielkim finale. Tutaj, podobnie jak w "Mieście Dziewcząt", które recenzowałam niedawno, dzieje się wręcz przeciwnie - wszystko, co najciekawsze, przydarza się bohaterkom w młodości i wczesnej dojrzałości, a potem napięcie coraz bardziej opada i wielki finał ogranicza się do "a potem zestarzałam się i umarłam". I może opowieść jest piękna, fascynująca, wzruszająca, wstaw dowolny przymiotnik, to jednak mnie tego punktu kulminacyjnego brakuje. Bez niego mam poczucie, że zmierzamy z fabułą donikąd i nic z niej nie wynika.
"Gdybym miała choć takiego boga jak mi mówił Einar, mogłabym o nim rozmyślać. Ale ojciec powiedział, bym o nim zapomniała, bo Chrystus to bóg dla niewolników. Nie nosił miecza, nie umiał walczyć i zginął jak prostak, bo się nie obronił."
Poza tym jednym elementem niewiele jest rzeczy, które mogę skrytykować. Opowieść być może nie jest porywająca niczym przygody Indiany Jonesa, ale w jakiś przedziwny spos��b przykuwa uwagę. Często łapałam się na przysłowiowej "jeszcze jednej stronie" podczas czytania, chociaż byłam akurat w środku fragmentu, gdzie działo się naprawdę niewiele. Ale chciałam czytać, chciałam przewracać kolejne strony, chociaż przyznaję, że szło to powoli, bo książka nie jest napisana lekkim i łatwym językiem. Język ten jest za to niewiarygodnie piękny i plastyczny, człowiek niemal widzi malowane słowami obrazy. Coś niesamowitego.
W tym miejscu chcę powiedzieć o dwóch ważnych rzeczach, które w największym stopniu wpłynęły na moją wysoką ocenę. Po pierwsze - doskonałe przygotowanie merytoryczne. Widać, ze autorka spędziła długie godziny na lekturze tekstów historycznych i doskonale zna temat zarówno wierzeń Wikingów, jak i ich kultury, organizacji społeczeństwa i historii. Wielkie brawa. Druga rzecz, nie mniej ważna - "Saga Sigrun" to książka z najlepszymi scenami erotycznymi, jakie widziałam. Tak, zdarzają się, ale ich ilość w żadnym wypadku nie jest przesadzona. Napisane są z tak ogromnym wyczuciem i smakiem, tak wręcz poetycko, że wydaje się niemożliwe, by jednocześnie były sugestywne i plastyczne. A jednak. Pani Elżbieto, jest Pani mistrzynią. Te sceny były po prostu piękne.
"Dwie są rzeczy białe: obnażone zęby i białka oczu błyskające spod hełmów, dwie są rzeczy szybkie: zamach ramienia i topór spadający na wroga. Dwie są rzeczy pewne: krew i śmierć, która przychodzi znienacka."
Wiem, że wiele osób ma problem z główną bohaterką. Bo nijaka, bo słaba, bo życie nie rzuciło jej prawdziwego wyzwania, bo Haldred z kolejnego tomu jest dużo lepsza. A ja powiem tak: jeśli tylko bohater jest dobrze skonstruowany i zachowuje się logicznie, to ja nie muszę go lubić. Sigrun jest trochę nijaka, ale jest bardzo głęboko przemyślana. Jest spójna, jest... po prostu sobą. Postacią z krwi i kości. Była tylko żoną Jarla i zachowywała się jak na żonę Jarla przystało. A że nie borykała się z żadnym poważnym problemem? Jak to w życiu, kochani. Dla mnie Sigrun jest czynnikiem neutralnym względem oceny. Nie pokochałam jej, ale też mi nie przeszkadzała. Za to do opowieści i swojej roli pasowała jak ulał.
Przyznam szczerze, że spodziewałam się wielkich bitew, umięśnionych wojowników z toporami, grabieży i podbojów, a dostałam spokojną opowieść o... cóż, o życiu, jak sądzę. O życiu Wikingów takim, jakie było zanim Hollywood je podkolorował do granic absurdu. Dostałam ciekawą historię napisaną tak pięknym językiem, że słów brakuje, by go opisać - opowieść, która snuje się powoli, jak opowiadana przy ognisku, ale wciągającą jak najlepszy epos. Jeśli któryś ze wspomnianych motywów wydaje Wam się interesujący, szczerze zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę.