WCIĄGAJĄCY KRYMINAŁ I MROCZNA GROTESKA SPLECIONE W ŚMIERTELNYM UŚCISKU
ILE JESZCZE KOBIET PRZYPŁACI ŻYCIEM TANGO Z PIĘKNYM ŻIGOLO?
Koniec lat dwudziestych. Późna jesień, listopad, miasto spowija mgła. Nadchodzi wielki kryzys. Nadchodzi kac.
Starszy aspirant Adolf Piątek rozpoczyna śledztwo w sprawie okrutnego zabójstwa tenora z miejscowej operetki. Pierwszym podejrzanym jest kochanek śpiewaka, pracujący jako żigolo na miejscowym dancingu, gdzie co noc uwodzi w tangu bogate kobiety. Każda, z którą zatańczy, ginie bez śladu. Na dodatek, w mieszkaniu denata, Piątek odnajduje ślady mogące powiązać tenora z serią okrutnych morderstw sprzed lat.
Urodzony w 1975 we Wrocławiu, mieszka w Warszawie. Studiował filologię polską, potem pisał doktorat, ale zarzucił pracę naukową i poświęcił się wyłącznie twórczości literackiej. Debiutował zbiorem opowiadań Copyright (wyd. Zielona Sowa, Kraków 2001), następnie wydał powieść Lubiewo (wyd. Korporacja Ha!art, Kraków 2005 i 2006) i kolejny zbiór opowiadań Fototapeta (wyd. W.A.B., Warszawa 2006). Wydał także audiobooka z własną interpretacją Lubiewa (Kraków 2005). Wraz z Piotrem Gruszczyńskim autor teatralnego scenariusza na kanwie Lubiewa (TR Warszawa, próba czytana odbyła się w listopadzie 2006).
W lipcu nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazała się drukiem druga po Lubiewie powieść Witkowskiego pt. Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej.
Laureat Nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (za Lubiewo), Laureat Nagrody Literackiej Gdynia (za Lubiewo), Laureat Paszportu "Polityki" (za Barbarę...), Finalista nagrody literackiej NIKE 2006 (za Lubiewo), Nominowany do nagrody literackiej NIKE 2007 (za Fototapetę), Laureat Nagrody Poznańskiego Przeglądu Nowości Wydawniczych i Biblioteki Raczyńskich "Książka Lata 2007" (za Barbarę...)
W roku 2007 Lubiewo ukaże się w Niemczech (Suhrkamp), Wielkiej Brytanii (Portobello Books), Francji (Edition de Olivier), Czechach, Finlandii (Like), Szwecji (Modernista), na Węgrzech (Magveto Publishing House Ltd), we Włoszech (Saggiatore), w Izraelu, na Litwie i w Słowenii. Jak dotąd Lubiewo ukazało się w Rosji i na Ukrainie. Sprzedane zostały także prawa do sfilmowania książki. Barbara Radziwiłłówna została sprzedana do Niemiec i Holandii.
Kryminał osadzony w latach 30'tych XX wieku. Miasteczko N które wzbogaciło się na nafcie żyje morderstwami seryjnego zabójcy, który przy swoich ofiarach zostawia teksty różnych popularnych wówczas tang. Śledzi go ekipa lokalnej policji. Mamy tu domy publiczne, cyrk, operę, półświatek. Wspaniale nakreślone postaci, pełnokrwiste i pełne innych płynów ustrojowych i organów wewnętrznych. Książka dowcipna, trzymająca w napięciu do ostatnich stron.
Nawet najsłabsze powieści Witkowskiego były lepsze od większości książek, które trafiają w moje ręce. A “Tango” to jedna z najlepszych książek w dorobku autora “Drwala”. Wniosek - bawiłem się przednio.
Miasto N*** "dotąd doskonale sobie radziło z powodu bijącej tu nafty", ale i dla naftowiertów przyszedł gorszy czas. Kryzys zapukał do bram miasteczka, które od kilku lat pozbywało się swoich "wrzosowisk, torfowisk i kretowisk". Na ich miejscu powstawały dzielnice, "w których powietrze przez cały rok miało kolor i ciężar ołowiu, kałuże opalizowały wszystkimi barwami tęczy, a gruźlica i atrofia była powszechnym stanem fizycznym i psychicznym".
Gdyby wierzyć konferansjerowi z należącego do wdowy von Rumpenfeld cyrku Riviera, który rozłożył się na placu pana Kozłowskiego, to N*** leży w środku świata.
Madame de Gę Gę de Cilici de Montevideo występuje tu podążając "prosto z Buenos Aires w drodze do Nowego Jorku", a jasnowidz i brzuchomówca Władzio Zwirlicz wpadł do N*** "w drodze z Wilna do Paryżu i Nowego Jorku". W N*** wiele jest fałszywego blichtru, snobowania się na wielką metropolię, choć rzeczywistość wokół skrzeczy, biedne dzieci snują się podcieniami kamienic, a nawet Władzio Zwirlicz jest podróbką. "Ma on też trochę talentu ten nasz Zenek, ma!", słyszy Stefek Sarna, syn stróża kamienicy przy ulicy Beczkowej 8, w którego ręce wpada ważny list. I za chwilę przepada.
W "Tangu" Witkowskiego fruwa mnóstwo karteczek. A to jakiś list, a to jakaś notatka widziana przy jeszcze nie do końca wychłodzonym trupie. Czyżby ktoś prowadził wyrafinowaną grę z niezbyt dociekliwymi policjantami z miejscowego komisariatu? W końcu giną ludzie. Może gdyby ofiarami tajemniczego zabójcy (zabójczyni?) był burmistrz N***, śledztwo wyglądałoby trochę poważniej. A jak ginie (z psem!) Mieczysław Cieślak (pseudonim „Spluwa”), tenor z operetki, i siedemnastoletnia "girlsa kabaretowej" Nina Stukonis (pseudonim „Ninel”)? Może to atrakcyjne dla powieści, ale na pewno nie dla policjantów, którzy marzą o świętym spokoju. Powoli jednak nie mają wyjścia, zwłaszcza że to nie koniec ofiar.
Witkowski w "Tangu" sobie pozwala na wiele i ta wolność tworzenia, zdyscyplinowana jedynie przez wybór gatunku sprawia, że czyta się nową książkę autora "Drwala" z zachwytem. Przedwojenny świat jest dla pisarza zbiorem klisz, szablonów, którymi można się z radością bawić. Jest przecież "Tango" powieścią złożoną z nieomal samych stereotypów i sytuacji, które gdzieś już widzieliśmy, gdzieś już czytałyśmy.
Kabaretowe girlsy, nieudolni (ale też czasem trzeźwi) policjanci, pederaści, prostytutki, straszne właścicielki mieszkań, hrabia Drucki, co to lubił zabawy, których jego żonę by z pewnością przyprawiły o migrenę, czy chłopiec, który bardzo chciał pójść do cyrku... wszyscy oni wydają się powyciągani z dawno już napisanych powieści i obejrzanych filmów i wrzuceni do jednej książki, zyskując nowe życie. Jednocześnie Witkowski pisze - gdy już przebijemy się przez wszystkie językowe błyskotki - bardzo smutną i prawdziwą opowieść o biedzie czasów przedwojennych, o tym że choć światy biednych i bogatych czasem się przecinały, to przeważnie ich spotkanie przypominało scenę z żebrakiem ochlapanym wodą wydostającą się spod kół dorożki.
“Tangiem” Witkowski po raz kolejny udowadnia jak niesamowicie operuje językiem. Powieść wręcz skrzy się od tych wszystkich drobiażdżków, duperelek opisywanych z campowym zachwytem. Tylko czasem niepotrzebnie może opowiada żarty niezbyt już świeże, jak choćby ten, gdy Helena Kierbedź, oddana czytelniczka "Trędowatej", "zatrudniona na odcinku higieny i estetyki toalet damskiej oraz męskiej" w klubie To i Owo w czasie przesłuchania wygłasza monolog i mówi: “Nie wiem, co to za kartka, ja poezji nie czytuję, ja w gównie robię! Skąd wiem, że poezja? Bo takie krótkie zdania i każde od nowej linijki. Z lewej równo, z prawej – poszarpane”. To z Darka Foksa, ale może jeszcze Państwo nie znają?
Witkowski w "Tangu" ślicznie dowcipkuje. A to policjant Piątek poczuje się "jak bohater powieści", a to Karola Martyniuk "zwana Lux Torpedą" będzie się zastanawiała czemu w powieściach kryminalnych "najgorsi mordercy zawsze okazywali się właśnie jowialnymi tatuśkami o wyglądzie komiwojażera", a pewna parka będzie rozmawiała o tym, że kiedyś z Krakowa do Zakopanego będzie można dojechać w dwie godziny i dwadzieścia minut dzięki pojazdowi o "spalinowym napędzie, kształtach jak jakiś wehikuł z powieści przyszłościowej!" Gry i zabawy z literaturę, które zawsze sprawiają przyjemność.
Bawi się Witkowski i czasem pisze dla samego pisania, popisu, pokazania, że jest niezrównanym stylistą, który chce czytelników zachwycić, ale też po prostu zabawić. Ma być lekko i przyjemnie, ale nie głupio. Autora chyba też nie do końca interesuje sama intryga, bo wiele spraw szybko staje się oczywistymi, choć będą też zaskoczenia. “Tango” jest czymś w rodzaju pastiszu, tak dobrze napisanego, że staje się książką poważną i w finale smutną opowieścią o tym, co zrobiliśmy z dwudziestoleciem w naszej zbiorowej pamięci. O tym, dlaczego upudrowaliśmy je, wypolerowaliśmy, a to co niewygodne, kostropate - usunęliśmy w cień. Człowiek to podejrzany gatunek, a jak mówi podczas sekcji zwłok doktor Ziemkiewicz - “Twórca jest efekciarzem, ale oszczędnym! Pozłotko dał tylko z zewnątrz, nie chciało mu się zajmować tym, czego nie widać…” Tu co prawda chodziło o męskie genitalia, ale bez trudu możemy potraktować to zdanie jako metaforę.
Witkowski w posłowiu i wywiadach często odnosi się do Marka Krajewskiego, pisarza kryminałów, które lubię sobie podczytywać, ale w których zawsze brakowało mi tego, co dostałem w “Tangu” - oderwania się od realiów, pobawienia się z historią i wyobraźnią w bardziej wyrafinowaną grę. Świetnie pomiędzy jednym a drugim porusza się zaś Maryla Szymiczkowa, autorka zaskakująco do Witkowskiego podobna w swojej kampowej stylizacji.
Od czasu “Drwala”, powieści którą uważam za jedną z najważniejszych polskich książek ostatnich lat, Witkowski za każdym razem, nawet w najsłabszej powieści, udowadnia że jest pisarzem o niezwykłej umiejętności opowiadania. Tylko Witkowski gwarantuje, że z takiego nagromadzenia klisz, szablonów, stereotypów, doskonale znanych zabiegów literackich, spreparuje książkę, co sprawia niesamowitą przyjemność w lekturze. Zatem czas na szablon - idealna książka (nie tylko) na wakacje.
Zdaję sobie sprawę ze słabości tej książki - mało udanego zakończenia, przegadania, niepotrzebnych wątków, tego że autor średnio jest zainteresowany samą intrygą - ale kurde, jak ja się fantastycznie bawiłem przy tej lekturze! Nie czytałem jeszcze takiego kryminału, który tak mocno epatuje brudem, syfem, smrodem i biedą lat lat 30-tych. A nikt tak jak Witkowski nie potrafi oddać fetoru w literaturze. Dodatkowo to świetna galeria cudacznych bohaterów, w tym policjantów wziętych rodem z filmów braci Coen. Jedna z lepszych książek Witkowskiego.
Stojący na dobrym poziomie kryminał retro i to w dodatku galicyjski, chociaż specjalnie tego nie odczujemy podczas lektury. Akcja toczy się w mieście N***, w 1930 roku, co przenosi nas w czasy gorączki ropy naftowej, dzięki której w regionie kwitły fortuny i rozwijały się przeróżne interesy, w tym też te nieco ciemne. Ciekawostką jest, że w rekordowym roku - 1909 wydobyto ponad 2 miliony ton ropy, co oznaczało, że Galicja została trzecim jej producentem na świecie, wyprzedzona tylko przez USA i Rosję. 1930 rok, to już czas, kiedy wydobycie malało, ale do upadku regionu została jeszcze niemal dekada. Michał Witkowski zabiera nas w zwariowany świat, czy właściwie półświatek miasta N***: artyści, fordanserki, naftowi krezusi i biedota są w jednym tyglu fabularnym, w którym nie zabrakło romansu, zazdrości, walki o pozycję i wreszcie także czynów kryminalnych z serią krwawych zabójstw włącznie. Aby nie poprzestawać tylko na rzeczach mrocznych spotkamy też garść pozytywnych bohaterów, choć i oni posługują się nieraz mniej chwalebnymi metodami. Bardzo zgrabnie napisana powieść kryminalna przywodząca na myśl "Złego", "Króla" i kryminały nieocenionej Szymiczkowej ;) Mocne **** za ciekawą, choć klasyczną intrygę i za udaną konwencję retro, chociaż specyfiki galicyjskiej jakby nieco zabrakło.
Mroczna, przemyślana i mocno nostalgiczna, jeśli można tak powiedzieć o czasie w którym nigdy się nie było. Zabiera czytelnika w świat dwudziestolecia i przybliża tamten świat
Dziwki, kiła i mogiła. Nudne, ale nie wiem w sumie dlaczego, bo było wszystko w porządku. Musiałam napisać o tym pracę na zaliczenie i udawać, że mi się podoba, dlatego mam traumę. Plus za to, że do ostatnich stron nie wiadomo, kto jest mordercą.
To jest literatura gatunkowa ze wszystkim jej ograniczeniami. Ale przede wszystkim to jest Witkowski ze swoim wyjątkowym talentem. Bawiłam się świetnie.
To moja pierwsza powieść Witkowskiego (wiem, wiem, WSTYD I HAŃBA), bo mimo że o autorze i jego twórczości wiele już słyszałam, nigdy jeszcze nie dotarłam do jego książek. "Tango" jednak jest tak wspaniałą lekturą, że spodziewam się ekspresowego nadrobienia zaległości w najbliższym czasie.
Zacznijmy od tego, że przeczytałam w życiu naprawdę setki kryminałów. Widziałam w kryminałach chyba praktycznie każdy możliwy czas akcji (historyczne realistyczne, historyczne wyidealizowane, historyczne wystylizowane, współczesne, wieloczasowe, przyszłościowe, osadzone niby w przeszłości, ale w zupełnie innej rzeczywistości, osadzone w w ogóle innym świecie), motyw (pieniądze, seks, władza, bycie psychopatą, karanie grzeszników czy niewiernych, wypadek, zemsta i wiele innych) i zabieg, a także każdą możliwą jakość kryminału (od naprawdę totalnych szmir, przez różne seksistowskie i okropne historie, przez jakieś bezładne plątaniny dziwnych myśli, przeciętniaki, kryminały dobre, bardzo dobre oraz te wybitne). Dlatego uwierzcie mi, gdy napiszę, że trudno jest mnie czymś zaskoczyć w kryminale, a tym bardziej - zachwycić. Dzięki "Tangu" jestem natomiast totalnie i całkowicie zachwycona, i zamierzam tę książkę promować, gdzie tylko się da. Ale zacznę od początku.
W najprostszej warstwie interpretacyjnej dostajemy tutaj "po prostu kryminał". Bardzo udany, z ciekawą intrygą, z dobrze rozłożonym tempem (które sprawia, że nawet 530 stron nie będzie dla nas problemem), z wyrazistymi postaciami i z sensownym rozwiązaniem. W żadnym momencie nie byłam nawet blisko zgadnięcia, kim jest morderca, ale wciąż, dzięki kolejnym tropom, od nowa próbowałam zgadnąć jego tożsamość. Wszystko, co powinno być w kryminale, jest tutaj zaplanowane, rozrysowane i wykonane na najwyższym poziomie i absolutnie nie ma możliwości do niczego się przyczepić.
Tym jednak, co sprawia, że ta powieść jest wyjątkowa, jest wszystko to, co Witkowski do wyżej wskazanych gatunkowych elementów sine qua non dodaje "dookoła". W posłowiu Autor chwali się swoim okiem do szczegółu, i rzeczywiście, nie sposób mu go odmówić (w każdym możliwym jego kontekście). Chodzi tutaj i o wspaniale odmalowane realia pozwalające poczuć atmosferę ulicy, cyrku, klubu czy posterunku, i o opisy poszczególnych pomieszczeń i kwater, i o wygląd nawet pobocznych postaci, i o pojedyncze, niby niewpływające na fabułę zdania, jak np. to, że kogel-mogel żona przodownika Piątka "merda", a nie miesza. Trup w powieści ściele się gęsto, a Witkowski nie oszczędza obrzydliwych szczegółów, ale zdecydowanie można zaobserwować u siebie moment, w którym z tęsknotą zacznie się wzdychać za atmosferą dansingów czy wielkich teatralnych premier "z tamtych lat", a potem zastanawiać, czy ma się w szafie jakiś strój, który można by na ów dansing włożyć (najlepiej, jak rozumiem, coś z piórami, frędzlami i złotem).
Witkowski jednocześnie już od pierwszej sceny pokazuje, że bardzo dobrze rozumie konwencję, ale że nie bierze jej całkiem na serio, czy też raczej: nie przyjmuje jej jako objawionego dogmatu. Dzięki takiemu nastawieniu całość nabiera lekkości i zachęca nas do zabawy razem z Autorem, nieustannego odszukiwania na nowo tropów, o których wcześniej już gdzieś czytaliśmy i słyszeliśmy (plus pozwala docenić nieustające autorskie dowcipy i językowe smaczki, których tutaj pełno). Bardzo groźny morderca ostrzący brzytwę i monologujący wewnętrznie o honorze? Jest. Brutalne morderstwo opisywane ze szczegółami i odkryte przez wścibskich mieszkańców kamienicy? Mamy to. Czarownie romantyczne, pełne namiętności i groźne tango? Odhaczone. Tajemniczy cyrk pełen dziwnych indywiduów? Oczywiście. Prostytutki? Złowieszcze karteczki zostawiane przez mordercę przy każdej ofierze? Wszędobylskie uwagi o "pederastach"? Dramatyczne zabójstwo podrzędnego śpiewaka operowego? Dziwaczne okaleczenia ofiar? Jeszcze bardziej dziwaczne praktyki i fiksacje seksualne? Teczki burdelmamy pełne informacji na temat tychże praktyk i fiksacji? Bezwzględna i krwiożercza policjantka-przodowniczka, której boi się całe miasto? Wszystko tutaj jest, jest i jest.
I tak można właściwie bez końca, bo właściwie każdy element, który kojarzyć możemy z czarnym kryminałem retro, jest tutaj w nieprzeszarżowany sposób wrzucony, a potem ironicznie zakwestionowany (również zaskakująco subtelnie) - bo w "naszym wspaniałym mieście N***" spod pozornego blichtru i grozy na światło dzienne w każdej minucie próbują wydobyć się syf, kiła (ta to nawet dosłownie) i mogiła. "Wielkie gwiazdy" artystycznego świata są niby w drodze do Buenos Aires, ale tak naprawdę nigdy nawet nie widziały Warszawy, pięknie umalowane fordanserki mieszkają w kwaterze mającej parę metrów kwadratowych i puszki z wodą ustawione pod nogami łóżka, by chronić je od pluskiew, a snobujący się na wręcz tajnych agentów stróże prawa nie są w stanie zrozumieć prostych wytycznych. Zewsząd wychodzą bieda, brud, próby bycia "wielką metropolią", gdy jest się dopiero dorabiającym się miastem wzbogacającym się na nafcie. Zauważalne (i parokrotnie komentowane w samej książce) jest też to, jak w sumie niekompetentnie prowadzone jest śledztwo - policjanci Witkowskiego marzą o świętym spokoju, jedzeniu białej kiełbasy z cebulką i tatara w kolejnej piwnicy, a nie o rozwiązywaniu zagadek dotyczących kolejnych trupów (których przybywa właściwie z każdym dniem).
Witkowski pisze, że im dalej brnął w opowieść, tym bardziej tracił zainteresowanie detalami historycznymi. Przyznaję, że tego nie umiem samodzielnie w wystarczający sposób ocenić, natomiast bardzo mocno przemawia do mnie to, co Autor dodaje zaraz potem - czyli że pisząc o jakichś czasach, w których nie żyliśmy, naturalnie tworzymy sobie jakiś pełen nostalgii sentymentalny obraz, wykrzywiony w stosunku do rzeczywistości. Przyznam, że to, co serwuje nam Witkowski, jest dla mnie tak udane, że ze zdziwieniem stwierdzam, iż zdecydowanie wolę nawet taką wykrzywioną wersję lat powojennych niż jakąkolwiek prawdziwą. Pełną zapachów smakowitych (kaszanki z cebulką, białej kiełbasy, małż, białego wina, chłodnej wódki) i obrzydliwych, pełną tajemnicy, grozy i zaskakująco dobrze pasującego do nich wisielczego humoru, pełną blichtru i biedy, które jednocześnie ze sobą kontrastują i są ze sobą komplementarne.
Bardzo, bardzo polecam - jeśli lubicie kryminały albo po prostu dobrze napisaną prozę, to istnieje duża szansa, że ta powieść spodoba się Wam tak bardzo jak mi.
Cuchnący fetor stolca, wymieszany z przetrawionym tanim alkoholem i kilkudniowym potem oraz bieda wyłażąca z każdego zakamarka niczym karaluchy z rur – z tym kojarzy mi się „Tango”. Witkowski wybrał ciekawy, kontrowersyjny temat, ale jak chyba nikt w ostatnim czasie nie opisał go w niezwykle wyjątkowy, nieromantyczny sposób.
Akcja „Tanga” toczy się bowiem w 1930 r. w mieście N***, wobec tego przenosimy się w czasy gorączki ropy naftowej, kiedy w regionie galicyjskim kwitły fortuny i rozwijały się przeróżne interesy. Również w szarej strefie. Mamy tutaj zatem Polskę w czasach 20-lecia międzywojennego, tak mitologizowanego przez wielu autorów (i historyków), u progu wielkiego kryzysu gospodarczego, który w USA rozpoczął się w 1929 r., a w 1930 r. jego pierwsze echa już zaczęły się u nas pojawiać.
„Tango” to czarny kryminał retro, który jeśli zostanie oceniony sztywno pod kątem ram gatunkowych, to wypadnie średnio. W miasteczku N*** nagle pojawia się seryjny zabójca, który na celownik wziął sobie ludzi związanych z lokalną bohemą, a przy swoich ofiarach zostawia teksty różnych popularnych wówczas tang. Jego tropem podąża ekipa lokalnej policji, której całe to śledztwo potrzebne jest tak, jak Polsce „Wojna bolszewicka” w 1920 r. Ale w związku z tym, że trup ściele się gęsto, w końcu na poważnie biorą się do roboty. Sęk w tym, że Witkowskiemu nie do końca wątek śledztwa się udał i pod tym kątem fabuła nie jest skonstruowana dobrze. W „Tangu” totalnie położono rozmieszczenie punktów zwrotnych, nie wspominając już o napięciu kryminalnym.
Co jednak Witkowskiemu udało się na tyle, aby można było sądzić, że akurat wątek kryminalny nie jest w „Tangu” jedynym ważnym elementem? Wyczytałem o autorze wiele opinii, że jest „szczególarzem” i w tej książce naprawdę widać to w wielu kwestiach. Języku, detalach roku 1930 i strukturze społecznej. Cała powieść bogata jest w słowa z tamtych lat, wzbogacona o dowcipy czy charakterystyczne powiedzenia.
Mało tego, Witkowski odwalił gigantyczną robotę jeżeli chodzi o odkopanie takich szczegółów z lat 30. XX w. jak: potrawy, samochody, dostępna wiedza medyczna i ta o sztuce teatralnej. A to tylko kilka dziedzin, które sobie wypisałem. Autor ten ogrom wiadomości przekazuje w warstwie narracyjnej, trochę kosztem dialogów (co ostatecznie może odbić się na tempie czytania), w ten sposób doskonale, wręcz naturalistycznie oddając nie tylko ducha tamtych czasów, ale przede wszystkim realia tej epoki. „Tango” Witkowskiego, choć w kilku momentach może wydać się zlepkiem znanych już klisz, zrywa tę piękną tapetę jaką zostało w Polsce ozdobione 20-lecie międzywojenne. Autor miesza sprawdzonymi już szablonami, idzie tym chwytem nawet przy tworzeniu głównych bohaterów (choć ci drugoplanowi to u Witkowskiego coś wspaniałego!), ale dzięki temu tworzy ZNAKOMITĄ opowieść o Polsce. Polska 20-lecia międzywojennego nie przypominała krainy mlekiem i miodem płynącej, rozwijającej się niczym najlepsze gospodarki świata. Było to państwo bliższe twardochowej narracji, czyli kraju wielkich nierówności społecznych, biedy i nieudolnego, skorumpowanego państwa.
Spójrzcie na tę okładkę, według mnie jest znakomita. I to właśnie ona była pierwszym powodem, dla którego sięgnęłam po tę książkę. Drugi to tytuł, bo oczywiście wywęszyłam wątek muzyczny 😏 a trzeci - opis. Z czym zatem miałam się zmierzyć?
Koniec lat dwudziestych… a więc retro klimaty. Adolf Piątek stara się rozwikłać sprawę morderstwa śpiewaka z miejscowej operetki. Przy jego ciele zostaje znaleziony tekst tanga: „Gdzie Twoje serce?”, a dodatkowego serce denata zniknęło… Zabójca nie poprzestaje na jednym trupie, jest ich więcej, a każdy ma przy sobie kartkę ze słowami tanga. Sami przyznajcie, że pomysł na fabułę bardzo ciekawy. Tutaj niemalże przewracając strony słychać melodie snujące się gdzieś w powietrzu w książkowym mieście N***.
Rozpoczynając „przygodę” z tym retro kryminałem nie ukrywam, że miałam wysokie oczekiwania i … niestety muszę przyznać, że zawiodłam się. Aż trudno mi to pisać, w końcu muzyka tutaj jest bardzo istotnym „bohaterem”, to dla niej skusiłam się na ten tytuł. Nie będę jednak owijać bawełnę. Momentami zastanawiałam się nawet czy nie porzucić tego tytuły, ale dałam szanse. Nie myślcie, że cała fabuła i książka były złe, ja po prostu po pierwsze nie potrafiłam do końca wkręcić się ten świat sprzed stu lat. Druga kwestia to język… hmm kompletnie nie w moim stylu i użyte niekiedy dawne słowa, które totalnie mnie irytowały. Miałam czasem wrażenie jakby autor tworzył kolejne rozdziały od niechcenia….i w zasadzie to właśnie to był najistotniejszy powód, przez który nie zaiskrzyło między nami.
Dobrnęłam do końca, choć przyznaję, że łatwo nie było, ale jestem przekonana, że wśród czytelników znajdzie się gro fanów pióra autora i tej historii 🙂
Ktoś chętny z przytupem skończyć tegoroczne wakacje? Michaśka ze swoją najnowszą powieścią się poleca! Wybornie się „Tango” czyta! Groteskowa, przezabawna, błyskotliwa i piekielnie inteligentna jest to proza. Trzyma w napięciu, zaskakuje, wywołuje uczucie niepokoju niczym pierwszorzędny rasowy horror, chociaż fabuła gatunkowo sytuuje najnowsze dzieło Witkowskiego w obrębie kryminału. Doskonałą decyzją było osadzenie akcji w Polsce lat 20 XX wieku. Jest to powieść ze stron, której wylewa się brud, smród i ubóstwo - i to opisane tak plastycznym językiem, że tę lepkość, gęstość i mrok czytelnik odczuwa niczym namacalnie. „Tango” to taki Krajewski w wydaniu ekscentrycznym i na dopalaczach! Michaśka w stylistyce retro to nowość, ale spokojnie - ostry niczym brzytwa język, krótkie i celne frazy, idealnie wyważone tempo i godny wirtuozerski rytm - tu nadal kłania się stary dobry Witkowski. Dajcie się porwać Witkowskiemu w te jedyne takie, unikatowe na skalę światową szaleńcze abstynenckie tango! Dla tak wyśmienitej zabawy warto zarwać i niejedną noc!
po pierwsze opis z tyłu książki praktycznie nijak ma się do jej treści. oprócz tego watek kryminalny prowadzony bardzo chaotycznie. niecharyzmatyczni policjanci jako główni bohaterowie, którzy bardziej zajęci byli przesiadywaniem w jakiejś knajpie (ile razy można powtarzać ten sam scenariusz policjantów siedzących w restauracji i prowadzących rozmowy, które do niczego nie prowadzą! już ciekawsze były opisy potraw, które jedli niż ich pożal się boże dedukcji).
nie wiem czy od pojawienia się postaci pewnej postaci miało być dla czytelnika oczywiste, że to on właśnie jest Kucharzem i to miało pokazać jak bardzo niewydarzeni są policjanci prowadzący śledztwo (jeśli ich działania w ogóle można nazwać śledztwem), czy to było niezamierzone? nie czułam ten klimatu lat międzywojennych, myślę że to dlatego, że akcja powieści działa się w wymyślonym miasteczku na N.
miałam chyba zbyt wygórowane oczekiwania (zwłaszcza po przeczytaniu intrygującego opisu z tyłu książki) i właśnie przez to się zawiodłam.
Myślę, że ta książka - choć dość dobrze się ją czyta - jest rozciągnięta ponad miarę. Sporą część stanowią wyliczenia międzywojennych marek, szczegółów, szczególików, które po jakimś czasie stały się dla mnie nużące. Literacko autor się broni, gatunkowo już zdecydowanie mniej. Miałem wrażenie, że autor sam pogubił się w wątkach, pootwierał je (część nie wiadomo po co), aby pod koniec zamknąć całą intrygę (dla mnie raczej nieprzekonująco) w kilku stronach.
Nie było wielkiego szału, ale czytałam z przyjemnością. Nawet z tak nudnego (dla mnie) gatunku jak kryminał Witkowski potrafi zrobić coś uroczego. Wydaje mi się, że to „najnormalniejsza” i najstaranniej napisana jego powieść, a jednocześnie jakoś najgrzeczniejsza. I jeśli mam wybierać, to chyba jednak wolę ten jego dziki chaos (na który nie raz narzekałam…) ale więcej jaj. Ale i tak mi się podobało. Groteska, makabra, dowcip, szyk i styl, tango, krew i flaki. Smakowicie.
Tło świetne, tylko na tym tle nie chciało się autorowi nawet na pretekstową, minimalnie spójną intrygę kryminalną wysilić. Całość, biorąc pod uwagę atroficzną i nieskrępowaną logiką fabułę, jest też zdecydowanie za długa. Zachwyt klimatem zaczyna się zużywać około połowy. A pod koniec jest już tylko wielki zawód.
Wspaniałe zajmujące opisy, cudna rzecz bo ciekawie opowiada niesamowicie smaczną kryminalną zagadkę osadzoną w 20tych latach dwudziestego wieku. Udany kryminał i dodatkowo historia z epoki i ze świata artystycznego: operetka i cyrk. Luminarze małego miasteczka plus bohema mocno zróżnicowana. Szkoda, że ta historia już za mną!
Witkowszczyzna w ograniczonym stopniu daje zaskakująco ciekawa i odmienna literaturę gatunkowa. Na wakajki idealne,jesli nie chce się czytać w kółko, tak samo kleconych kryminałów
Ładnie wystylizowane, nienużące. Ujmuje swoboda z jaką autor posługuje się nie tyle realiami z epoki, ile realiami występującymi w kryminałach z epoki.