Wszystko bardzo suche, szkolne. Pełne reguł.
Wprowadzaj zasady i przypominaj o nich codziennie. Wprowadzaj rutyny i omawiaj je codziennie. Daj 10 komplementów dziennie. Przecież to idzie zwariować. „Powieś zasady korzystania z toalety, gdy twój syn ma problemy z celowaniem”. Co? Serio trzeba się tak rozdrabniać? Nie wystarczy systematycznie uczyć dziecko, gdy jest w stosownym wieku, że każdy domownik z szacunku do pracy innych sprząta po sobie?
Może warto też nauczyć dziecko, że ludzie mają emocje, i to naturalne, a nie obsesyjnie je ukrywać. Możesz powiedzieć wprost „jestem teraz zdenerwowana muszę ochłonąć porozmawiamy na spokojnie później”, a nie robić z tego jakąś wielka grę psychologiczną, gdzie nie może ci nawet drgnąć powieka.
Nie rozumiem też tego sposobu z mówieniem „tutaj panują takie zasady”. Może i byłoby to fajne, gdyby używać tego do kilku podstawowych rzeczy, w których nigdy nie idziemy na ustępstwa typu: pasy muszą być zapięte, masz założyć kask. Ale używanie tego w 150 różnych sytuacjach jest dziwne. Nawet gdy dajesz dziecku komplement, bo robiło coś miłego np. Dziękuję, że pomogłeś babci tutaj panują takie zasady. Przecież to absurdalne.
Autor książki piszę dla rodziców, ale z perspektywy pedagoga, nauczyciela a to zupełnie inna rola.
Co ciekawe, jest tu praktycznie zero treści o wspólnym wychowywaniu dzieci przez obu rodziców. Zawsze jest nacisk, że to jeden z nich powinien coś robić.
Zastanawia mnie też fakt, że autor nieustannie do przykładów zachowań wykorzystuje swoich dawnych uczniów. Szukałam w książce informacji o tym, czy ich dane zostały zmienione, ale nic takiego nie znalazłam. Do zachowań swoich dzieci nie odwołał się prawie wcale być może dlatego, że pomyślał, że mogą sobie tego nie życzyć.