Książka szalenie nierówna. To nie jest reportaż tylko zbiór felietonów o bardzo różnym poziomie merytorycznym, których autor nawet nie próbował połączyć w całość. Początek zjadliwy: osobiste historie, anegdoty, ciekawy obraz nieznanego mi kraju i ludzi plus osób z świata "zachodu" które zdecydowały się tam osiedlić. Fajna perspektywa, osoby z zewnątrz żyjącej na miejscu i kochającej Wietnam dojrzałą miłością, z jego zaletami i wadami, a nie spojrzenie turysty. Końcówka męcząca strasznie. Nie mogłam przebrnąć, męczyłam się i porzuciłam lekturę. Autor pasjonujący się zapewne historią Wietnamu, zalewa czytelnika faktami które przynajmniej dla mnie były nie do przyswojenia i nie do przetrawienia. Jako osoba rzadko niekończąca lektury porzuciłam ją na dwa tygodnie w okolicach 85%. Myślę, że gdyby zafundować autorowi znającego się na fachu redaktora, który pomógłby skrócić dzieło o połowę to mogłaby być naprawdę dobra książka podróżnicza. Edit: książka uświadomiła mi tez że gdyby komuna nie upadła za czasów moich rodziców to bardzo możliwe że dalej byśmy w niej tkwili, a młodzież piłaby latte wierząc ze polityka to sprawa polityków.