Rzetelna i ciekawa książka odczarowująca zamieszanie wokół nowoczesnej biotechnologii. Godna polecenia każdemu kto, jak ja, słyszał tak dużo szumu wokół GMO że w gruncie rzeczy nie wie co o tym wszystkim myśleć. Mi książka Rotkiewicza pomogła douczyć się w kilku podstawowych kwestiach i tym samym uporządkować temat w głowie.
Mam natomiast kilka uwag: Rozdziały o glutenie i szczepionkach były tutaj zupełnie niepotrzebne. O ile rozumiem, że autor chciał wzmocnić swoją argumentację wskazując na inne podobne mity, to przecież musiał z góry wiedzieć że nie poświęci im tyle miejsca co GMO. Czyżby zapomniał że dietetyka i farmaceutyka to olbrzymie pola bitew na które nie wchodzi się bez dobrego powodu? Te dwa krótkie rozdziały bardzo źle wpływają na całość książki, bo pokazują że Rotkiewicz nie rozumie tak naprawdę skąd bierze się strach wokół nowoczesnych technologii. Lęk przed szczepionkami jest irracjonalny i niebezpieczny społecznie, diety bezglutenowe to tymczasowa głupia moda, ale ogólny strach przed jedzeniem, lekami, przemysłem i wielkimi korporacjami jest nieprzypadkowy. Jego rozdział o Monsanto zresztą nieźle pokazuje, że firma trochę nabroiła w swojej 100-letniej historii. I nawet jeśli ostatecznie nie taki diabeł straszny jak go malują, to firma która produkowała DDT i Agent Orange będzie u zielonych aktywistów na zawsze spalona.
Cynizm myślenia korporacyjnego to rzecz znana powszechnie, lobbing wielkich koncernów (naftowych, górniczych, spożywczych, farmaceutycznych) to standard demokracji rynkowej. Nie można od razu uogólniać że każda korporacja jest złem wcielonym, ale potwierdzonych spisków w historii też nie brakuje. Exxon negował własne badania o wpływie człowieka na globalne ocieplenie. Philip Morris finansował badania wskazujące na nieszkodliwość palenia tytoniu. Coca-cola finansowała badania wskazujące na nieszkodliwość cukru, a potem wysyłała do telewizji ekspertów mówiących że te 10 łyżeczek co jest w półlitrowej butelce może być "elementem zbilansowanej diety". Tymczasem Rotkiewicz pod koniec z dużą dozą pogardy dla ciemnego ludu wyjaśnia popularność teorii spiskowych. Mianowicie, "ich formuła sprowadza się do napisania czytelnikom: to nie wasza wina, że się objadacie, macie nadwagę i problemy ze zdrowiem. Podsunięto wam niewinnie wyglądającą i smakowitą truciznę. Następnie należy oskarżyć rząd i przemysł (spożywczy albo farmaceutyczny) o spisek." A czym są fast-foody i słodycze jak nie właśnie niewinnie wyglądającymi, smakowitymi, i jeszcze do tego uzależniającymi truciznami, które podsuwane nam są od dzieciństwa w postaci reklam na każdym kroku i szkolnych wycieczek do Maca? A skąd się wzięła polska lekomania która jest ewenementem na skalę Europy? Gdybym wziął wszystkie leki, które wciskane są w ciągu jednej radiowej przerwy reklamowej, popił to i zagryzł żarciem z innego telewizyjnego bloku reklamowego to chyba bym padł trupem przed dobranocką.
Gdy na świecie przybywa alergików, astmatyków, cukrzyków; gdy polskie rządy mają gdzieś środowisko naturalne; gdy na każdym kroku wciska mi się niewinnie wyglądającą truciznę; gdy słyszę jak cyniczni biznesmeni kradną i kłamią; gdy słyszę jak politycy i naukowcy biorą w łapę... to ciężko się nie bać i doskonale rozumiem wszystkich którzy się boją i od czasu do czasu kupują jakieś spiskowe brednie. To po prostu naturalne, że będziemy tworzyć fałszywe uzasadnienia patologii przez nas dostrzeganych, gdy manipulacji i dezinformacji dookoła nie brakuje. Zgadzam się z konkluzją Rotkiewicza, mówiącą iż potrzebne jest budowanie alternatywnej silnej narracji, pozytywnych mitów wokół osiągnięć nauki, które tym razem ukażą pożyteczne strony biotechnologii. Ale do tego potrzeba więcej empatii której autorowi chyba trochę brak i pewnie dlatego sam się tego zadania nie podjął.
Na koniec dodam że Czarne zawaliło korektę tej książki. O ile literówki jeszcze można zrzucić na autorów zakupionej przeze mnie konwersji elektronicznej (choć to żadne usprawiedliwienie), to ilość kwiatków stylistycznych i gramatycznych jest jak dla mnie absolutnie niedopuszczalna.