Chyba większość z nas ma z Jeżycjadą podobne doświadczenia: w dzieciństwie/wieku nastoletnim byliśmy w tym zakochani, powróciwszy po latach widzimy, jak bardzo źle zestarzała się ta seria, a i tak czytamy dalej, z mieszaniną błogości, złości, sentymentu i poczucia winy. Ja już nie miałam zamiaru tego robić. Miałam nigdy więcej nie sięgać po Musierowicz, serio. Wyszło jak wyszło, i teraz, o dziwo, nie żałuję, bo po lekturze mam sporo przemyśleń.
Daruję sobie te oczywiste, związane z całą ideologią, która jest poprzez te książki wtłaczana do głów czytelników, bo napisano już o tym bardzo dużo. Ale:
1. GDY WTEM: wyrosłam na Gabę. Tak przynajmniej wnioskuję po tym jednym tomie. To jest STRASZNE, bo to nigdy nie była moja ulubienica. Ona jest tak strasznie normalna, konkretna i przyziemna. Wolałam wszystkie te nawiedzone krejzolki z burzą loków i błędnym spojrzeniem. Ale widzę, że jestem jak Gabrysia, reaguję i myślę jak ona. Jak do tego doszło? :( Nie wiem.
2. Chyba nagle zrozumiałam, co mnie tak zauroczyło w tych książkach, gdy miałam te 13-15 lat: ja im wszystkim zazdrościłam. Marzyłam, żeby mieć tak samo. Tyle sióstr, taki ciepły, radosny dom, pełen domowników i gości, zebranych pod jasno świecącą lampą i cytująch Dzieła Literatury (tak, byłam snobką taką samą jak Musierowicz - biedny oczytany człowiek - dobry; bogaty kapitalista analfabeta - zły). I żeby mieć takie romantyczne przygody i tylu adoratorów, jak miały Borejkówny. Bo mnie się to wszystko nie zdarzało.
3. Ale: czy to faktycznie prawda? Czy ta rodzina jest tak fajna i miła, jak to co chwilę (w irytujący zresztą sposób) podkreśla autorka? Zaharowana prawie na śmierć matka (która zajmuje się w tej rodzinie absolutnie WSZYSTKIM sama, mając przecież pełnosprawnego męża i dorastające córki), ojciec - oderwany od rzeczywistości pasożyt, który nie ma nawet pojęcia, do której klasy chodzą jego dzieci, Gabriela-tyran, cały czas wrzeszcząca na młodsze siostry i "wypłacająca im klapsy w pośladki" i te małe biedne dzieci, które są wciąż karane i strofowane za to, że zwyczajnie się bawią. Gdzie ta sielanka?? Ale:
4. Trzy fragmenty, które mnie na serio wzruszyły: rozmowa Gaby z matką w szpitalu; płacząca Nutria w wannie; ciasto dla sąsiadki. I, tu muszę uczciwie przyznać: Musierowicz to potrafi. Na mnie to nadal działa. Potrafi też rozśmieszać - naprawdę śmiałam się wiele razy, i to przy fragmentach, które i tak znam na pamięć. Bo:
5. Okazało się, że moja teoria o mojej pamięci jest chyba słuszna. Znów się potwierdziło. Chodzi mi o to, że z książek (i prawdopodobnie z życia) nie pamiętam prawie wcale tzw. fabuły (tu np. do końca nie wiedziałam dziś, czy Gaba będzie z tym Pyziakiem, czy nie), natomiast w mózgu zapisane na wieczność są detale, drobiazgi, to że dzieci bawiły się w ciuchcię, że talerzyk do ciasta był w kwiatki i że kto mlaszcze, dostanie w paszczę. I:
6. Wydaje mi się, że właśnie te drobiazgi są szkieletem, na którym utrzymuje się cała sentymentalna konstrukcja Jeżycjady. Właśnie nie na fabule, która nawet jeśli akurat nie jest irytująca, to jest przecież banalna, nic wielkiego tam się nie dzieje, wszystko toczy się tylko w jednym kierunku: chodzi o to, żeby bohaterka zakochała się szczęśliwie, założyła rodzinę i zaczęła rodzić dzieci. Gardzimy tym dzisiaj (nie rodzeniem, ale tym, że wg autorki to jedyna możliwa i słuszna droga), ale te drobiazgi nadal nas łapią w sidła. Bo naprawdę są przeurocze. Ale te książki to ogólnie szajs, dorastającej córce bym w życiu nie kupiła. Ale kurczę, teraz cały czas myślę tylko o tym, żeby jednak zacząć kolejny tom.