Nie polecam.
Są książki, które mi się nie podobały, ale bez problemu jestem w stanie zrozumieć, że mają wysokie oceny i inni się zachwycają. Wiecie, kwestia gustu i tak dalej. Ale czasem trafiam na takie tytuły, przy którym totalnie tego nie rozumiem. I "Słodka rewolucja" jest niestety jednym z nich...
To nie jest dobra książka. Jasne, debiut rządzi się trochę własnymi prawami, można kilka razy przymknąć oko, ale też bez przesady. Ta historia była zbyt słaba, by zrzucać to na karb pierwszej książki. Tutaj nic nie ma sensu, zaczynając na zachowaniu i reakcjach bohaterów, a kończąc na tym jak przebiega akcja. Między głównymi bohaterami nie czuć chemii w ogóle. Jest mnóstwo luk w fabule i błędów. Alice, główna bohaterka, jest właścicielką cukierni, która nie radzi sobie najlepiej i wymaga pomocy. Wtedy do akcji wkracza Nathan, który zajmuje się właśnie takimi rewolucjami biznesów. Tylko że on nie wie, że to Alice jest właścicielką. I ja się pytam, jakim cudem? Okej, zgłosił się do niego jeszcze poprzedni właściciel, ale przecież nie podpisali umowy od razu. Nathan odezwał się do nich, gdy cukiernia została już odkupiona przez Alice. Więc jakim cudem nie dowiedział się z dokumentów, przy np podpisywaniu umowy, kto jest właścicielem? Nie do końca rozumiem też, dlaczego Alice potrzebowała jego pomocy przy cukierni, skoro koniec końców to ona wymyśliła, jak ją zmienić?
Poza tym ktoś chyba nie potrafił zdecydować się na ostateczną nazwę cukierni Alice. Raz pojawia się w tekście Zakątek u Austen, raz Zacisze u Austen. Ale i tak najlepszy błąd pojawił się na ostatnich stronach. Pozwolę go sobie zacytować - "Od naszego rozstania minęło 48 miesięcy. To były szalone 2 lata." No to jest hit.
Jedynym plusem, który widzę w tej historii to bohaterka plus size, choć to mocno naciągany plus. Wątek przedstawiony raczej nieumiejętnie, no i w ogóle nie widać tego chociażby na okładce. Jest tu niby motyw hate-love, które zazwyczaj bardzo lubię, ale nie dajcie się nabrać. Nienawiści jest tu sporo, ale nie jest to dobrze przedstawione czy poprowadzone. I jest kompletnie niezdrowe. Nathan jest skończonym dupkiem. Wiemy, że był nim w liceum i po dziesięcioletnim przeskoku, który mamy na początku, można by sądzić, że chłop się ogarnął i dorósł. Minęło w końcu dziesięć lat, odkąd był tym najpopularniejszym i pewnie najprzystojniejszym sportowcem w szkole (ech...). Ale nie. Nathan cały czas jest okropny i dalej traktuje Alice jak śmiecia. Nagle jednak doznaje olśnienia, a może zostaje opętany? Musiało wydarzyć się coś grubego, co nie zostało opisane, skoro ni z gruchy ni z pietruchy Nathan nagle staje się cudownym facetem, który się stara i w ogóle do tego zaczyna podobać mu się laska, którą gnębił w liceum i dalej, gdy spotkali się po tych nieszczęsnych dziesięciu latach. To jest tak bez sensu. Nathan nie jest bohaterem, którego się lubi. Nie ma takiej opcji. Fakt, że coś złego wydarzyło się w jego życiu, gdy był dzieckiem, nie usprawiedliwia wszystkich lat, kiedy zachowywał się jak dupek, wszystkich chwil, kiedy niszczył komuś życie. To tak nie działa. Do tego wytłumaczenie, dlaczego tak nie znosił Alice w latach szkolnych jest, sorry, ale głupie. Powtórzę się, ale między tą dwójką chemia jest zerowa, co nie dziwi, skoro mają taką historię i jedno z nich na sekundę przez niespodziewaną miłością, wciąż było dręczycielem i skończonym dupkiem.