„Oficer amerykańskiego wywiadu, młoda Polka, niemiecki dziennikarz, zaufany człowiek Martina Bormanna i żołnierz SS to ludzie z różnych światów, których łączy jeden cel. Każdy z nich chce dopaść nazistowskiego zbrodniarza wojennego. Nikt nie jest tym, za kogo się podaje, a każdy z bohaterów coś ukrywa. Intrygi, tajemnicze morderstwa, a w tle złoto nazistów ukryte w alpejskich grotach i jeziorach, brudne sprawki Watykanu, a wreszcie tajne enklawy w Argentynie…” - to fragment zajawki wydawniczej każdego z dwóch tomów „W pogoni za nazistą”.
Pierwszy sięga roku 1944, kiedy to tuż przed upadkiem Trzeciej Rzeszy na scenę wkracza późniejszy ścigany i kolejno pojawiają się jego powojenni tropiciele. Poznajemy ich wszystkich we wzajemnych interakcjach, z jednej strony nazistę, okrutnego mordercę-sadystę i grabieżcę, z drugiej świadków i ofiary jego zbrodni. Z tym, że początkowo jest to znajomość powierzchowna, poprzez obserwację losów polskiej rodziny na Lubelszczyźnie oraz kilku wydarzeń w niemieckich Alpach. Właściwa pogoń zaczyna się w roku 1946, dowiadujemy się wtedy stopniowo kto jest kim, jaką rolę pełnił w przeszłości i jakie obecnie są pobudki ich działań. Wspólnym celem wszystkich tropicieli jest dorwanie Standartenführera Franza Schultzego zanim, śladem innych hitlerowskich zbrodniarzy, uda mu się uciec z kraju. Jedni pragną wymierzenia sprawiedliwości za zbrodnie ludobójstwa lub marzą jedynie o zemście za krzywdy własne bądź najbliższych. Inni mają przede wszystkim nadzieję na uzyskanie od Schulzego informacji na temat skarbu ukrytego przez strzelców alpejskich, którymi dowodził, aby uszczknąć coś dla siebie, dla kolegów - potencjalnych uciekinierów i na cele organizacyjne przy reaktywacji Rzeszy. W zależności od swojej obecnej sytuacji i kompetencji stosują różne metody śledcze, wciągając w nie dawnych i nowych popleczników, którzy nierzadko przypłacają te relacje własnym życiem.
Niestety, wszystkie elementy polowania na Schultzego tworzą wrażenie nie tylko braku profesjonalizmu lecz po prostu kompletnego chaosu. Opisy kolejnych posunięć poszczególnych osób na ogół rozciągnięte są na kilka etapów, co rozdyma fabułę eliminując z niej dramaturgię.
Przynajmniej tak jest w tym tomie. Najpierw, na przykład, mamy krótką migawkę z jakiejś akcji, kilka rozdziałów dalej następuje wyjaśnienie jej przyczyn, jeszcze później osadzenie jej w szerszym kontekście sytuacyjnym. Postaci, chyba celowo, przybliżane są poprzez swoje najczęściej przypadkowe działania oraz na ogół kłamliwe wypowiedzi, co pozbawia je indywidualności i wykluczało jakikolwiek mój emocjonalny do nich stosunek. Jedynie pierwszoplanowa postać kobieca ma szanse przełamać w drugim tomie taki fatalny, moim zdaniem, schemat. Choć bawienie się z czytelnikiem w kotka i myszkę na temat jej tożsamości wydało mi się raczej nieudolne. Co gorsza, dotyczy to także paru innych postaci, przy czym prawdę mówiąc ujawnienie po drodze ich prawdziwej identyfikacji bardziej wyglądało mi na niedoróbkę redakcyjną niż na świadomy zabieg warsztatowy. Może ujęcie całej pogoni w jednym tomie wymusiłoby większą dyscyplinę redakcyjną? Choć wtedy szanse na pogłębienie wizerunków bohaterów zmalałyby prawdopodobnie do zera.
OFF TOPIC, czyli o błędzie tak powszechnym w książkach, które czytam, publikowanych przez różne wydawnictwa, że zaczynam powątpiewać we własne kompetencje językowe.
Przykład:
„… ojciec postanowił oszukać swoje ukochane państwo i oskubać go z pewnych dóbr.”
„Państwo”, o ile mi wiadomo, jest w języku polskim rodzaju nijakiego. Dlaczego zatem w powyższym cytacie biernikowa forma zaimka odnoszącego się do tego rzeczownika to męskie „go”, a nie nijakie „je”? Innowacja gramatyczna, o której nie słyszałam? Jeśli nie, byłoby to zjawisko - w odróżnieniu np. od wprowadzania na siłę do polszczyzny feminatywów - mało zabawne, stanowiłoby kolejny przykład nagminnego redakcyjno-korektorskiego niechlujstwa