Powietrze jest gęste, wokół roznosi się zapach zbudzonej natury i rozkładu. Rzeka obija się o brzeg, jakby chciała wyrwać się z koryta. Duchota wisi nad świeżo wysypanym na drodze żwirem. Chłodne ciało mężczyzny leży wśród wieńców. Nikt nie przyjdzie na jego pogrzeb. Nikt się nie dowie, kto zabił.
Gdzieś dalej rozgrzana łopata parzy ręce innego mężczyzny, który nie czuje nic prócz bólu w mięśniach, smrodu potu i pogardliwego wzroku przechodniów. Nikt nie doceni jego wkładu w naprawianie dróg, tak jak nikt nie wysłucha opowieści o jego klęsce.
Waldemar Bawołek w swojej onirycznej prozie przedstawia historię dwóch z pozoru skrajnie różnych bohaterów: odnoszącego sukcesy pisarza i robotnika fizycznego. Łączy ich nie tylko miłość do Rozalki, ciężkowickiej femme fatale, ale też przekonanie, że są wyrzutkami społeczeństwa. Skrawki dla Iriny to pełna cielesności opowieść o tęsknocie za innym życiem, o męskości, którą trzeba udowodnić najpierw ojcu, a potem sobie, i w końcu o śmierci, która trwa tyle, ile się o niej gada we wsi.
Nie chcę jej oceniać na gwiazdki bo zwyczajnie nie wiem jak. Jeśli miałabym oceniać względem tego czy mi się podobała to pewnie dałabym dwie, ale nie zrobię tego bo wydaje mi się że to jest dobra książka tylko kompletnie nie mój klimat i nie uważam by to był powód by ocenić ją tak nisko.
Początkowo podczas czytania myślałam sobie że to trochę styl podobny do Hłasko, ale potem stwierdziłam jednak że nie do końca. Była bardzo chaotyczna i dziwna, co początkowo sprawiało że chciałam czytać dalej ale jednak szybko się wypaliło i przeszło w znudzenie :(
Aczkolwiek myślę, że ta książka zdecydowanie ma swoje grono odbiorców do których by trafiła. Po prostu nie do mnie