Ja nie wiem, co tu się stało. Chyba po raz pierwszy w życiu przeczytałem ponad 800-stronicową książkę napędzany wyłącznie bezbrzeżnym zdumieniem. Okładka mówi o autorze, że to najlepszy pisarz hiszpański swojego pokolenia, mówi też, że książka została nagrodzona czymś prestiżowym. Wielu rzeczy mogłem się spodziewać, sięgając po rzecz o rozbitkach na wyspie, opisywaną jako "swoisty miks Dzikich detektywów Bolano, Władcy much Goldinga, Burzy Szekspira i… serialu Zagubieni", ale w życiu nie spodziewałem się, że to będzie tak bezczelna kalka tego ostatniego. I właśnie ta bezczelność sprawiała, że czytałem właściwie tylko po to, żeby sprawdzić w kolejnych rozdziałach, jakie to jeszcze motywy autor sobie przywłaszczył. Bardzo jestem ciekaw, czy wydawcy i kapituła tej nagrody, którą dostał Ibáñez, mają bardzo pojemną definicję inspiracji (i uważają, że to dobra literatura, bo intertekstualność tak bardzo), czy po prostu "Lost" jako dzieło kultury niskiej leży poza granicami ich zainteresowań i np. wystarczy im, że wiedzą, że był swego czasu taki megapopularny serial o rozbitkach na wyspie, więc warto zareklamować nim książkę, ale nie oglądali, więc nie zdają sobie sprawy, ile tu jest hmm... zapożyczeń. Serio, jestem pod wielkim wrażeniem zuchwałości autora. W Rosji jakiś koleś napisał 13-tomową serię o uczennicy szkoły magii "Tania Grotter i [cośtam w zależności od tomu]", Ibáñez wziął "Lostów" i zrobił z nich literaturę piękną, nic tylko brać coś kasowego i przepisywać po swojemu.