Trochę żałuję, że była to pierwsza przeczytana przeze mnie w tym roku książka.
Czy była zła? Nie.
Czy nic mi nie przekazała? Też nie.
Czy żałuję przeczytana sceny w domku na plaży? Po stokroć tak.
Uważam, że to bardzo interesujący portret epoki i osób, które musiały dojrzeć między 1980 a 1989 rokiem. Co ciekawe, odczuwam jakąś mimowolną nostalgię do pierwszej części (1983 rok), choć przecież lepszy świat miał nadejść w trzeciej (1991).
Bolało mnie epatowanie przemocą w części drugiej. Rozumiem, że w Nowym Jorku język się zwulgaryzował, narrator robi bardzo dużo aluzji erotycznych, ale sceny między Anglikiem a Zoe przypomniały mi metaforę startu samolotu z "Weisera Dawidka" (a to źle). Miałabym dużo lepsze zdanie, gdyby nie sekwencja w domku.
SPOILER (choć myślę, że istotny jako trigger)
Czy naprawdę tych trzech gości nie mogło chcieć zabić Lidki? Nadal byłoby to traumatyzujące doświadczenie, z którego mógłby uratować ją Anglik. Ale czy rzeczywiście musiało być to nagrywanie obrzydliwego porno z zoofilią? Dokładność opisu mnie niepokoiła – i nie chodzi mi o to, że nie można czegoś takiego pisać. Tu czułam jednak jakąś fascynację narratora, wielość szczegółów tylko mnie w tym utwierdzała. Dlaczego Anglik nie interweniował wcześniej? Czy sprawiało mu przyjemność wykorzystywanie jego niespełnionej miłości w momencie, gdy była wykorzystywana? Dla mnie cała sekwencja to niepotrzebne szokowanie, co sprawia, że obniżam ocenę. Z czegoś, co stanowiło interesujący portret epoki, stało się... tym najbardziej obrzydliwym przedstawieniem głównej postaci kobiecej.