Demony Rosji książka byłego dyplomaty. Interesująca, krótka niemniej jeśli ktoś sobie wyobraził, że to będzie jakieś Bóg wie co to niestety nie. Przyjemnie się to czyta, pokazuje trochę świat dyplomacji i dlaczego nasza dyplomacja względem Rosji jest taka słaba, chaotyczna niby rozumiemy Rosjan a nic z tego dobrego nie wynika. Przez naszą słabość i brak jakiegoś przemyślanego rozumowania chaos i walka o stołki. W zasadzie o nic. Diagnozy postawione w książce są słuszne.
Cytaty
Chciałem rozumieć to, co słyszałem, a przede wszystkim chciałem umieć oddzielić nie tyle może nawet prawdę od nieprawdy, ile prawdę od półprawdy (bo wbrew pozorom w dyplomacji bardzo rzadko się kłamie, częściej się przemilcza).
Moja rozmówczyni pokiwała przecząco głową i powiedziała, że nie o to chodzi, a następnie dodała, że owa pomoc spowodowała, że Rosjanie nie sięgnęli dna, a konkretnie nie zaznali głodu, który „zmienia świadomość”. Byłem zupełnie wstrząśnięty, że oto obrończyni praw człowieka mówi coś tak nieprawdopodobnie wprost brutalnego. W odpowiedzi usłyszałem, że Rosja jest uzależniona od „bata” tak jak narkoman od narkotyku i że tak jak narkoman musi pewnego dnia wylądować na dnie, by wyjść z narkomanii, tak Rosji trzeba było również pozwolić sięgnąć dna, „ale wy na Zachodzie tego nie rozumiecie”. Jakby tego było mało, moja rozmówczyni oddała się rozważaniom na temat Katynia i stwierdziła, że również Polska popełniła błąd w tej sprawie.
Relacje bogatych i biednych w Rosji nacechowane są nieprawdopodobną wprost pogardą dla ludzi ubogich. Posiadanie pieniędzy nie oznacza tylko jeżdżenia lepszym samochodem, ale również prawo do parkowania tego samochodu, gdzie się tylko chce. Oznacza też większe prawa w relacjach z władzami, mniejsze prawdopodobieństwo bycia pobitym na posterunku milicji, inne traktowanie we wszelkiego rodzaju urzędach, na lotniskach etc. W Moskwie i szerzej w Rosji żyją nie tyle ludzie bogaci i biedni, co raczej dwa gatunki ludzi, które nie mają ze sobą nic wspólnego.
Nie licząc niesławnego dziennikarza Władimira Sołowjowa, który od lat jest już milionerem, większość to ci, którzy przez długie lata byli gdzieś w drugim szeregu i tym samym nie mieli możliwości dorobienia się. Mam wrażenie, że radykalizm występujących w rosyjskiej telewizji ekspertów, którzy kariery medialne zaczęli robić stosunkowo niedawno, jest tyleż pochodną ich poglądów, co też i ich nadziei na nagrodę za swoje poglądy
Swoją drogą pamiętam swój zawód, kiedy skorzystałem po raz pierwszy z nowojorskiego metra, które na tle moskiewskiego jest byle jakie, szare i brudne. Rzecz w tym, że dało się w nim oddychać. Być może ta różnica pomiędzy metrem, które ma wzbudzać podziw, a tym, w którym nie ma nic szczególnego, ale w którym da się oddychać, jest swego rodzaju istotą różnicy między Rosją a Zachodem.
Wbrew pozorom Rosjanie wcale nie za bardzo lubią swoje państwo. Problem polega na tym, że bardzo źle reagują, gdy to inni mówią źle. Tak naprawdę więc w rozmowie z nimi dobrze jest łagodnie dochodzić do oczywistych, wydawałoby się, wniosków, ale pozwolić im stawiać kropkę nad
Jedno nie ulega wątpliwości. Ktokolwiek twierdzi, że Rosja jest w jakimkolwiek stopniu bardziej moralna od Zachodu, nie myli się ani nie błądzi. Ktokolwiek tak twierdzi, jest po prostu skończonym idiotą.
W putinowskim micie technokratycznych i zarazem reformatorskich służb nie chodziło jednak o Ławrientija Berię, ale o jedynego w historii szefa sowieckich służb, który inaczej niż Beria sięgnął po pełnię władzy w sensie formalnym, czyli o Jurija Andropowa. Andropow – jak wiele na to wskazuje – podobnie jak Beria zdawał sobie sprawę z tego, w jak fatalnej sytuacji znajduje się państwo sowieckie, i planował daleko idące reformy, których istotą w pewnym oczywiście przybliżeniu i uproszczeniu byłoby pójście tak zwaną chińską drogą, czyli budowa kagiebotalizmu, a więc kontrolowanego przez KGB quasi-kapitalizmu. Według ludzi znających Władimira Putina był on zafascynowany postacią Andropowa, a system, który próbował zbudować, miał być właśnie połączeniem państwa policyjnego z efektywnym systemem ekonomicznym.
zwalczać korupcję?. Powyższą opinię skądinąd podtrzymuję. Przy okazji zaś myślę, że nie ma nic gorszego niż idealiści zajmujący się Rosją. Uważam teorię, że Rosja z wyższym poziomem życia mogłaby się stać mniej agresywna i mniej neoimperialna, za pozbawioną podstaw. Nacjonalizm przyjmujący formę skrajnego szowinizmu jest do tego stopnia składową rosyjskiej duszy, że zamożna Rosja, w której udałoby się zbudować efektywne państwo, byłaby tak samo imperialistyczna i agresywna jak ta obecna, z tą różnicą, że byłaby znacznie silniejsza. Skoro zaś tak, to już lepiej, żeby w Rosji kradziono tak, jak się w niej zawsze kradło. Na razie im gorzej w Rosji, tym lepiej dla nas. Napisawszy to czuję się źle, bo znam przecież też wspaniałych Rosjan. Skoro jednak sami oni rzadko mieli złudzenia, to tym bardziej i ja nie mogę ich mieć.
NKWD jak generałowie Iwan Sierow albo Paweł Sudopłatow. Najbardziej prestiżowy stolik mieści się oczywiście przy portrecie Feliksa Dzierżyńskiego, który był co prawda ludobójcą, ale ponieważ mordował w czasach Lenina, to za takiego nie uchodzi. Powyższa uwaga dotyczy w gruncie rzeczy również i samego Lenina, który również wiele się od Stalina nie różnił. To za jego czasów i za jego wiedzą, a nawet na jego polecenie, chociażby na Krymie, wymordowano dziesiątki tysięcy białych oficerów, których z oszczędności, by nie wydawać pieniędzy na amunicję, wiązano parami i wrzucano do morza, by się tam utopili. Z jakiegoś powodu o zbrodniach Lenina nie tylko w Rosji, ale i na Zachodzie mówi się bardzo rzadko.
W rosyjskim Internecie aż roi się od opowieści o całkowitym braku zainteresowania władz szczątkami sowieckich żołnierzy odkrywanymi czy to podczas prac budowlanych, czy też przy innych okazjach. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, dlaczego z faktu, że cmentarze żołnierzy sowieckich w Polsce są dużo bardziej zadbane niż nekropolie w samej Rosji, nie uczyniliśmy oręża w naszej polityce historycznej adresowanej nie do rosyjskich władz oczywiście, ale do zwykłych Rosjan. Nie rozumiem też, dlaczego demontaż sowieckich pomników, który zawsze wywołuje rosyjskie protesty, został w Polsce rozłożony na długie lata. Zamiast tego należało sprawę zamknąć w ciągu tygodnia, seryjnie demontując wszystkie pomniki. Sprawia to wrażenie, jakbyśmy robili wszystko, żeby dostarczyć argumenty rosyjskiej propagandzie, i nie robili nieomalże nic, by móc uprawiać własną.
W lasach tych znajdują się liczne dacze, co oznacza, że Rosjanie spędzają wolny czas, grillując szaszłyki (w Rosji jeśli już coś się grilluje, to przede wszystkim właśnie szaszłyki, co jest pochodną wpływu kuchni kaukaskiej), i bawią się w miejscach, które w istocie są wielkimi cmentarzyskami. Dodał, że w istocie jest to pewna alegoria współczesnej Rosji, która bawi się, świętuje, ale panicznie boi się spojrzeć na to, co jest pod spodem.
jestem heteroseksualny. Tak zupełnie na serio, jedno nie ulega wątpliwości. Ktokolwiek twierdzi, że Rosja jest w jakimkolwiek stopniu bardziej moralna od Zachodu, nie myli się ani nie błądzi. Ktokolwiek tak twierdzi, jest po prostu skończonym idiotą. Biorąc pod uwagę, jak często w Polsce słyszy się tezy o rzekomo dobrze mającej się w Rosji moralności, trzeba przyjąć niestety do wiadomości, że powyższe oznacza, iż w debacie publicznej w naszym kraju mamy wyraźną nadreprezentację idiotów.
coś, co uderza w rozmowach z Rosjanami, to ich głębokie przekonanie, że ich kraj jest nieomalże jedynym państwem na świecie, które w zasadzie zawsze czyni dobro, działa altruistycznie i nigdy na nikogo nie napada, a równocześnie jest obiektem knowań, spisków oraz niczym nieuzasadnionej wrogości. Powyższe przekonanie w mentalności Rosjan nie kłóci się z tym, że większość z nich zdaje sobie sprawę chociażby z terroru komunistycznego. Dla większości Rosjan fakt, że sami byli ofiarami, niejako usprawiedliwia terror stosowany wobec innych narodów. Zwykli, normalni Rosjanie nie czują jakiejkolwiek odpowiedzialności już nawet nie tyle prawnej, co chociażby moralnej za działania swoich władz,
Ojciec próbował oponować, ale na nic się to zdało. Opowiadając mi to, wspominał, że musiał po tym spotkaniu ochłonąć i że wówczas zrozumiał, że Rosjan należy szanować, można lubić, ale nigdy nie wolno mieć złudzeń.
Tym, co mnie przeraża, gdy obserwuję propagandę znacznej części polskiej prawicy, jest to, do jakiego stopnia korzysta ona ze wzorców, które pamiętam z czasów pracy w Rosji.
Fakt, że w miarę upływu czasu widzę coraz więcej, a nie coraz mniej podobieństw między nami a Rosją, może oznaczać dwie rzeczy: albo ja jestem zbyt zanurzony w polskiej polityce, a ta w istocie schodzi na psy, ale nie jest reprezentatywna dla ogółu życia publicznego, albo niestety ewoluujemy nie w tym kierunku, w którym powinniśmy.
Można byłoby powiedzieć, że inaczej niż w polskim MSZ, gdzie dyrektorzy mieli mało władzy i mało odpowiedzialności, ich rosyjscy odpowiednicy mieli dużo władzy i dużo odpowiedzialności. Równocześnie byli jak starsi koledzy w stosunku do młodych dyplomatów. W Polsce w tym samym czasie dyrektorzy, utraciwszy jakąkolwiek realną władzę, równocześnie coraz bardziej dbali o swój majestat.
W lutym 2014 roku Rosja, korzystając z zamieszania na ukraińskiej scenie politycznej spowodowanego kolejnym Majdanem, dokonała inwazji na Krym. Co bardzo istotne: o tym, że Rosjanie tworzą scenariusze zajęcia półwyspu, Zachód wiedział od co najmniej 2008 roku.
Podobnie jak armia tak i stan polskich służb budzi poważne obawy. Polska w ciągu ostatnich kilku lat przeszła od ujawniania danych oficerów wywiadu do ujawnienia danych cudzoziemców, którzy współpracowali z polskim wywiadem w okresie PRL. Problem polega na tym, że zerowe jest prawdopodobieństwo, że jakikolwiek Rosjanin lub Białorusin, a już szczególnie jakikolwiek oficer służb specjalnych lub sił zbrojnych Rosji lub Białorusi zaryzykuje współpracę z wywiadem państwa, które seryjnie odtajnia archiwa, a nawet nazwiska, w odróżnieniu na przykład od Brytyjczyków, którzy do dziś nie odtajnili wszystkich informacji wywiadowczych z okresu II wojny światowej (najlepszym przykładem są dokumenty dotyczące śmierci generała Sikorskiego).
Oczywiste jest też to, że namawiając na przykład oficera rosyjskiego wywiadu, by zdradził swój kraj i zaryzykował być może nawet życie, nie zdołamy go przekonać, argumentując, że słusznie ujawniliśmy polską agenturę z czasów PRL, bowiem PRL był moralnie zły. Ktoś, kto zdradza swój kraj, raczej racji moralnych ważyć nie zamierza, a interesować go będzie tylko to, czy jesteśmy w stanie realnie zagwarantować mu nie dziewięćdziesięciodziewięcio-, a stuprocentowe bezpieczeństwo.
Poziom antyniemieckich resentymentów jest taki, że w pewnym momencie postanowiliśmy pójść na zbliżenie z Francją. Problem polega na tym, że pójście na zbliżenie akurat z Francją – jeśli powodem owego manewru jest nadmiernie prorosyjska (rzecz miała miejsce na rok przed rosyjską inwazją na Ukrainę w lutym 2022 roku) postawa Niemiec – jest absurdem. Paryż był bowiem zawsze bliższy, a nie dalszy od Moskwy niż Berlin. Żeby było jeszcze zabawniej, kilka miesięcy po tym, gdy zdecydowaliśmy się na zbliżenie z Francją, postanowiliśmy w ostentacyjny sposób postawić na Marine Le Pen, która nie dość, że jest jawnie proputinowska, to jeszcze jest arcywrogiem francuskich elit politycznych. Słowem zbliżenie z Paryżem pogrzebaliśmy, nim jeszcze w ogóle sprawdziliśmy, czy jest możliwe.
W relacjach z Ukrainą przez trzydzieści lat „strategicznego partnerstwa” nie zrealizowaliśmy ani jednego strategicznego projektu. Nie udało się nam też rozwiązać problemów związanych z kwestią rzezi wołyńskiej, przy czym i tutaj wyraźnie widać skłonność do płynnego przechodzenia z jednej skrajności, kiedy to kwestia ta była całkowicie spychana na margines, do drugiej, kiedy z kolei całe relacje polsko-ukraińskie stawały się zakładnikiem kwestii historycznych. Polska niezmiennie we własnym przekonaniu jest unijnym ekspertem od Wschodu. Problem polega na tym, że jeśli przyjrzeć się poszczególnym zagadnieniom, to okazuje się, że albo nie wyciągamy wniosków, albo nie umiemy załatwiać żadnych konkretnych spraw, albo bujamy w obłokach. Gdyby tutaj postawić kropkę, byłoby to jednak niesprawiedliwe. W kilku bowiem momentach udało nam się wznieść na wyżyny. Takim momentem z całą pewnością był słynny, zainicjowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wyjazd przywódców pięciu państw do Tbilisi. Takim momentem była jeszcze w gruncie rzeczy bardziej istotna interwencja dyplomatyczna, której podjął się w czasie ukraińskiego Majdanu wówczas już były prezydent Aleksander Kwaśniewski, który być może uratował wówczas Ukrainę przed dryfem ku Rosji. Problem polega na tym, że były to raczej zrywy, a nie konsekwentne, organiczne, pozytywistyczne działania. Dyplomacja tymczasem częściej polega na owej nudnej pracy organicznej, a zdecydowanie rzadziej na zrywach.
Problem polega na tym, że każda polityka, w tym również polityka zagraniczna, nie ogranicza się i nie sprowadza do diagnozy, a jedynie od niej zaczyna. Każda wymaga też minimum profesjonalizmu. Możemy dzisiaj kpić, że kiedy my mieliśmy rację, Niemcy prowadzili „geszefciarską” politykę zagraniczną. Problem polega na tym, że oni te geszefty chociaż zrobili. My ograniczyliśmy się do dobrego samopoczucia, że mamy rację. No i owszem, mieliśmy. Tylko co z tego.