Agnes Sharp powraca - wraz ze swoim obolałym biodrem, nagłymi drzemkami i znacznym ubytkiem słuchu. Nie wraca sama, jest z nią ekipa równie wiekowych towarzyszy. Ponownie witamy się z Edwiną, która jest mistrzynią wariactw wszelakich, Marszałkiem, który przy Agnes jest niczym Romeo, Bernadette, która odkrywa swą niezwykłą przeszłość i z paroma jeszcze postaciami (Lillith jest w puszce). Żółwicę Hettie godnie zastępuje biały wąż dusiciel...
W wyniku splotu okoliczności, a przede wszystkim dojmującego zimna, gromada emerytów porzuca swoje gniazdko Sunset Hall i wyrusza na wakacje do luksusowego ekologicznego hotelu. Tam wpadają w sam środek wydarzeń, których skutki będą bardzo martwe... Hotel, odcięty od świata (uwielbiam ten motyw!), morderca grasujący coraz zuchwalej, nikt nie może czuć się bezpiecznie. Tyle że morderca nie wie, że stetryczała gromada to dawni agenci specjalni, a pewnych umiejętności nie da się zapomnieć...
Już pierwsza część - "Agnes Sharp i morderstwo w Sunset Hall" - bardzo mi się podobała, przede wszystkim ze względu na dobór bohaterów. Tu mamy podobnie - Leonie Swann z czułością i delikatnością opisuje starość, to nieuchronne zmierzanie do kresu, ciało, które zawodzi, umysł, który zawodzi ("To było najgłupsze w starzeniu - nic nie szło tak, jak człowiek to sobie wyobrażał"). Agnes rozwiązuje zagadkę, ale czytelnik przy okazji może zaznajomić się z rzeczywistością kobiety w jesieni życia, chociaż tu to poetyckie określenie średnio pasuje. Agnes nie jest pewna swojego ciała, wie, że nie może już na nie liczyć, wie też, że nie zawsze obok będą życzliwi, którzy pomogą.
Poza tym jest to też oczywiście sprawnie napisany kryminał. Intryga mnie wciągnęła, zwroty akcji zaskakiwały, kolejne trupy myliły tropy, zakończenie usatysfakcjonowało.
Po drugim tomie mogę śmiało powiedzieć, że jestem fanką Agnes Sharp i ekipy staruszków, więc ostatnia strona zapowiadająca kolejną odsłonę serii bardzo mnie ucieszyła.
Jeśli szukacie lekkiego kryminału, który dotyka jednak ważnych kwestii - polecam bardzo!