Anna Adamczyk od dawna czuje, że straciła kontrolę nad swoim życiem. Każdym jej krokiem kieruje matka, która wymarzyła dla córki międzynarodową karierę. Niechciana umowa z wytwórnią, restrykcyjna dieta, piosenki, których nie chce śpiewać… To tylko wierzchołek góry lodowej. Anna po kolejnej rozmowie z matką postanawia wreszcie się sprzeciwić. Wyjazd do małej wsi w Szkocji na początku wydaje się dobrym pomysłem, ale czy ucieczka od problemów cokolwiek zmieni? Tym bardziej, że sprawy komplikuje naprawdę przystojny Szkot, który miesza nie tylko w jej głowie, ale również w planach na przyszłość…
Czy Anna będzie w stanie odnaleźć prawdziwą siebie, czy stare przyzwyczajenia wezmą nad nią górę?
Nie chcę być tobą to historia o niezagojonych ranach, walce z oczekiwaniami i prawdziwej miłości.
Pisarka, kreatorka treści internetowych i nauczycielka. Pisze książki obyczajowe, romanse oraz thrillery. Swoją wiedzą dzieli się na Youtubie (Na Tapet), Instagramie (@writeforwrite) i TikToku (@natalia_brozek). Można ją spotkać także na Pisarskiej Grupie Wsparcia, gdzie wspólnie z innymi pisarzami motywują się do działania.
Bardzo fajna i klimatyczna książka idealna na deszczowe, jesienne dni. Uwielbiam klimat jaki w niej panował. Kocham Szkocję, więc wiedziałam, że od razu się zakocham. Było trochę słabszych momentów, ale świetnie się przy niej bawiłam.
[ ZROBIŁAM ZNÓW REREAD W PAPIERZE!!] i znów bardzo przyjemnie spędziłam z nią czas. Jesienny klimat>>>> Jestem bardzo wdzięczna, że mogę patronować ten tytuł… 🥹💗 Książkę czytało mi się świetnie, cały ten klimat, bohaterowie, sprawiają, że jest ona idealna na jesień. Jest to naprawdę dobry debiut i zdecydowanie będę ją polecać każdemu. 🫶Nie mogę się już doczekać, aż będę ją miała w papierze!
Po niedawnej wizycie w Szkocji piękne wspomnienia były tak silne, że nie potrafiłam przejść obojętnie obok szkocko-jesieniarskiej nowości. Dałam się łatwo podejść, przyznaję. I cóż mam powiedzieć? Wiem, że to debiut. Wiem, że wypadałoby łagodniej... Ale kurcze no! Spodziewałam się troszkę więcej.
Nie po drodze mi z książkami, w których pierwsze skrzypce grają piosenkarki. Niezmiennie towarzyszy mi poczucie krindżu i tak też było tym razem. To jednak moje osobiste uprzedzenia, nie obniżałam z tego względu oceny.
Przechodząc jednak do meritum - najbardziej bolało mnie to, że zabrakło rozwinięcia bohaterów, poznania motywów ich działania. Tak bardzo liczyłam na więcej szczegółów z przeszłości Franciszki, chciałam ujawnienia smaczków z jej przeszłości, a co dostałam? Jednowymiarową bohaterkę, która jest z natury zła i żadnych przesłanek do tego, by uznać, że w jej przeszłości w istocie wydarzyło się coś, co wywołało prezentowane przez nią pełne nienawistne i egoistyczne zachowania.
Ten sam problem miałam w przypadku Alison. Wredna zazdrośnica, która na ostatnich stronach udowadnia, że prawdą podszyto przysłowie, iż każda potwora znajdzie swojego amatora. Wiem, że to zwykła obyczajówka, ale naprawdę można było dodać trochę więcej scen z udziałem tej bohaterki, rozwinąć ją, dodać kolorytu.
Choć lekturę skończyłam kilka dni temu, wciąż wracam myślami do kluczowego problemu. Anna wyjechała do Szkocji, by pracować, pomóc Jonesom w prowadzeniu interesu. Tej pomocy jest jak na lekarstwo. Ciągle tylko jeżdżenie z Lewinem i romansowanie. Trudno dziwić się Alison, że tak ją ta Anna denerwuje. Może taki był zamysł Autorki - nie wiem, ale jeśli tak, to podziwiam Jonesów za tolerowanie takiego stanu rzeczy. xD
Wyłapałam też kilka literówek i jeden błąd dotyczący stref czasowych - jeśli u Anny w Krakowie była 1:00 w nocy, to jakim cudem u Lewina w Szkocji miała być 2:00? Wiem, że drobne uchybienia, ale istotnie pogorszyły mi komfort czytania.
Mimo to doceniam za całkiem wierne oddanie szkockiego klimatu, sceny na jesiennym festynie i zamku Campbellów - zdecydowanie moje ulubione. Myślę, że sięgnę jeszcze po kolejne książki Natalii, bo nie wątpię, że takowe się ukażą. Mam nadzieję, że po debiucie będzie już tylko lepiej.
Autorkę obserwowałam na Youtubie już od kilku lat, dlatego nawet nie musiałam zastanawiać się czy sięgnąć po tę książkę. Być może moje rozczarowanie spowodowane jest tym, jak bardzo nie mogłam się doczekać przeczytania „Nie chcę być Tobą”, skoro od początku śledziłam proces jej powstawania i miałam wysokie oczekiwania. Chociaż równocześnie nie przepadam za romansami i spodziewałam się, że wątek romantyczny raczej mnie nie zainteresuje. Tak czy siak książka jest moim zdaniem słaba. Nawet jak na debiut. Sprawia wrażenie nie przemyślanej, pisanej bez pomysłu, bo tu się naprawdę nic ciekawego w trakcie nie dzieje. Dopóki główna bohaterka – Anna – nie poleciała do Szkocji było jeszcze w porządku. Byłam ciekawa jak rozwiąże się powstały problem i spodziewałam się dowiedzieć więcej o rodzinie Anny. Niestety odkąd Anna znalazła się w Szkocji moje zainteresowanie spadło zupełnie i w ogóle nie obchodziło mnie co się wydarzy. Dwójka głównych bohaterów jest denerwująca, płaska, nie ma żadnego konkretnego charakteru, ale równocześnie często zachowuje się sprzecznie do swojego poprzedniego zachowania. Rodzina Anny, która miała potencjał na stanie się interesującymi i kolorowymi postaciami niby ma jakiś charakter, ale jest on zupełnie nieuzasadniony, nie wiemy dlaczego tacy są i wcale się tego nie dowiemy, bo oprócz którkiego początku, występują tylko symbolicznie na końcu i nie odgrywają tu żadnej większej roli. Dużo więcej jest scen z małżeństwem Jonesów, u których zatrzymała się Anna. Niestety ci bohaterowie również mnie denerwują. Są idealni, nie mają wad i traktują Annę jak ukochaną córkę, którą trzeba rozpieszczać. Nie podoba mi się też to, że Anna przyjechała do nich pracować w zamian za wikt i opierunek. A państwo Jonesowie w ogóle nie zauważają, że cała jej praca polega na tym, że od czasu do czasu zamiecie podłogę, a głównym jej zajęciem jest jeżdżenie na wycieczki z Lewinem i pisanie piosenek. Bardzo też nie podoba mi się przedstawienie postaci Alison. Jest po prostu wredną córką Jonesów i mamy jej nie lubić. A ja właśnie trochę ją rozumiem. Ma prawo być zazdrosna, kiedy na czas jej wyjazdu na studia, do jej rodziców wprowadza się obca osoba, jest przez nich częstowana ciastami i zwierzeniami o pierwszej randce Jonesów. Podsumowując fabuła jest nudna jak nie wiem co, Anna i Lewin prawie od początku mają się ku sobie, więc od początku wiadomo jak się skończy ich historia, dlatego czytanie jej dodatkowo traci sens. Wszyscy bohaterowie irytują i brakuje im wiarygodności, a cała historia wydaje się być trochę niedopracowana. Za to językowo jest naprawdę w porzadku. Myślę, że przeczytam przyszłe książki autorki, o ile będą w innym gatunku niż romans.
Piszę tę recenzję z ciężkim sercem, bo chciałam, żeby książka mi się spodobała. Naprawdę chciałam. Od dłuższego czasu obserwuję Natalię na instagramie, kibicuję jej i podziwiam jej pasję, zaangażowanie i działania w Pisarskiej Grupie Wsparcia.
Dlatego byłam bardzo zdziwiona, gdy ta bardzo mocno reklamowana książka okazała się czymś zupełnie odbiegającym od moich oczekiwań i wyobrażeń o debiucie osoby, która napisała już kilka kolejnych książek i na pisaniu - przynajmniej w teorii - raczej się zna.
Na wstępie powiem, że przeczytałam 12 rozdziałów i dalej nie mogłam. Potem przeczytałam 3 czy 4 ostatnie, gdzie wszystko zadziało się tak, jak przewidziałam. Dałam sobie kilka tygodni na przetrawienie treści i zdecydowałam się jednak napisać tę recenzję. I bardzo bym chciała, żeby Natalia, jeśli kiedykolwiek przeczyta te słowa, potraktowała je jako konstruktywną krytykę i feedback dający do myślenia, a broń Boże jako bezpodstawny hejt, bo tym ta recenzja nie jest i nie taka jest moja intencja.
Przejrzałam wcześniej inne recenzje i rzuciło mi się w oczy stwierdzenie „mam swoje uwagi, ale nie będę o nich wspominać, bo to debiut”. Ale przy takim podejściu jak niby autor/ka ma się dowiedzieć, co ma poprawić, nad czym bardziej popracować w przyszłości? Same zachwyty nie dają zbyt wiele pola do poprawy, tylko utwierdzają autora/kę w błędnym mniemaniu, że napisali dzieło niemal idealne.
Zacznę od kwestii, która od początku nie dawała mi spokoju.
Mam wielki problem z określeniem rozmiarów sławy Anny. Bo niby jest taka rozpoznawalna i sławna, a z drugiej strony jedyne piosenki, jakie wykonuje, to covery na konkursach. Ma 24 lata, dopiero ma wydać pierwszą płytę i zagrać koncert… a jednak w pierwszym rozdziale wszyscy ludzie na peronie rozpoznają Annę i robią jej zdjęcia, jakby była wielką gwiazdą. Czemu w takim razie pracownik lotniska, stewardesa ani nikt w samolocie jej nie rozpoznaje, skoro jest taka sławna? W polskich realiach może ktoś taki jak sanah, jak Dawid Podsiadło czy jakaś Margaret faktycznie byliby rozpoznawalni na taką skalę, ale nie dziewczyna, która tylko śpiewa covery na konkursach i jeszcze nie wydała nawet debiutanckiej płyty. Jak zebrałaby taką rzeszę fanów, bez własnych utworów, bez płyt, bez koncertów, bez zaangażowania w swoją karierę? Poza tym, nikt by nie czekał z debiutancką płytą do wieku 24 lat, mając już wcześniej dobry start na scenie - teraz im młodsza artystka, tym szybciej ma szansę się wybić, więc gdyby faktycznie zależało im na rozwoju kariery, to pierwszą płytę kazaliby jej wydać w wieku 17-20 lat, albo i wcześniej.
Kolejna rzecz - upór jej matki w tym, by Anna śpiewała tylko napisane przez innych piosenki, nie ma żadnego sensu. Bo skoro pada argument, że matka Anny widzi w niej tylko źródło zarobku, to powinna doskonale wiedzieć, że największe tantiemy dostają twórcy piosenki, czyli twórcy tekstu i muzyki. Ci, którzy tylko wykonują piosenki, muszą zarabiać na życie koncertowaniem. Nie jest to jakaś wiedza tajemna, wystarczyłby research i przemyślenie tematu przez autorkę. Bo z paru wygranych konkursów piosenki Anna raczej nie zarobiłaby kokosów (przypominam, to dzieje się w Polsce).
Poza tym w dzisiejszych czasach ludzie cenią autentyczność. Artyści, którzy sami piszą swoje piosenki, zdecydowanie punktują w tym aspekcie, więc nawet z marketingowego punktu widzenia własne piosenki byłyby lepsze dla kariery Anny. Spójrzmy chociażby na wspomnianą wyżej sanah czy Kwiat Jabłoni…
No, strasznie kiepska menedżerka z tej matki Anny, skoro w ogóle nie zna realiów rynku.
Przejdźmy teraz do fabuły i bohaterów.
Początek był niezły. Pierwszy rozdział naprawdę mnie wciągnął i czułam się coraz bardziej zaintrygowana problemami naszej bohaterki. Franciszka jest jak zła królowa z bajki, dyktuje córce każdy ruch. Niestety jest raczej jednowymiarowa, zła dla bycia złą. Do tego dochodzi ojciec Anny - o sile woli starego fotela - oraz Tomek, brat Anny, który też pozbawiony jest własnego zdania, choć jakoś stara się to zmienić.
Potem Anna podejmuje nagłą decyzję o wyjeździe, rzuca wszystko i leci do Szkocji. I dalej… równia pochyła. Anna dociera na miejsce, poznaje swoich gospodarzy i niby zaczyna dla nich pracować, ale to wszystko jest tak pozbawione jakiejkolwiek wiarygodności, że aż zęby bolą.
Ta część dzieje się moim zdaniem zbyt szybko. Byłoby lepiej, gdybyśmy najpierw poznali Annę w studio nagraniowym, zobaczyli, jakie ma relacje z ludźmi z wytwórni itp. Potem powrót Anny pociągiem do domu, kolacja z rodziną. Potem Anna powinna spotkać się z tym Stanisławem, żebyśmy faktycznie z całą mocą poczuli, że jest przyparta do ściany, że musi przed nim uciec, że jest zagrożona. I dopiero potem decyzja o wyjeździe, bo tak to nim zdołamy dobrze poznać sytuację Anny, to już zmienia się miejsce akcji, a większość szczegółów z życia i kariery Anny poznajemy z jej wspomnień, a nie z akcji.
Pan i pani Jones są tak mili, jowialni, tak naiwni. Przyjmują Annę z otwartymi ramionami niczym dawno niewidzianą krewną. Ja rozumiem życzliwość, rozumiem zaufanie do ludzi, ale to była przesada. Nic nie wzbudza ich wątpliwości - ani jej nagły przyjazd, ani brak telefonu, nie proszą jej o żadne dokumenty, choć ja bym raczej chciała wiedzieć kogo zatrudniam. Gdyby Anna popełniła przestępstwo i uciekała przed wymiarem sprawiedliwości, przyjęliby ją do siebie bez pytania. Anna przyjechała do nich do pracy, ale w sumie wygląda to bardziej na wakacje u dobrej cioci, która już dwa dni po twoim przyjeździe swata cię z przystojnym sąsiadem Lewinem, a dodatkowo ma czas na pieczenie miliona ciast, choć niby jest zarobiona przy prowadzeniu hotelu.
No właśnie, Lewin. Po pięciu minutach od spotkania go Anna stwierdza, że „ogólnie Lewin jest zagadką, której nie potrafię rozwiązać”. No, może dlatego, że znasz go od pięciu minut i absolutnie nic o nim nie wiesz, oprócz tego, co już sobie wmówiłaś, czyli że jest gburem, mrukiem i na pewno cię nienawidzi. To miał być chyba motyw hate to love, ale głupie przekomarzanki rodem z gimnazjum to nie jest hate. To nie jest też chemia między bohaterami. To tylko dziecinne, żałosne zachowanie nieprzystające dwójce już od dłuższego czasu dorosłych ludzi. Lewin ma w sobie tyle charakteru co figurka wycięta z tektury, jest oczywiście społecznie zaangażowany i pozbawiony wad.
Anna ma 24 lata, a zachowuje się jak nastolatka, jakby miała lat 13. W skrócie - jest zadufaną w sobie, nadętą, irytującą i niedojrzałą osobą. Pewnie w trakcie książki i pod wpływem miłości ulega zmianie, czyli pewnie staje się jeszcze bardziej irytującą i idealną Mary Sue. Pyta Lewina, czemu nie nosi kiltu. Uch, niech żyją stereotypy!
Dalej - Alison. Córka gospodarzy, która od pierwszego momentu nienawidzi Anny tak, jakby ta zabiła jej ulubionego chomika. Takie zachowanie nie ma sensu, nie ma żadnych podstaw - chyba że to miało być przedstawienie rasizmu czarnoskórej bohaterki wobec Polki. Jeśli tak, to nie wyszło i jest totalnie niepotrzebne. Alison też jest dorosła, a zachowuje się równie dojrzale co Anna. Skaczą sobie do gardeł niczym wredne dziewczyny z amerykańskich seriali dziejących się w high school, które zaraz pobiją się o chłopaka.
Dalej - różne ciekawostki, które wyłapałam w trakcie lektury.
W rozdziale 8 Anna płaci sama za zakupy - skąd ma pieniądze? Nie było wspomniane, żeby dostała je od Ellen, nie płaci też kartą - czyli mam uwierzyć, że decydując się nagle na wyjazd do Szkocji akurat do jej portfela samoistnie wpadł plik funtów, którymi teraz szasta na prawo i lewo?
Podczas gwałtownej burzy bohaterowie siedzą przy kominku z grzańcem w ręku i opowiadają sobie legendy. Co może by przeszło w bajce dla dzieci, ale tu nie jestem w stanie w to uwierzyć. Mają pod opieką 5 domków z gośćmi w środku, a w ogóle nie są zmartwieni tym, czy wszystko u nich w porządku, czy ci gości nie boją się, że im okna wpadną do środka chatki. W ogóle goście hotelu istnieją tylko na papierze, bo w realu zupełnie ich nie ma.
Wszyscy się delikatnie uśmiechają i mówią łagodnym tonem (oprócz Alison, bo ta tylko krzyczy i sarka). Noszą urocze fartuchy i wełniane czapki. Składają sobie na policzkach łagodne pocałunki i trzymają się non stop za ręce. Są albo do porzygu mili i słodcy, albo - druga strona spektrum - chamscy, bezczelni i źli. Nic pomiędzy. Współczuję autorce, jeśli w swoim życiu spotykała tylko takich ludzi.
Umiejscowienie akcji w Szkocji nie ma większego sensu, Anna równie dobrze mogłaby wyjechać w Bieszczady. Szkocki klimat miały robić wstawki językowe, ale w moim odczuciu były niepotrzebne, sztuczne i irytujące. A jednocześnie, obok tych poprzedzonych researchem wstawek, mamy takie kwiatki jak poniżej: Anna mówi: - Mam nadzieję, że nie zrobiłam państwu zbyt dużego problemu. - Jack i Ellen. Żadni państwo - odpowiada mężczyzna” W angielskim używa się po prostu formy „you”, no chyba że Anna mówiła do swoich gospodarzy „sir” and „madame”…
Nawet znając wcześniej angielski na dobrym poziomie, przystosowanie się zajęłoby Annie dłużej niż pół godziny jazdy autem, co wystarczyło, by rozumiała wszystko oprócz paru szkockich zwrotów. Dobra znajomość języka maleje na znaczeniu w momencie zderzenia z nową kulturą i codziennym użyciem języka. Przystosowanie się i płynność w rozmowie zajmuje duuużo czasu, niezależnie od tego, jak dobrze poznało się wcześniej język na zajęciach w Polsce. Wiem to z wielu źródeł.
Styl nie jest najgorszy, choć mamy tu do czynienia z narracją pierwszoosobową w czasie teraźniejszym, czego osobiście nie jestem fanką. Pojawiały się jednak bardzo dziwne, kanciaste zdania, wybijające z rytmu, np.: „Wchodzę do budynku, ale zamiast szukać kawiarni czy choćby automatów z syfiastą kawą pełną cukru, który i tak w niej jest, choć klikam, żeby go nie było, odnajduje mnie zegar.” Po co mi ta informacja o cukrze w kawie? Tym bardziej, że za chwilę Anna pije gorzką kawę z termosu i cieszy się, że ma do zagryzienia ociekającą lukrem drożdżówkę. Więc???
Kolejne dziwne sformułowanie: „dreszcze i tak co jakiś czas pochłaniają moje ciało”. Pochłaniają?
„Tarty są inne niż te, którymi Ellen poczęstowała wczoraj wieczorem nasze brzuchy i myśli.” Poczęstowała myśli? Co to w ogóle ma znaczyć?
Rozumiem, że to jest powieść obyczajowa z wątkiem romansu. Rozumiem, że takie powieści rządzą się swoimi prawami, że dopuszczalna jest pewna idealizacja, romantyzowanie, nagięcie faktów, wygładzenie szczegółów, ale mimo wszystko powinna być zachowana wiarygodność, logika w zachowaniu bohaterów i oddanie realiów. A tutaj tego zabrakło.
Mogłabym pewnie wymienić jeszcze kilka rzeczy, ale na ten moment to wszystko, co sobie przypomniałam. Moja przykra konkluzja jest taka, że osoby odpowiedzialne za redakcję i korektę nie postarały się zbytnio, a nikt w wydawnictwie nie miał odwagi, by zasugerować autorce jakieś głębsze poprawki do powieści. Bo skoro autorka ma już followersów w SM, ma wiedzą teoretyczną, to czytelnicy i tak się znajdą, czyli potencjał marketingowy już jest… A po dopracowaniu bohaterów, pogłębieniu wątków i przemyśleniu niektórych punktów fabuły, ta powieść mogłaby się obronić.
Niemniej dalej kibicuję Natalii i mam nadzieję, że kolejne powieści, które wyda, będą lepsze od tej.
Świetny debiut! Przeurocza, ciepła, a jednak jesienna historia miłosna 🥰 chętnie do niej wrócę, gdy będę potrzebowała takiego delikatnego odprężenia, spokojnego wieczoru ❤️
Ta książka tak bardzo mi się podobała, słuchając ją czułam się, jakby otulał mnie kocyk, nie jest może idealna (pani autorko, w Szkocji jest godzina wcześniej, a nie później!), ale jest na prawdę tak przyjemna i tak prawdziwa, jej bohaterowie są autentyczni, normalni, a do tego zakończenie takie … życiowe
2.75 Ta książka była okej - nic wielkiego, ale nie była też zła. Cieszę się, że autorka nie poszła w stronę typowego happy end'u i pogodzenia się wszystkich bohaterów. Było słodko i odprężająco, ale ta książka raczej nie zostanie mi na długo w pamięci.
Kurde jakby to znowu nie jest książka z jakimiś mega plot twistami, ani nic, ale wzruszyłam się tak jakoś i serio przyjemnie się ją czytało, patrząc na to, że pojawiały się tutaj polskie imiona.
Anna całe życie musi być idealną córką rodziców. Musi robić rzeczy, na które nie ma najmniejszej ochoty. Każdy myśli, że popularna piosenkarka ma wspaniałe życie, ale to nieprawda. Ona nie chce tak żyć. Anna decyduje się na spontaniczny krok i w tajemnicy wyjeżdża do Szkocji. To tam próbuje odnaleźć siebie… a także miłość. 🧡
„Nie chcę być tobą” to powieść o ucieczce od rzeczywistości i poszukiwaniu siebie. Gdy sięgałam po tę pozycję, nie sądziłam, że zawiera ona tyle rozczulających faktów i przemyśleń. Anna była uwiązana przez swoją matkę, musiała śpiewać piosenki, które nie były jej i zgadzać się na dziwaczne pomysły matki. Dziewczyna desperacko zapragnęła uciec z tej klatki. W Szkocji poznała niesamowitych ludzi. Obcowała z naturą i miała okazje ułożyć sobie w głowie kilka spraw. Książka ta ma wspaniały klimat. Dzięki niej poczułam klimat jesienni, który uwielbiam i potrzebowałam czegoś, co natchnęłoby mnie w tym kierunku. Wątek miłosny rozgrywa się stosunkowo powoli, ale bardzo przyjemnie się o nim czyta. Relacja wywiązała się bardzo naturalnie, przez co sprawiała wrażenie bardzo autentycznej. Na początku ciężko było mi wczuć się w historię, ale im dalej tym lepiej. Czytając „nie chcę być tobą” uśmiechałam się, płakałam i miałam motylki w brzuchu. Warto dodać, że to debiut pani Natalii! Uważam, że bardzo udany i z niecierpliwością czekam na inne książki pani autorstwa.
Bardzo polecam sięgnąć po tę pozycję, bo to zlepek dobrego romansu, jesiennego klimatu i rozczulającej historii jednostki.
W życiu nie powiedziałabym, że to debiut, bo czytało mi się lepiej niż niejedną "hypowaną" książkę zza oceanu. Cudowny romans ze świetnymi bohaterami. Książki się po prostu nie dało odłożyć, bo przeczytałam ją w jeden dzień, a po skończeniu pozostawiła we mnie pustkę. Z największą chęcią będę do niej wracać i czekam na więcej od autorki 🧡
Książka przewidywalna, ale przyjemna do słuchania, jak i czytania, dzięki przyjemnemu stylowi pisania autorki. Nie chcę być tobą słuchałam w audiobooku, lecz teraz nie mam żadnych wątpliwości do zakupu wersji papierowej. Totalnie w czułam się w klimaty jesiennej Szkocji ☺️
Przyjemna i klimatyczna książka. Bardzo miło spędziłam czas słuchając ją. Z chęcią przeczytałabym ją w wersji papierowej. Czuję, że w przyszłości na pewno zrobię reread❤️
Chciałam dać szansę książce, bo bardzo lubię kanał autorki. Niestety, dla mnie to przeciętna historia, w której od początku do końca wiadomo jak to wszystko się potoczy. Nic nie zaskakuje, nie wybija się niczym na tle innych książek. Muszę przyznać, że środek książki okrutnie się dla mnie dłużył i bardzo nudziłam się w czasie lektury. Nie podobało mi się wiele i w wiele nie jestem w stanie uwierzyć. Na przykład, ciężko mi uwierzyć w to, że ani jedna osoba nie sprawdziła tożsamości głównej bohaterki, skoro była jednak dość popularna w swoim kraju. A potem wszyscy byli wielce zaskoczeni. No, okej. Niech będzie. Nie jestem w stanie uwierzyć w chemię między główną bohaterką, a jej facetem. Dodatkowo, cały sztucznie nadmuchany problem jaki między nimi zaistniał wystarczyło rozwiązać jedną szczerą rozmową. Powiedzieć nieco o sobie i swoim życiu, od razu. Nie lubię kiedy wszystko zbudowane jest na niedopowiedzeniach i braku rozmów między bohaterami. Szczególnie jeśli zaczynasz się z kimś spotykać to chyba wypada jednak coś o sobie wiedzieć. Kłótnie z córką właściciela były opisane strasznie irytująco. Było ich za dużo i były po prostu dziecinne. Mogłabym tak opisywać wszystko, co mi nie grało, ale to chyba bezsensu. Po prostu nie podoba mi się książka i tyle.
Dwudziestoczteroletnia Anna Adamczyk od dzieciństwa spełnia ambicje matki - intensywnie rozwija swoją karierę wokalistki, wbrew sobie śpiewa wybrane przez wytwórnię piosenki i stosuje restrykcyjną dietę. Kiedy kolejna absurdalna prośba ze strony matki przelewa czarę goryczy, Anna decyduje się na ucieczkę. Jej wybór pada na malutką szkocką miejscowość, w której z łatwością można się ukryć. Dziewczyna nie spodziewa się, jak bardzo ten wyjazd pomoże jej zrozumieć siebie, odnaleźć spokój, a może nawet... miłość.
🏞️🚙
Natalia Brożek stworzyła naprawdę ciekawą historię, utrzymaną w jesiennym, przytulnym nastroju. Oprócz dobrze nakreślonego motywu toksycznego rodzica, autorka podjęła też tematy nieidealnej relacji z rodzeństwem, życia z poczuciem winy, a także poszukiwania własnego głosu i drogi do szczęścia.
Bardzo podobał mi się klimat małomiasteczkowej społeczności i wspólnoty, jaką tworzyła (poczułam vibe z mojego ukochanego Hannah Montana Film 🐎🎶).
Jeśli chodzi o bohaterów, moje serce zdecydowanie skradli Rose, Lewin, Jack i Ellen. Nie do końca przekonywały mnie natomiast dialogi między Anną i Alison. Ich konflikt wydawał mi się nieco dziwny i nienaturalny.
Czas spędzony z książką upłynął mi bardzo przyjemnie. Moją radość z lektury zaburzały czasem tylko pojawiające się błędy językowe bądź redakcyjne.
Podsumowując, uważam ,,Nie chcę być Tobą" za naprawdę dobry debiut, który sprawdzi się idealnie jako lektura na jesienne wieczory. ☕
🍁🍂
,,Buduję się na nowo i podoba mi się moja fasada, choć nie obędzie się bez nierówności i zacieków".
Anna Adamczyk jest dwudziestoparolatką, która nie ma kontroli nad swoim życiem. Wszystkim kieruje Franciszka – matka, która wymarzyła dla córki międzynarodową karierę piosenkarki. Jednak gdy Franciszka przedstawia córce kolejny genialny pomysł – randkowania ze znanym aktorem, by podbić popularność dziewczyny – Anna postanawia w końcu się sprzeciwić. Szuka wyjścia awaryjnego, ucieczki i znajduje ofertę pracy w małej szkockiej miejscowości. W zasadzie bez dłuższego namysłu budzi brata i każe się zawieźć na krakowskie Balice. Stamtąd zabiera ją samolot do Glasgow i przygoda. W mglistej i zimnej atmosferze Anna doświadczy więcej dobroci i miłości niż do tej pory mogła liczyć. Małżeństwo, u których zacznie pracę okaże jej wiele serca, a szkockie serce pokaże jej Lewin – młody Szkot, złota rączka. Czy ponad dwa tysiące kilometrów od domu Anna odnajdzie siebie i odkryje co w jej duszy gra? Co to był za debiut?! Co to była za powieść?! Zatraciłam się w tej historii na jeden dzień i niemal sama chciałam rzucić wszystko by kupić bilet do Szkocji. Jakoś bym przeżyła te chłody i mgły 😉 Natalia Brożek zabiera nas w niesamowitą, choć osadzoną mocno na ziemi opowieść o tym jak młoda dziewczyna odszukuje siebie. Książka jest bardzo dopracowana – wtrącenia ze szkockiego, zagłębianie się w brytyjską rzeczywistość i autentyczne miejscowości. To wszystko pozwala poczuć klimat i niemal teleportować się do Dalavich. Postać Franciszki jest bardzo realistyczna i myślę, że wiele osób mogłoby wskazać taką osobę ze swojego otoczenia, która „tworzy dziecku karierę”, mniejszą lub większą. Główna bohaterka nieco mnie momentami denerwowała, ale chyba wszystkie Anki tak mają (sama jestem Ania – pozwalam sobie na takie wnioski :P ). Bardzo podobało mi się również jak przedstawiono wątki rodzeństwa 😉 Jednym słowem uważam tę powieść za bardzo dobry początek i będę czekać na kolejne historie spod pióra autorki 😊
2,5/5 To nie była zła książka. Tylko taka trochę nie w moim stylu. Fabuła była w porządku, Szkocja jako główne miejsce akcji również na plus, bo nie często dzieje się tam akcja w utworach, przynajmniej takie mam wrażenie. Natomiast to co było dla mnie irytujące to główna bohaterka, która co chwilę narzeka jak to ona nie ma źle w życiu. I jest to własnie taki typ bohaterów, których nie cierpię. Ta postać jest osobą pełnoletnią, z tego co rozumiem też całkiem bogatą a nie umie zerwać się ze smyczy matki. No nie. To po prostu było śmieszne. Dodatkowo mam wrażenie, że autprka chciała za wszelką cenę pokazać jak rodzina bohaterki jest zepsuta i skrytykowac ją pod każdym możliwym kątem. Styl pisania był w porządku, jak na debiut to generalnie wypadło bardzo dobrze i nie doszukałam się jakichś rażących błędów. Zakończenie było całkiem fajne. Przewidywalne, jak w sumie większość fabuły, ale komfortowe i takie "otulające". A więc myślę, że nie mogę nie polecić tej książki. Jest to jednak pozycja od której nie należy wymać dużo.
Według mnie był to bardzo dobry, jesienny debiut. Przyjemna fabuła, fajny szkocki klimat książki, który wyróżnia ją z podobnych książek, prawiły, że przeczytałam tę książkę prawie na raz. Dla mnie plusem było też to, że głównym tematem książki nie był tylko romans. Różnego rodzaju relacje między bohaterami były dobrze przedstawione, zwłaszcza wątek dotyczący Franciszki i Anny sprawił, że wyniosłam z tej książki coś, co nie sądziłam, że znajdę w lekkiej pozycji. Minusem dla mnie była relacja Anny i Alison, nie przepadam o historiach o silnych uczuciach między postaciami (i miłością, i nienawiścią) „od pierwszego wejrzenia”.
☞ Moja ogólna opinia 4/5 ⭐ Jeżeli szukacie książki na jesienny wieczór do wypicia z herbatką pod kocykiem – będzie to idealna pozycja.
Jako komfortowe jesienne romansidło radzi sobie świetnie.
Styl autorki jest przyjemny, dzięki czemu przez historię się płynie. Bohaterowie budzą sympatię nawet jeśli niektórych można byłoby lepiej rozwinąć (Franciszka, Alisson). Nie rozumiem również tego jak działa sława Anny, bo z jednej strony ludzie ją rozpoznają, a z drugiej nie - przydałoby się zdecydowanie, w którą stronę pójść, aby to zwyczajnie w świecie lepiej i logiczniej wybrzmiało.
Zmieniłabym także końcówkę, która dosyć mocno mnie zawiodła. Była niczym z paradokumentu albo polskiej komedii romantycznej, gdzie każdy na końcu się kocha i ma happyend.
Poza tym? Idealnie do odmóżdżenia przy herbatce i muzyce. (Tak to komplement, każdy z nas potrzebuje czasami wyłączyć myślenie i po prostu robić ,,awww").
Wspaniały, jesienny klimat otula niczym kocyk i przenosi nas do magicznej, pełnej zamków Szkocji w której wszystko może się wydarzyć - nawet miłość między sławną gwiazdą pop uciekającą od życia którego nie chce i gburnym Szkotem z pozoru zamkniętym na uczucie. Historia sama w sobie bardzo mi się podobała, początkowo zwróciłam uwagę na kilka niedociągnięć w książce typu braki przecinków czy zła odmiana słowa. Na szczęście im dalej tym pod tym względem lepiej. Jedynie co do zakończenia można by się przyczepić że zbyt przewidywalne ale nawet to nie zabrało mi po prostu radości z lektury więc ogólna ocena zdecydowanie pozytywna!
Była to przyjemna lektura. Szkocki kliamt wpasował się idealnie w obecną pogodę w Polsce. Romans był uroczy, główni bohaterowie byli fajni, akcja choć o gwieździe muzycznej była w klimatach małomiasteczkowych. Jako audiobook była to przyjemna odskocznia od czytanych przeze mnie na co dzień książek.