Szóste spotkanie z Neshovami było dla mnie zaskoczeniem. Po poprzednim tomie miałam wrażenie, że to koniec norweskiej sagi Anne Ragde. Po samobójstwie ojca i śmierci jego młodszego brata czterdziestoletnia Torunn jest nie tylko dziedziczką zapuszczonego gospodarstwa w Byneset, staje się też właścicielką małego przedsiębiorstwa pogrzebowego w pobliskim Trondheim. Najmłodszy brat Tora i Margida, Erlend, powrotem do Norwegii nie jest zainteresowany. W Danii wiedzie z partnerem i z zaprzyjaźnioną parą lesbijek oraz trójką ich wspólnych dzieci szczęśliwe i w miarę ustabilizowane życie. Najstarszy z rodu, Tormod, którego Torunn nadal nazywa dziadkiem a Erlend ojcem, mieszka w domu opieki i wydaje się być pogodzony ze swoim losem. Tylko Torunn zna tajemnicę jego jedynej, wojennej miłości.
Decyzja autorki polegała na tym, aby w szóstym tomie potowarzyszyć jednak Torunn w próbie adaptacji do kolejnego etapu jej dotychczas niezbyt udanego życia, aby pokazać raz jeszcze jak wygląda szczęśliwa patchworkowa norwesko-duńska rodzina Erlenda, aby dać szansę Tormodowi na spokojny i całkiem ciekawy pobyt w przyjaznym środowisku domu opieki, któremu towarzyszy troskliwe zainteresowanie często odwiedzającej go wnuczki i ich ukochanego psa, oraz aby pięknie sfinalizować jego wojenną przygodę. Okazało się, że odnowienie z nimi znajomości, wciągnięcie się ponownie w świat Neshovów, czyli lektura „Córki” sprawiła mi autentyczną przyjemność.
Nie od początku i nie zawsze przy czytaniu sagi tak było. Jest to bowiem dziwny świat, łączący w sobie egzotykę skandynawskiej północy, jej piękno ale jednocześnie surowe warunki życia i pracy, ze specyfiką tej konkretnej rodziny zarówno ze względu na rodzaj zajęć jakimi jej członkowie się zajmują, jak i nietypowych relacji między nimi i obciążeń, które są tego rezultatem. Miałam kłopoty z zaakceptowaniem estetyki drobiazgowych opisów hodowli świń czy analiz etosu pracy przedsiębiorcy pogrzebowego. Z kolei stopniowe ujawnianie prywatnych sekretów rodzinnych Neshovów wnosiło w fabułę sagi obok elementu sensacji, dominujące wrażenie brzydoty, fałszu, braku międzypokoleniowej solidarności.
Z drugiej strony jednak Neshovowie jawią się jako ludzie z krwi i kości. Ci z trzech pokoleń, których w sześciu tomach bliżej poznajemy, nawet jeśli podejmują złe decyzje bądź przez własną uległość nie potrafią przeciwstawić się złu, czynią większą krzywdę sobie niż innym. Dlatego być może Torunn, wiodąca postać całej sagi choć w poprzednich tomach funkcjonowała nieco w cieniu innych członków rodziny, postanowiła do nazwiska panieńskiego matki, które dotychczas nosiła, dołączyć rodowy człon Neshov. Mimo że jej nieżyjąca już babka nie pozwoliła synowi ożenić się z jej matką.
Nie powiem, żeby wszystkie wybory Torunn opisane w tym tomie budziły mój przesadny entuzjazm, ale nie sposób nie starać się ich zrozumieć i uszanować. Mogę się jedynie zastanawiać, w jakim stopniu jej decyzje wynikają z rozbudzonego poczucia przynależności, a w jakim ze zmęczenia ciągłym poszukiwaniem swojego miejsca na ziemi i milości. Na tym polega siła pisarstwa norweskiej autorki, że prostymi, oszczędnymi środkami, bez patosu i zbędnych słów, poprzez przemyślaną strukturę całego cyklu, umiejętne dawkowanie informacji o reakcjach bohaterów na różne sytuacje wymusza niesłabnące nimi zainteresowanie, a w paru kluczowych zagadnieniach, takich jak pełna akceptacja inności, autentyczny podziw. Niemiecka znajoma Torunn przypisuje tę właściwość wszystkim Skandynawom. „... jesteście bardziej do przodu na wszystkich frontach międzyludzkich” - mówi, dodając, że w Niemczech i w Austrii „... ludzie są strasznymi homofobami”.
Anne Ragde jest mistrzynią relacjonowania w gruncie rzeczy dość skomplikowanego świata Neshov poprzez kumulację szczegółów, manifestowaną w rozmowach, a także w starannie racjonowanych przemyśleniach i refleksjach bohaterów oraz opisach scenerii. Stwarza to niepowtarzalne wrażenie symbiozy prostoty i bogactwa tego świata, który z pewnością wart jest poznania.