Autor upraszał, by nie nazywać tego literaturą. Literaturką bardziej. Opisem sytuacji, zdarzeń, głównie jednak myśli. A myśleć miał autor czas. Prawie półtora roku. A może nawet dwa lata. Nie do końca wiadomo.
Życie komika bywa smutne.
Życie komika, który nie może występować na scenie, bo siedzi na wiecznej kwarantannie jest jeszcze smutniejsze.
Komik w zamknięciu mówi bez przerwy. O tym, co powinien powiedzieć, dla kogo i dlaczego.
O innych, o sobie i o Polsce.
O sobie przez Polskę i o Polsce przez siebie.
I to już jest mniej smutne. Komik się nawet czasem uśmiecha.
Chciałam dać 3,5 podciągając pod 4, ale potem doszłam do rozdziałów, w których autor zwraca się do Dashy Nekrasovej i to było takie creepy 🤡 A gwoździem do trumny było śmianie się z otyłości jednej widzki na stand-upie. Tak że pierwsza połowa książki super, ale potem robi się mniej śmiesznie, a bardziej żenująco.
Wolę tradycyjne kabarety niż stand-up, ale postać Michała Kempy kojarzę, chociaż zbyt dużej wiedzy o nim nie posiadam… a raczej – nie posiadałam, póki nie sięgnęłam po "Ostatni rok lekkiego życia".
Ta wściekle różowa, prosta i niezmiernie urokliwa książka zawiera moc tekstów autora o wszystkim i o niczym. Zwana przez niego bardziej literaturką niż literaturą, co ma duży sens i daje spore pole do popisu. Różnorodność tematów – od polityki oraz kariery, poprzez jazdę rowerem i podrywanie dziewczyn, aż do picia koniaczku bądź poważnych (lub mniej) rozmyślań o życiu.
Trochę się pośmiałam, trochę przymykałam oczy z zażenowania (ale nie za często), trochę przytakiwałam i przybijałam mentalną piątkę standuperowi. Nie jest to szczyt ideału w literackiej skali wspaniałości, ale Kempa do tego nie aspiruje. Napisał książkę w bólach (i litrach wypitego koniaczku), więc można mu wybaczyć, że nie zawsze jest cudownie oraz śmiesznie. Ale w sumie takie jest życie – raz człowiekowi wiedzie się lepiej, raz gorzej. Najważniejsze, żeby było stabilnie.
Czasami pojawiały się zgrzyty pomiędzy moim poczuciem estetyki i humoru, a innym razem zdarzało mi się pomyśleć: „Panie Kempa, całkiem fajnie to Panu wyszło!”. Dla odstresowania, niekiedy odmóżdżenia, innym razem wysnucia refleksji – lektura idealna. Może momentami chaotyczna, a niektóre teksty totalnie nietrafione, ale potencjał jest. Czekam na więcej.
Do Pana Michała Kempy* Więc ten, panie Kempa, zacznijmy od pozytywów: momentami śmiałam się na głos, niezależnie od tego, czy byłam sama, w pociągu czy na peronie na pięknie rozwalonej Warszawie Zachodniej. Pozytyw dla Pana — pisze Pan zabawne rzeczy. Negatyw dla mnie, bo co to ze mnie za Polka, co to się szczerzy i chichocze. Pojebana jakaś pewnie. Jestem z Rybnika, więc mnie te bielskie przygody śmieszą, są takie relatable. Fragment o zengrubie jest chyba moim ulubionym. Mmm, żarty o kupie, bąkach i szambie. No widać jakiego rodzaju czytelniczką jestem i jakie mam poczucie humoru. Panie Michale, były w tej książce fajne rzeczy i zdania ładne, które mi się podobały i może nawet do jakichś refleksji skłoniły. I dochodząc do tych listów do Dashy (swoją drogą, niby tak Pan zakończyłeś książkę i jej wątek, a dalej ją Pan obserwujesz na instagramie) i nieco przez nie brnąc, nie umiałam się odpędzić od myśli "o chuj z tą Dashą chodzi?". Czemu do niej, po co o niej, czemu czepiać się tego, kim ona jest, jak się zachowuje, czy ona się Panu podoba, czemu jej Pan wytyka to zblazowanie jakieś, czy to miało być zabawne, czemu ten obraz tej kobiety, którą Pan chcesz, żeby ona była wygląda tak… słabo. Teraz będzie zarzut, że jestem wojującą feministką i lewaczką, ale dla mnie to jednak nie będzie zarzut, bo jestem. Ale nie podobało mi się o tej Dashy (nie mówię o końcówce), o tamtej czy innej dziewczynie. Jakieś takie na siłę, nieco zblazowane i w ogóle. No, rozumie Pan — śmiechy śmiechami, ale problem jest, jak się ludzie nie śmieją. Wiadomo, po przygodzie w „Lolku” to chyba Pan rozumie. 3, no może 3.5/5. Za zengrubę.
spodziewałam się, że to będzie miłe hamakowe czytadło na urlop, ale niestety trochę się przeliczyłam. ta książka z reguły miała być „o niczym” - czyli różnych migawkowych momentach i opowiastkach z życia autora. niestety, znam kilka pozycji, które realizują to założenie w przyjemny, pocieszny i gawędziarski sposób, a tutaj czytanie znacznie bardziej mnie męczyło i faktycznie czułam, że nie rozumiem, dlaczego ta książka powstała, skoro nie reprezentuje absolutnie niczego. niczego w byciu „o niczym”. do połowy całość jeszcze jako-tako się trzymała, w krzywym zwierciadle omawiając polskie realia spędzania świąt czy próby odprawy na lotnisku, ale później było już tylko gorzej. miałam wrażenie, jakby narracja była przymusowo naciągana, nieszczera, irytowały mnie też wielokrotne powtórzenia. żałuję bardzo, bo te momenty, w których autor pozwalał sobie na refleksje dot. popkultury czy aktualnej sytuacji politycznej na świecie były świetne i błyskotliwe.
Nie mam pojęcia, czy przesłuchanie audiobooka w EmpikGo wpłynęło w jakikolwiek sposób na stan licznika bankowego konta, co jest oczywiście najbardziej istotne z punktu widzenia Autora. Od pierwszej do ostatniej minuty w niezłomnym skupieniu wysłuchałem. Jestem z natury bezkrytyczny dla osób, które jeżdżą na rowerze. Szczególnie pod górkę. Stąd tylko mogę przyklasnąć. Dzięki temu, iż w trakcie słuchania jechałem samochodem, jechałem na trenażerze, odkurzałem, myłem naczynie, wieszałem pranie, nie mogę powiedzieć że czas z książką był stracony. Wręcz przeciwnie, był ubogacony. Szczególnie listem do Daszy... Pozdrawiam i czekam na kolejne...
Daję 4, chociaż w zasadzie takie 3,5. Więcej swady i pomysłu w części pierwszej, później trochę jakby osłabł animusz, a książkę trzeba było skończyć. Niemniej jednak, opis rodzinnych świąt wspaniały i warto choćby dla tego sięgnąć po tę książeczkę. Dodatkowy plus za przyznawajie się do błędów i uczenie się ma nich. Podczas czytania ciężko nie mówić czasem "na Kempę", także to na pewno na plus dla zaraźliwego stylu autora. Trochę zabrakło może myśli przewodniej, choć tę, dość przewrotnie, dopisało życie. Plusy za niezwyle "czytalny" styl, być może bardziej sprawdziłby się w krótszych formach, np. felietonach.
Ciężko ocenić mi tę książkę. Trudno też ją zakwalifikować jednoznacznie. Jest trochę jak pamiętnik, trochę rozmowa z kumplem. Jest o wszystkim i o niczym. Dowiemy się trochę o Michale, jego rodzinie, podejściu do życia. Poznamy jego spojrzenie na różne sprawy, osoby, zahaczymy o popkulturę. Myślę, że to tak, jakby wpuścił na chwilę czytelnika do swojej głowy. Jedyne co mnie denerwowało to powtórzenia. Dużo powtórzeń.
opowieści o świętach, cały rozdział listów do Dashy i post scriptum to najlepsze co jest w tej książce. Jak ktoś lubi humor kępy to napewno się nie zawiedzie.
"Ostatni rok lekkiego życia" Michał Kempa jest jednym z komików na scenie polskiej, których cenię za poczucie humoru, charyzmę oraz osobowość. To wyjątkowa postać, a "Ostatni rok lekkiego życia" jest czymś niesamowitym - książką, ale i audiobookiem w jednym! Co mam na myśli? A fakt, że czytając każde kolejne zdanie, dosłownie słyszałam w mojej głownie głos pana Michała Kempy. Niesamowite uczucie. Całość książki/zbioru myśli/felietonów sprawiła, że mogłam poczuć się odrobinę bliżej jego osoby. Mogłam partycypować w gonitwie myśli autora na codzień. Pozornie randomowe, nie powiązane ze sobą myśli i anegdoty, spajały się w jedną całość, czyli po prostu postać pana Michała Kempy. Nie jestem pewna, czy osoba, która nie zna autora, będzie w stanie się tak samo dobrze bawić jak osoby, które znają komika i jego podejście do rozrywki. Nie mniej jednak, polecam "Ostatni rok lekkiego życia" jako pewnego rodzaju oderwanie się od życia codziennego i trosk, które mu towarzyszą. Michał pokazuje swoje życie, któe kręci się wokół jazdy rowerem, spraw rodzinnych i wycieczek między Warszawą a Bielskiem. Opowiada o swoich marzeniach, w sposób niezwykle prosty, ale jednocześnie piękny, przeplatany humorem. To co jest charakterystyczne w jego twóczości, można odnaleść na kolejnych stronach książki. Powtórzenia czy masa anegdot... Ja czułam się jakbym uczestniczyła w jego monologu o swoim życiu. Książka fajna. Nawet bardzo. Czasem oszczędna w słowach, ale panie Maćku no ileż można tych stron napisać. Michał Kempa zrobił wszystko co mógł. I tak to dużo było, panie Maćku.