Celina Nowacka odkrywa ku własnej irytacji, że połowa znajomych chce ją wyswatać z facetem jakby dla niej stworzonym. Jedyną przeszkodą jest narzeczona. No ale narzeczona wkrótce ginie. W sumie nie wiadomo czy potencjalny facet życia nie przyłożył do tego ręki, no ale to przecież drobiazg niegodny uwagi, obgadasz go z kumpelkami i you go Cela. Może tylko śledztwo jakieś zrób, dla pozoru. Bo wiadomo że policja nie tego.
Milena Wójtowicz już w swojej poprzedniej udającej kryminał komedii chciała pójść w ślady Chmielewskiej. Szkoda tylko że zaczyna od najgorszej strony.
Typowo chmielewska jest bohaterka, która stanowi typ inteligentnej idiotki. Oznacza to, że autorka próbuje nam wcisnąć że Celina jest inteligentna, rozsądna, poukładana, praktyczna, zorganizowana, kompetentna i nie uznaje żadnych fanaberii – po to aby jej zachowania całkowicie temu przeczyły. Przyznam że to jedna z moich największych irytacji – naprawdę liczyłam na właśnie bohaterkę rozważną raczej niż romantyczną, romantycznych w literaturze aż nadto i doznałam srogiego zawodu na wszystkich płaszczyznach i w dialogach i w działaniach. Wójtowicz próbuje nas przekonać jaką to Celina jest twardzielką i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Dowodem na to mają być jej ostre jak brzytwa dialogi z podkomisarzem Zacharczykiem i cięte jak róże w wazonie rozmowy z potencjalnym mordercą/mężczyzną życia – tylko że ta brzytwa mocno stępiona a nóż ogrodniczy lepsze dni widział. Dialogi są wysiloną wymianą bon motów i nużącą pogonią za ostatnim słowem. A wszystko okraszone niczym niepopartym przekonaniem otoczenia, że Cela to hoho, jaką żyletą jest. Tylko że nie. Człowiek w końcu ma ochotę powiedzieć Celinie, żeby się opamiętała i zaczęła z tymi facetami rozmawiać jak człowiek, podobno rozsądny, tylko że znowu nie. Jej działania są absurdalne. Wprawdzie numery typu wskoczenie podejrzanemu o morderstwo do samochodu na skrzyżowaniu i spędzenie z nim łóżkowego weekendu w Zielonej Górze albo wizja lokalna bo taką miałam fantazję, nie wiadomo w sumie po co, połączona z upadkiem ze skarpy czy innej grobli i wpadnięciem na prowadzącego śledztwo podkomisarza zostają ochrzczone mianem niespodziewanej spontaniczności ale nie łudźmy się – to po prostu idiotka w malinach czy innych ostępach i nadodrzańskich nieckach. Czy ja naprawdę oczekuję za dużo chcąc kompetentnej bohaterki i żeby mi jej zaraz nie ubezwłasnowolniano w imię uroczo kobiecej (czytaj bezmyślnej) spontaniczności bo potencjalny romans?
Typowo chmielewski jest kult zbiegu okoliczności, przypadku i wręcz wypadku (typu pośliźnięcie się i upadek ze skarpy). To jedyne siły napędowe akcji, jakakolwiek by nie była, bo nie ma wiele wspólnego z zagadką kryminalną. Ludzie tu chodzą do pracy i rozmawiają przy lanczach, obserwują pojedynek naczelnych plotkar biura i czasem spotykają się w pubach czy restauracjach. Albo urządzają dziewczyńskie imprezy z winem. Okazjonalnie pojawi się podkomisarz żeby zadać kilka pytań i tyle. Na tym tle Cela wykonuje swoje absurdalne posunięcia. Tu znowu jestem zła bo był potencjał i go zmarnowano. To jest bardzo niechmielewskie i wielka doprawdy szkoda.
Zamiast – co u Chmielewskiej wyszło naprawdę dobrze – osadzić konkretnie akcję i bohaterkę w jasnym środowisku zawodowym co uwiarygodnia i pozwala pokazać kompetencję Wójtowicz wrzuca Celinę Nowacką do jakiejś niedookreślonej korporacji na niedookreślone stanowisko dając jej do towarzystwa ludzi zupełnie pozbawionych charakteru albo zredukowanych do jednej jego cechy (w 9 przypadkach na 10 będzie to plotkarstwo). Ludzie ci spędzają masę czasu na obchodach i podchodach tak że człowiek zaczyna się zastanawiać za co im płacą. Jako osoba znająca korpo z własnego doświadczenia nie twierdzę bynajmniej, że wszyscy tam solidnie pracują i wykonują sensowne zadania, tym niemniej wybór ogranicza się do pracy albo umiejętnego pozorowania tejże. Fakt że praca Celki w niczym absolutnie nie ogranicza, fakt że po ostro zakrapianej imprezie pani office manager może sobie pozwolić na bezproduktywne przebąblowanie całego dnia to dla mnie abstrakcja zupełna. Gdzież są niegydsiejsze zoomy, meetingi, raporty? Wkrótce Celka przeobraża się w sumie w ten potwornie mnie irytujący typ freelancerki na tropie, tyle że w biurze dla kolorytu. Gdybyż ona chociaż była na tropie....
I tu dochodzimy do mojej największej furii. Cela całą książkę się miota czy powinna się z tym podejrzanym długoterminowo wiązać bo wydaje się idealny czy jednak nie – i tylko o to w tej książce chodzi. Poznajemy Celkę, poznajemy jej przyjaciółki i otoczenie, Cela odbywa ze dwa dialogi z podkomisarzem i miota się wśród swoich wątpliwości w końcu podejmując decyzję pozorną – i książka się kończy obietnicą ciągu dalszego. A ja nie czuję się podekscytowana i pełna entuzjazmu fanowskiego pod hasłem „OMG kiedy dalszy ciąg?” tylko paskudnie nabita w butelkę. Ktoś mi sprzedał nieudolnie rozbudowaną ekspozycję jako pierwszy tom czegoś. Koło kryminału toto nawet nie leżało, samo potencjalne morderstwo kryminału nie czyni.
A żołądkuję się tak bo potencjał był. Autentycznie, bywało zabawnie, a sceny z przyjaciółkami od serca koiły mój ból egzystencjalny w prześmieszny sposób przywołując singielskie czasy (i żal po wszystkich tych imprezach które olałam). Jak się nie rozczulać przyjaciółkami śpieszącymi na pomoc w kryzysie z butelką wina, talerzem zakąsek jak z instagrama i dialogami osiągającymi przedziwnie autentyczne mieszanki alkoholowego absurdu i zdrowego rozsądku. Przyjaciółki wprawdzie mi się zlewały trochę, bo jedyną różnicą był mąż jednej z nich, no ale mąż bardzo dogodnie wybył na jakieś survivale w góry. Rozróżnić było więc trudno bo dialogi na jeden styl pisane, ale pełnia dziewczyńskiej solidarności i wsparcia nastała i to było cudownie serce rozgrzewające. Więc Wójtowicz potrafi. I ja oczywiście sprawdzę następny tom ale chyba wyłącznie dla Iwonki i Matyldy, przyjaciółek w tle. Niechby one zaczęły ze sobą romansować, to byłoby coś. Przynajmniej jakieś napięcie i drama by się generowały.