Przed sięgnięciem po tę książkę o TOPR-owcach wiedziałam...No, nic nie wiedziałam. Miałam jedynie mgliste pojęcie o tym, że to ci dzielni ludzi, którzy ratują turystów w Tatrach. I tyle. Żadnych szczegółów. I choć po lekturze uważam, że to potrzebna książka i bardzo wiele wnosząca, jeśli o wiedzę o polskich górach i ratownikach chodzi, to jednak dałam jej stosunkowo niską ocenę...Czemu?
Zacznijmy optymistycznie, czyli od plusów. Ta książka jest niesamowitą skarbnicą wiedzy o realiach pracy TOPR-u. Dowiemy się z niej, jakie sekcje ratownicze wchodzą w skład grupy, jak przebiega akcja ratownicza z użyciem śmigłowca, ile zarabiają ratownicy zawodowi (i dlaczego tak mało…), jakie były początki pogotowia oraz ile kobiet służyło i służy w jego szeregach. Poza tym, w przejmujących relacjach ratowników możemy bliżej poznać kulisy najbardziej dramatycznych wydarzeń w polskich Tatrach, w tym rozbicia się TOPR-owskiego helikoptera i zejścia lawiny z Rysów, zabijającej kilkoro licealistów z Tychów.
I biorąc pod uwagę poruszany w książce temat i informacje, które można z niej uzyskać, powinnam wszem i wobec polecać ją na prawo i lewo. Tymczasem nie wiem, czy chcę to robić, a to ze względu na styl pisania autorki. Beata Sabała-Zielińska na pewno ma ogromną wiedzę dotyczącą społecznego wymiaru tatrzańskich miasteczek, zna osobiście wielu ratowników, jest obeznana z medialnymi wydarzeniami z rejonu polskich Tatr, które sama jako podhalańska dziennikarka niejednokrotnie relacjonowała. Niestety, pisze jednak w sposób, którego ja w literaturze faktu nie znoszę. Sili się na lekki, gawędziarski ton, który może i sprawdza się w krótkich artykułach pisanych do gazety, czy na serwis informacyjny, ale w książce liczącej sobie ponad 300 stron zwyczajnie już męczy. Poza tym, autorka zdaje się być szaloną fanką „czerwonych polarów” i to fanką w negatywnym znaczeniu tego słowa. Rozprawia się w książce z „ceperskimi turystkami” puszczającymi oko do silnych, przystojnych ratowników, a tymczasem ze sposobu, w jaki pisze, można odnieść wrażenie, że to ona dzierży ster w tym podrywowym wyścigu.
Pewnie sięgnę po kolejną książkę tej autorki dotyczącą TOPR-u właśnie, ale wiem już, że – choć na pewno sporo się dowiem – to nie będzie to najprzyjemniejsza z lektur.