Atmintis tokia keista. Perrenka įvykius kaip panorėjusi, perkrato mintis ir ištraukia, kas jai patinka, o visa kita užkloja užmaršties smėliu. Julia Fiedorczuk
Romano „Po saule“ centre – Miša (Michalas) ir Milka, jų nuostabiai gražūs santykiai, gyvenimas kartu ir nelengvi pasirinkimai. Knygos herojų prisiminimai veda mus laiku, nuo prieškario ir tragiškų karo metų, ir erdve – nuo Balstogės krašto iki Varšuvos ir Sarajevo, ir net už Uralo.
Iš atminties slėpinių išnyra praeities ir dabarties asmenybės, jų istorijos: esperanto kalbos kūrėjas Liudvikas Zamenhofas, Mišos ir Milkos tėvai, užmiršti karo pabėgėliai, ekscentriškas mokytojas Pranciškus, velnio meiluže vadinta aistringoji Mariana ir Viltis, kuri matė tai, kas slypi viduje, žmonėse ir gyvūnuose, net po žeme.
„Po saule“ – poetinis, ritmingais sakiniais ir pastraipomis užburiantis pasakojimas, kuriame gimsta, gyvuoja ir miršta ne tik žmonės, bet ir paukščiai, upės, medžiai, gėlės.
Julia Fiedorczuk yra poetė, vertėja, rašytoja ir literatūros kritikė, išpopuliarinusi ekopoetikos idėją. Gimė 1975 metais Varšuvoje. Humanitarinių mokslų daktarė, dėsto Amerikos literatūrą, literatūros teoriją ir anglų kalbą Varšuvos universitete.
Poetka, tłumaczka. Debiutowała w roku 2000 tomem poetyckim "Listopad nad Narwią", za który otrzymała nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. Autorka kilku zbiorów wierszy: "Bio" (2004), "Planeta rzeczy zagubionych" (2006), "Tlen" (2009) i "tuż-tuż" (2012), a także zbioru opowiadań "Poranek Marii" (2010) oraz powieści "Biała Ofelia" (2012). Laureatka wielu nagród, w tym austriackiej nagrody Huberta Burdy (2005). Adiunkt w Instytucie Anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Jej utwory zostały przełożone na 17 języków, w tym walijski, japoński i islandzki. Mieszka w Warszawie.
Czy Państwo też już zweryfikowali swoją zdolność do czytania w czasach pandemii? Miały być sążniste tomiszcza, przeczytany Tołstoj czy Proust, a wam dalej ciężko się zabrać za krótką nowelkę? Możemy się rozgrzeszyć - rzeczywistość nie jest najprostsza, a do tego chyba wszyscy jesteśmy przebodźcowani. Wyjście do sklepu zaczyna przypominać przygotowania do wizyty w laboratorium chemicznym, a codzienne gotowanie sprawia, że mam wrażenie, jakbym zamienił się w zmywarkę na dwóch nogach. Na szczęście rzeczywistość wynagradza mi to większą niż zwykle dostępnością ciekawych wykresów i statystyk, a zawsze miałem do nich słabość. Wykresy o zarażonych? Mogę przeglądać godzinami!
“Pod słońcem” Julii Fiedorczuk jednak sprawiło, że przyssałem się do lektury i spędziłem kilkanaście godzin zauroczony tym jak można widzieć i odczuwać świat a następni przenieść go do literatury. Gdy Olga Tokarczuk mówiła o “czułym narratorze” kręciłem nosem. Kategoria “czułości” jest dla mnie podejrzana, bo może usprawiedliwić ckliwość i naiwność, których nie lubię. Może opisywać kicz, który przecież zawsze jest bardzo czuły, może też być “czuły narrator” narratorem, którego interesuje wyłącznie esencja a nie akcja i działanie, a te w powieściach się przydają. Zdaje się, że Fiedorczuk zrealizowała postulat Tokarczuk w najlepszy możliwy sposób poprzez pokazanie jak jej bohaterowie i bohaterki uwikłani są w świat, na który składają się nie tylko wydarzenia z życia prywatnego i wielkiej historii, która całkiem brutalnie wkracza na ich podwórko, ale też świat, gdzie liczy się to co nie-ludzkie.
Jest to opowieść bardzo konserwatywna, bo przecież ile już czytaliśmy historii o tym jak jacyś ludzie - para hetero - budują swój świat, od początku miłości aż po starość? Ile już znamy narracji o życiu na wsi, w otoczeniu przyrody, gdzie nasi bohaterowie spotykają się z charakterystycznymi postaciami polskiej literatury - a to cygański wóz, a to ukrywana Żydówka, wiejski głupek czy tajemniczy i mądry stary nauczyciel. Trzeba przyznać, że w warstwie opowieściowej Fiedorczuk nie wyważa żadnych drzwi i tworzy opowieść bardzo tradycyjną. Podział ról jest tu dość oczywisty i gender bohaterów Fiedorczuk jest raczej klasyczny. Gdyby nie język i wspaniały pomysł na sposób opowiadania byłbym trochę rozczarowany, bo jednak fikcja jest też od tego, by tworzyć bohaterów niemożliwych, a ci, których poznacie na kartach “Pod słońcem” są jak najbardziej prawdopodobni. Modernistyczność tej powieści to jednak temat na większą rozprawkę, a ja tu chcę przecież was zachęcić do lektury. Dlaczego? Bo bohaterowie Fiedorczuk to nie tylko ludzie - to rośliny, które odgrywają tu rolę czynną, to zapachy i kolory, zwierzęta współżyjące z ludźmi i akcją powieści. To pisanie odpowiadające na postulaty uwzględnienia świata nie-ludzi w większym niż dotychczas stopniu.
Historię ludzi, zwierząt i roślin widzi Fiedorczuk jako wspólną baśń i choć to dopiero próba takiej opowieści, to niezwykle udana. Autorka momentami bawi się swoim pomysłem, próbując uchwycić inne punkty widzenia. Zachwyca mnie próba napisania fragmentu książki z punktu widzenia sówki, z góry skazana na niepowodzenie, bo przecież nie wiemy nawet jak to zwierzątko odczuwa czas, jak widzi przestrzeń i co jest dla niej najważniejsze. Ale czemu nie spróbować?
Do tego język niepozbawiony metafor, czasem zdawałoby się banalnych i naiwnych, ale budujących świat przedstawiony nadczule, korzystając z prostych skojarzeń, które mogą mieć bohaterowie książki. Fiedorczuk nie kombinuje z językiem, a sięga po to co w nim dostępne i już rozpoznane, jednocześnie komponując to w opowieść o poetyckim uroku, przy czym nie przeginając w stronę rozpoetyzowanej nieczytelności.
Dzisiaj często - nie mając trochę nic innego do roboty (ile można wgapiać się w wykresy?) - lajkujemy wiadomości typu “sarny w środku miasta”, “dziki spacerujące po osiedlu z wielkiej płyty”, “lisie szczenię znalezione na grodzonym osiedlu”, “za chwilę miasta staną się jedną wielką miejską łąką”, “koronawirus zmniejszył smog”. Dostrzeganie, że nie jesteśmy sami w świecie, a maleńki mikrob potrafi wywrócić całą gospodarkę i wpłynąć na nasze życie to też element ważny dla nowej narracji, zwiastun możliwego końca antropocenu. Literatura jest od tego by tworzyć rzeczy nowe - tak napisałem powyżej narzekając na tradycjonalistyczną mocno warstwę wydarzeniową “Pod słońcem” a z drugiej strony przecież to właśnie jest tworzenie rzeczy nowych - Fiedorczuk napisała książkę na nową epokę. Być może. Piękna, mądra i czuła powieść. Zazdroszczę wam, że lektura dopiero przed wami.
Kad ne govoriš neki jezik, imaš jednu neočekivano prednost koja je gotovo uvek neosvešćena: jezik postaje muzika. Tako meni poljski zvuči kao šuma koja šuška. Afrikate su zgužvano lišće ili grančice koje krckaju, a vokali zelenilo i vazduh. „Pod suncem” Julije Fjedorčuk nosi atmosferu zvuka poljskog jezika, na način na koji ga ja doživljavam. A u svom svetu ima i jednu vrlo važnu, pradavnu šumu, koja krije mnoge lepote, ali i nesreće. Pored šume, mesto na granici, u kojoj likovi pate, stisnuti žrvnjem izuzetno turbulentne istorije. Ima nečeg starovremenog u pripovedanju Fjedorčuk što ujedno i poštujem, ali što je i odbojno – neka neobična kombinacija poetskog konzervativizma i nečeg što se otvara čak prema ekokritičkim čitanjima (što ne čudi, s obzirom na to da se ovom temom autorka bavi i u akademskom kontekstu). Ovo je, po svim merilima, ono što (ne samo) ovdašnja publika želi da vidi pod odrednicom „roman” – ambiciozan, ali ne i nepristupačan pripovedni sklop, sagledivo mnoštvo likova – među kojima se ističu likovi entuzijasta i osobenjaka (od dečaka koji gologuz uleće u crkvu do jednog od najluđih samoubistava u istoriji književnosti – učitelj Franćišek sebi presuđuje puštanjem zmaja tokom oluje), velike teme (ljubav, rat, (ne)sloboda, neverstvo, erotizam, identiteti, patnja, smrt, samoubistvo, (be)smisao, nada, nasilje, društvena kritika, prolaznost), opšti patos i more bombastičnih (ne nužno netačnih i ne nužno omašenih) mudrosti, kao, na primer da je dobro da si niko jer onda možeš biti svako. Ali da se ne stekne pogrešan utisak, Fjedorčuk ne piše nesvrhovito kitnjasto ili beznadežno mudronosno, već ulaže velike napore da mnogo toga i kaže i pokaže, i to joj često polazi za rukom. Ipak, ko je nekada čitao „Pamtivek” Olge Tokarčuk, može videti kako obe autorke obuhvataju sličnu poetsku teritoriju, ali i da bi Olgina knjiga tu ipak odnela prevagu. Nije ovo nikakvo takmičenje, već dobronamerno upoređivanje koje se može razumeti i kao preporuka, tako da, kome se svidi „Pod suncem”, ima čemu još da se raduje.
Imao sam zadovoljstvo da, pre koji dan, upoznam Juliju Fjedorčuk i to je bila prilika za inspirativan razgovor. U poljskoj književnosti se dešavaju zanimljive stvari, bilo bi šteta da to ne pratimo.
Miša (Michailas) ir Milka - pora, kurios gražūs ir taurūs, bet gyvenimo aktualijų blaškomi santykiai atsiduria romano dėmesio centre. Iš prisiminimų perspektyvos žvelgiama į prieškario ir karo metus, keliaujama nuo Balstogės krašto iki Varšuvos, Sarajevo, net už Uralo, sutinkami skirtingų savybių ir veiklų žmonės.
Poetiškas. Ritmiškas. Skaudus. Dramatiškas. Dinamiškas. Išpažintį primenantis. Momentais keliantis šiurpą. Kitoks (toks apibūdinimas tikrai visapusiškai pagrįstas). Žodžiai, kuriuos pirmiausia norisi pasakyti, bandant trumpai, vos viena kita sąvoka, apibūdinti kūrinį, jo sukeltas emocijas, jausmus. Ilgai svarsčiau, ką perskaičiau, kokia mintis čia buvo paslėpta. Mąstydama supratau, kad gali būti, jog kažką praleidau, perskaičiau paviršutiniškai, o ne giliai. Tai nėra romanas, kurį galima pradėti ir, keliaujant pasroviui, užbaigti vienu prisėdimu (būtent taip, kaip padariau aš), kadangi siužetas keičia ne tik vietas, veikėjus, bet ir pasakojimo perspektyvas, todėl itin lengva nesuprasti, kaip ir kas susiję, kokią žinią norima skleisti, į ką skaitytojui derėtų atkreipti dėmesį.
Viena vertus, knyga primena memuarą, kadangi neretai tekstas pasakojamas (tiesiogiai arba laiško pavidalu) vieno iš protagonistų lūpomis, pavyzdžiui, Mišos ar Milkos. Kita vertus, tai ir istorija, kurią plačiausiai pateikia visažinis pasakotojas, gerai pažįstantis veikėjus, žinantis silpnąsias jų vietas, veiksmų motyvus. Nežinau, ar kalta atidumo, o gal paprasčiausio įsijautimo stoka, bet knyga, turinti skaudų ir šiuo metu kaip niekada aktualų karo kontekstą, net epizodus, verčiančius susimąstyti apie gyvenimo trapumą, tokius, nuo kurių šiurpas bėgioja kūnu, man labiau priminė chaosą. Staigus perėjimas nuo vienos minties prie kitos, nepaaiškinama kaita, man neleido susikaupti, todėl šioje knygoje savo dėmesį atkreipiau ne kaip būtų įprasta - į nuoseklią siužeto liniją (kurios čia ir pasigedau), bet į atskirus epizodus ir jų mintis.
Lenkų rašytojo knyga iki šiol nebuvo patekusi į mano rankas (neskaitant mokyklinės literatūros, kurios privalomų kūrinių sąraše, pavyzdžiui, yra A. Mickevičiaus, kilusio iš Lietuvos, bet rašiusio lenkiškai, knyga „Ponas Tadas“). Smalsu buvo sužinoti, ar pats tekstas leis savaime pajausti, kad tai būtent lenkų, o ne, pavyzdžiui, anglų ar amerikiečių, rašytojo kūrinys. Leido. Čia ne tik gausu lenkiškų frazių, įvairių išsireiškimų, bet ir rusiškojo pasaulio elementų. Kaip pavyzdį pateiksiu tai, kad pastarosios šalies žymūs rašytojai, tokie kaip Puškinas, laikomi iškiliais, į kurių kūrybą pradedantysis kūrėjas (Miša) nori ir stengiasi lygiuotis. Dabar apie tai skaityti buvo itin „neskanu“ ir net nepriimtina. Keista, kad Lenkijos rašytoja vienuose puslapiuose apie tai rašo, žinant istorinę praeitį (omenyje turiu pasaulinius karus), o kituose - jau mini pagrįstą artėjančio karo baimę. Bet vėlgi, gal tik aš čia kažko nesuprantu.
Organiškumo ir knygoje nestinga. Gamtos, joje egzistuojančios gyvybės fragmentų, skirtingų pastarosios formų taip pat netrūksta. Ne tik gyvūnija, bet ir augalija užima svarbią rolę siužete, įgyja naujus pavidalus, yra apipinta metaforomis ir frazeologizmais, leidžiančiais suprasti, kad pastarojoje verda ne ką mažiau įdomus gyvenimas. Tokiu būdu atskleistas ir asmens ryšys su pastarąja, išryškėjantis kaimo gyventojų kasdienybėje, kurioje gamta kaip pragyvenimo šaltinis buvo visais laikais, o ypač svarbi XX a., karo metais.
Viena reikšmingiausių ir man labiausiai po kūrinio perskaitymo atmintyje išlikusių minčių - apie kalbą, kuri, kaip teigia rašytoja, yra vienas pagrindinių aspektų, išskiriančių visus žmones, sukeliančių karus, prasidedančius dėl skirtumų. Esperanto (tarptautinę) kalbą, kurią sukūrė L. Zamenhofas, žinome visi. Kažkada galėjusi tapti žmones jungiančia ir leidžiančia vieniems kitus suprasti, dabar, kai kiekviena valstybė turi savitą kalbą, ji neteko prasmės. Nesu linkusi manyti, kad valstybės kalbos, tarmės taip stipriai išskiria žmones ir verčia juos elgtis šlykščiai, bet rašytoja vis tik sukėlė diskusiją - kas būtų, jeigu būtų? Ar viena kalba padėtų išsaugoti taiką ir stabilumą pasaulyje, kuriame gyvename šiandien? Pamąstyti kiekvienam asmeniškai, manau, derėtų. Apskritai, kūryba, kalba ir literatūra (nors ne pačia geriausia forma) yra neatsiejama kūrinio dalis.
„Po saule“ - pasakojimas apie vienos lenkų šeimos gyvenimą, nelaimes ir neblėstančią viltį, kad vieną dieną bus geriau, kad problemos išsispręs. Viena vertus, tai naivus pasakojimas, kupinas situacijų, kai be abejonės gali suprasti, kuo viskas baigsis, kita vertus, tai istorija apie kiekvieno iš mūsų gyvenimą, kuriame iki pat lemiamos minutės tikimės geriausio, nors ir žinome, kad taip nebus. Kūrinyje netrūksta nusižengimų moralei ar įsitikinimams, silpnumo akimirkų, meilės momentų, šeimos vertybių ir santykių puoselėjimo, netekčių, paprastos kaimo buities, karo baimės bei atnešamų negandų - dalykų, iš kurių susidarė žmogaus gyvenimas XX a. ir, panašu, vis labiau susideda nūdienoje. Knygoje nevengiama detaliai aprašyti fiziologinių procesų, vykstančių žmogaus kūne, apie kuriuos ne visada malonu kalbėti garsiai, gebama aprašyti tyliai, it šešėlis, besiartinančią mirtį. „Po saule“ yra kūrinys, kuris itin gerai turiniu atspindi savo pavadinimą - visi bando ieškoti savo vietos po saule, bet ne visiems tai pavyksta. Lygiai taip, kaip ir realybėje.
Esu linkusi tikėti, kad ši knyga turėtų patikti ne tiems skaitytojams, kurie mėgsta istorijas, taip lengvai skaitomas, kad procesas užbaigiamas vienu prisėdimu, bet tiems, kurie žavisi ilgesniu laiku su knyga, analizuojant kiekvieną detalę. Ieškantiems nuotykių, įtempto veiksmo, o galbūt besitikintiems jausmingų meilės epizodų - su šia istorija tikrai ne pakeliui. „Po saule“ siūlau tiems, kurie mėgsta „apsigyventi“ knygoje ilgam laikui - skaityti palaipsniui, išjaučiant ir savo vidumi išgyvenant kiekvieną akimirką, kiekvieną pagrindinių herojų pojūtį. Tokie skaitytojai, mano nuomone, ne tik pajus tikrąjį istorijos žavesį, gylį, bet ir supras daugiau nei tie, kurie vienos rankos mostu pervers šiuos tris su viršumi puslapių. Rekomenduoju mylintiems lėto siužeto istorijas, kuriose dominuoja buitis, kartais itin primityviais epizodais įtraukianti į pažįstamą aplinką ir leidžianti pajusti artumą, savitumą.
Piękną i mądra, łączy elementy powieści historycznej i psychologicznej, o trudach życia i poszukiwaniu swojego miejsca, zachwyca i wzrusza. Ładna, poetycka proza.
Wspaniała, poetycka proza. Gruba książka, którą można sobie sączyć wieczorami. Kojarzy mi się z takimi opasłymi tomiszczami starej literatury, gdzie wszystko biegnie niespiesznie, trochę jest stereotypowe, dobrze już znane, powtarzalne, a jednak to jest tak napisane, że nie można się oderwać. Bardzo podobała mi się jej konstrukcja – szkatułkowe odkrywanie historii bohaterów Miszy i Miłki, o których nawet trudno powiedzieć, że są tymi głównymi, pozwoliło mi zrozumieć, że to nie tylko albo i nie wyłącznie historia jednostek, co pewnego świata i pewnej wrażliwości, nad którymi warto pochylić się w dzisiejszych czasach.
2.5 Liczne zachwyty nad daną książką często przyczyniają się do naszej decyzji o sięgnięciu po tę książkę, zapewne przyczyniając się też do bardzo konkretnych sporych oczekiwań wobec takiej pozycji i które spotykają się z obojętnością lub oczekiwaniem na to "coś" w trakcie lektury. Ja zwykle podchodzę do takich książek z pewną rezerwą, bo wiem, że takie budowanie oczekiwań może zrobić książce źle. Więc staram się nie nastawiać, choć - wiadomo - jest z tym ciężko, gdy wkoło kwieciste zachwyty. No więc, sięgnęłam po najnowszą powieść Julii Fiedorczuk, bo zazdrościłam zachwytów moim koleżankom bookstagramowym. Przyznam szczerze, że zupełnie nie zorientowałam się, jaka jest to powieść i o czym. I to był błąd. Dlaczego? Bo zupełnie nie odmawiam tej książce wspaniałości, o której pisało tyle osób. Tylko że ta wspaniałość, która ujęła innych, zupełnie nie ujęła mnie. I to nie dlatego, że uznaję tę książkę za złą, absolutnie nie. Ale nie jest to książka z rodzaju prozy, jaką lubię. Z reguły unikam książek, które toczą się na polskiej wsi, najczęściej w poprzednim stuleciu, często z realizmem magicznym w tle (z tego też względu nie sięgnęłam po "Zimowlę"), bo po prostu nie lubię tego rodzaju literatury. Przykładem może być "Dygot" Małeckiego, którym zachwyca się tyle osób, a mnie zupełnie nie przypadł do gustu. Unikam też książek, które napisane są poetyckim językiem - jeśli proza pełna jest kwiecistych środków stylistycznych to wiem, że to nie proza dla mnie. I "Pod słońcem" jest taką książka, która łączy obie te kategorie. Nie dziwię się zupełnie, że tym językiem można się zachwycić. Każde zdanie jest przemyślane, poetyckie, malowane wręcz. Sporo w niej sentymentalizmu, czułości, delikatności. Trzeba lubić ten rodzaj literatury. Ja nie lubię. Za dużo formy na tle treści. Nie potrafiłam się wciągnąć w fabułę, która zresztą w pewnym momencie trochę zaczęła żyć swoim życiem. Nie wywołała ta książka we mnie żadnych emocji, ani tym bardziej refleksji. Miałam wrażenie, że toczę się tylko po powierzchownej warstwie językowej, nie wchodząc głębiej. Bohaterowie nie stali mi się bliscy. I była to taka książka, która mnie zblokowała na kilka dni, bo chciałam ją skończyć, ale nie chciałam do niej wracać. Jeśli zatem lubicie sentymentalne powieści, które toczą się na wsi (w tym przypadku na podlaskiej wsi w powojennej Polsce, choć dzięki wspomnieniom przenosimy się też w czasie), portretują wielu różnych bohaterów i w znacznej mierze opierają się na poetyckości języka to ta powieść powinna Wam się podobać. Mnie się nie podobała, ale nie dlatego, że to zła powieść - a dlatego, że to zupełnie nie "moja" literatura.
Są książki magiczne. Ta właśnie należy do tej kategorii. Fiedorczuk przepięknie pisze o ludzkim życiu, słabościach, namiętnościach, poszukiwaniu sensu i upływie czasu. Pisze też o Wschodzie Polski, co w moich oczach czyni książkę jeszcze ciekawszą.
Czytając nieustannie porównywałam powieść do mojego ukochanego Myśliwskiego. Odniosłam wrażenie ze styl obu dzieł jest podobny i podobnie przepiękny.
Nieśpieszna, dość poetycka opowieść o prostocie życia. Bohaterowie Fiedorczuk nie walczą z wiatrakami, nie są herosami, poddają się rytmowi natury, ulegają mu, płyną z nurtem, nie pod prąd, pogodzeni z losem i naturalną koleją rzeczy: narodzinami, cierpieniem, bólem, miłością, śmiercią. Autorka skupia się na jednym spłachetku ziemi pod słońcem, niewielkiej wiosce na wschodnich rubieżach Polski, podczas wojny i potem, ale historia, polityka, wielkie wydarzenia pozostają jedynie tłem dla codzienności. Pięknie o tym pisze, warto zatrzymać się na tych zdaniach, nie gnać, nie śpieszyć się, podelektować się myślą, obrazem, słowem. To bardzo sensoryczna powieść, smaki, wonie, dźwięki, barwa - wszystko odbiera się wszystkimi zmysłami. I chyba nie jest to powieść dla każdego. Niecierpliwi się zniecierpliwią, a ci lubiący podążać wytyczonym śladem zagubią w niewyraźnych ścieżkach. Ci, co lubią przystanąć i zagapić się w niebo, odkryją tu nieprzebrane skarby.
Książka jest duchową podróżą w głąb głównych bohaterów, którzy żyją w realiach początku XX wieku. Proza bazuje na przeżyciach Miszy i Miłki - dwójki zakochanych, których los złączył ich węzłem małżeńskim. Szkatułkowa narracja oprowadza nas po historii bohaterów i przeszłości ich przodków. Poznajemy przedwojenny Białystok, życie na pogranicznej wsi oraz los bieżeńców, którzy uciekli przed I wś aż za Ural! Książka jest napisana przepięknym, zmysłowym językiem, który wprawia czytelnika w melancholijny nastrój. Na pewno do niej jeszcze wrócę.
Zwykła niezwykła książka. Zwykła bo o codziennym życiu, niezwykła ponieważ napisana lejącym się jak Bug i Narew językiem, meandrującym pomiędzy miejscem i czasem. Momentami jest przez to nużąca. Akcję urozmaicają wyrwane z kontekstu minihistorie i listy, wybudzają nas z letargu, każąc skupić się na nowo powstałych wątkach. Nie wszystkie opowiastki współgrały z moją wrażliwością, czasem wręcz mnie irytowały swoim oderwaniem od rzeczywistości (postać Saszki i Ptasiej Siostry). Mimo wszystko, to one wiązały tę historię w całość, tworząc przy tym jej baśniowy klimat.
Jestem zaskoczona, jak bardzo mi się podobała ta powieść. Jej nieśpieszność i poetyckość trafiły do mnie absolutnie, przemiło się ją czytało w ciepłych promieniach letniego słońca. Chwilami co prawda nierówna, ale mimo to naprawdę dobra powieść, wciągająca, urokliwa, piękny styl.
Piękna językowo powieść! Czuć poetycką wrażliwość. Zdania, które można wyciągać garściami i wykorzystywać jako ważne myśli. Obrazy tworzone są ze słów i tworzą niezwykle piękne opisy. Jest bardzo plastycznie i zmysłowo. Pod względem językowym - cudo! Tyle tu emocji i wrażliwości. Opisy rozpalają wyobraźnię.
A czy poetka dobrze konstruuje swoją powieść? Czy te 450 stron to jednak nie za dużo?
Akcja powieści osadzona jest na pograniczu - mamy historię rodzin z Podlasia od czasów I wojny światowej do współczesności. I to są zwykle opowieści o codzienności. Na pozór błahe rzeczy, okazują się być bardzo ważne. Wchodzenie w czyjeś życie może nam pozwolić na docenienie własnego. Bardzo dużo tutaj refleksji o śmierci i przemijaniu. Doświadczenie wojenne na każdym odcisnęło piętno i nie da się go wymazać.
Historie, które otrzymujemy, są mało zaskakujące - raczej mamy tu opowieści, które już gdzieś kiedyś słyszeliśmy. Chwilami czułam klimat jaki buduje Jakub Małecki. Natomiast największą wartością jest to, co znajduje się pomiędzy - rośliny, zwierzęta, niebo, pagórki, łąki, rzeki, lasy. Te elementy opisu są przepiękne i baśniowe. Łączą świat ludzki ze światem przyrody.
Powieść ma budowę szkatułkową - poszczególni bohaterowie pojawiają się co pewien czas i na początku trzeba się przyzwyczaić. Potem akcja i opowieści są już bardzo wciągające. Natomiast końcówka trochę się dłuży (ale to może bardziej wynikało z mojego nastroju). Postaci są bardzo dobrze opisywane - widać, że autorka każdej postaci poświęciła wiele czasu i swojej uwagi.
W sumie z tych wszystkich opowieści wyszła naprawdę dobra książka. Szczególnie na ten czas, który mamy teraz. Warto przeczytać.
Mam wrażenie, że czego bym nie napisała o tej pięknej książce, zabrzmi banalnie i kiczowato. Historia losów rodziny od wojen światowych aż do współczesności - niby takich teraz wiele, wspominkowo-obalających mit jednorodnej polskości, jednak jest niezwykła. To proza pisana przez poetkę, a wszelkie nadkruszanie nacjonalizmów odbywa się nie wprost, przy okazji. Główny pryzmat to piękno i złożoność życia, bez tandetnej idealizacji. Książka muzyczna, pachnąca lasem i bujną roślinnością, która jest jednym z wątków losów rodziny i miejscowych z wioski. Ciepło i spokój, choć nie brak dramatów, jednak wiążą się z dynamiką - ciężko odłożyć powieść. Chce się czytać jednym tchem. Cykl życia i śmierci wpisany jest w rytm natury - wydaje się, że jest to duchowość neomaterializmu, jeśli ma to sens. Co jeszcze mnie ujęło, to narracja - absolutnie nienarcystyczna opowieść, autorka jest zupełnie przeźroczysta, choć wiem, że amerykanistka, że zajmuje się ekokrytyką, ale ego się zupełnie nie panoszy. Niesamowita umiejętność.
Z biegiem dni, z biegiem lat… Małe wsie, miasteczka, społeczności przypominają las. Tworzą go różne gatunki drzew, ale nawet przedstawiciele tych samych gatunków różnią się od siebie, a wszystkie te drzewa czerpią siły z tej samej ziemi, ogrzewa je to samo słońce, w liściach szumi ten sam wiatr…
Julia Fiedorczuk ofiarowała czytelnikom wycinek dawnego świata, trudnej przeszłości i jednostek uwikłanych w wielką historię. "Pod słońcem" jest podróżą przez kilkadziesiąt lat przemian, ludzkich tragedii i krótkich uśmiechów losu. Jednak przede wszystkim jest to jedna z najpiękniejszych powieści o życiu, które rzadko spełnia nasze oczekiwania, ale w swoich niedoskonałościach jest dokładnie takie, jakie być powinno.
Przepiękny język powieści sprawia, że od razu wsiąkamy bez reszty w te historie, razem z bohaterami wędrujemy, kochamy, tracimy, szukamy celu. Autorka podkreśla, że opisane przez nią wydarzenia, osoby to fikcja, ale to nieprawda. Każde miejsce na świecie ma swoją szaloną Mariannę, wiecznie poszukującego Miszę, Piotra noszącego w sobie wielki zawód, Ziemakową, która potrafi utulić śmierć… Wszyscy ci bohaterowie żyli przed nami, żyją wśród nas i narodzą się, kiedy nas już nie będzie, bo ludzkie losy, jak pory roku, są powtarzalne.
W powieści Julii Fiedorczuk jest jakaś bolesna autentyczność, prawda o życiu, które nigdy nie układa się tak, jakbyśmy tego chcieli. Życiu w którym ciągle za czymś podążamy, nieustannie do czegoś tęsknimy: do zmarłych rodziców, nienarodzonych dzieci, utraconych kochanków, niespełnionych marzeń.
"Pod słońcem" zamyka w sobie pełne, kompletne życie, ale nie tak, jak zwykle o nim myślimy. To nie tylko losy głównych bohaterów – od urodzenia do śmierci. Bo na ludzkie życie składają się życia innych ludzi – naszych przodków, sąsiadów, wielkie wojny i pamięć inna dla każdego człowieka. Pamięć która zniekształca, stawia akcenty w dowolnym miejscu. A samo życie kończy się i nie kończy jednocześnie, ustaje i trwa w losach kolejnych pokoleń.
"Kiedy człowiek żyje na krawędzi czasu, nie ma obowiązku zważać na kolejność zdarzeń. Wszystko się poluzowuje i w końcu nawet ludzie odpuszczają ".
Styl tej książki jest przepiękny. Zachwycałam się nad mistrzowskim operowaniem słowem, malowaniem rzeczywistości, piekna natury i emocji. Chwyciły mnie za serce opisy przyrody, której nieustanna przemiana splata się z losami bohaterów, którzy choć z pozoru prości, są nieoczywiści i niosą ze sobą przez życie bardzo wiele. Czy możemy przeżyć więcej niż jedno życie? Kim możemy się stać?
"Jak to jest, że łosoś znajduje drogę do morza przez labirynt rzek, że bocian, pokonując tysiące kilometrów, wraca do swojego gniazda, a Jurek, choć szukał i szukał, nie mógł siebie znaleźć?".
W "Pod słońcem" dostajemy splecione ze sobą historie wielu bohaterów żyjących na Podlasiu w trakcie wojny i po niej, dorastających w rytmie odnawiającej się przyrody, meandrujących w rzece wspomnień. Akcji w powieści nie ma zbyt dużo- lektura to powolne płyniecie przez akapity i niezwykły kunszt opowieści. Były momenty, kiedy zastanawiałam się, dokąd zmierza ta powieść, ale prawda jest taka, że nie o to zupełnie chodzi. Naszym zadaniem jest zanurzyć się we wspomnieniach i historiach bohaterów, eksplorować zakamarki ich dziedzictwa i pamięci, w końcu pobudzić wyobraźnię przez piękno natury. Usiąść pod słońcem i dać się porwać tej niezwykle pięknej powieści. To przykład wielkiej mocy słowa wykorzystanego umiejętnie.
Plan na 2020 rok to bliższe spotkania z polskimi autorami – nie bezpośrednie wprawdzie (choć i na te czekam z utęsknieniem), ale literackie. Julia Fiedorczuk zwróciła moją uwagę tematyką, ostatecznie przekonała mnie zaś sposobem jej realizacji, przynajmniej na kilka dni skutecznie przełamując czytelniczy impas ostatnich tygodni. "Pod słońcem" nie jest powieścią doskonałą, ma jednak w sobie mądrość i piękno (nie tylko stylistyczne), które z jej lektury czynią prawdziwą, absolutnie niekłamaną przyjemność. To, co przede wszystkim zwraca uwagę to ryzykowny, ale jakże udany miks gatunkowy: Fiedorczuk łączy w nowej książce elementy powieści psychologicznej, powieści historycznej, ludowej gawędy, oraz baśni, tworząc całość tyleż oryginalną, co hipnotyzującą, okraszoną lekką posypką realizmu magicznego.
Przyznam szczerze, że to nie była miłość od pierwszej strony - trochę mi zajęło zanim zaczęłam doceniać tę książkę. Na początku wydawało mi się, że "Pod słońcem" jest powieścią zbyt chaotyczną, ze zbyt poetyckim jak na mój gust językiem. Po jakimś czasie jednak przywykłam do stylu Julii Fiedorczuk i polubiłam się z nim. "Pod słońcem" to piękna opowieść o życiu codziennym zwyczajnych ludzi. Trudno mi nawet opisać fabułę tej książki, ponieważ na pozór nie dzieje się tam nic szczególnego. Ot, żyją sobie ludzie gdzieś na Podlasiu i przeżywają codzienne radości i troski. Zakochują się w sobie, spędzają ze sobą życie, umierają. A pod powierzchnią kipią subtelne emocje - też takie zwykłe, ale piękne w swojej zwykłości. Śmiało mogę stwierdzić, że lektura "Pod słońcem" to była uczta literacka, którą zapamiętam na dłużej. Nie zrażajcie się proszę, jeśli początkowe strony wywołają u was znużenie i niechęć. To książka, której warto poświęcić swój czas.
Tę piękną książkę napisała poetka i widać tu niebywałą dbałość niemal o każde słowo. Książkę napisała także specjalistka od ekopoetyki, więc postacie nieludzkie - rośliny, zwierzęta, mchy, grzyby, bakterie, rzeki czy krajobraz - zajmują ważne miejsce w tej powieści (i nie jest to opis przyrody z "Nad Niemnem", choć ja sama nie miałam nigdy tego rodzaju uprzedzeń do pisarstwa Orzeszkowej). Szczególnie urzekła mnie końcowa praca organizmów nad przywracaniem naszych ciał przyrodzie - chcemy czy nie, jesteśmy w tym obiegu i do mnie to bardzo przemawia. Cenię również, jak subtelnie - o ile to odpowiednie słowo w tym kontekście - w narrację został wpleciony temat zagłady Żydów i Romów. Można o tym pisać niedosadnie, nie tracąc przy tym ciężaru straty i tragedii, jaka miała miejsce na wielokulturowym Podlasiu. Czekam z niecierpliwością na kolejną powieść.
W pierwszej chwili myślałam, że mam do czynienia ze zbiorem opowiadań, a z krótkimi formami nie jest mi za bardzo po drodze. Po bodajże drugim rozdziale wszystko zaczęło się ze sobą cudownie przeplatać i tworzyć cudowną historię. Bardzo mi to w duszy grało do czasu aż wjechała trupa aktorska z Warszawy - wówczas atmosfera genialnie stworzona przez autorkę spektakularnie runęła.