Gdyby misiek wiedział co go czeka w nadchodzące Święta, najprawdopodobniej właśnie wyjeżdżałby ze Świeradowa w dowolnie obranym kierunku, byle nie w stronę willi swojej teściowej...
Do starej, klimatycznej willi, u stóp Gór Izerskich zjeżdża pewna rodzina. Tegoroczne święta Bożego Narodzenia wszyscy spędzą goszcząc u seniorki rodu. Przy strojony stół, pachnąca choinka i góra prezentów mają już czekać na gości. A przynajmniej tak wszyscy sobie to wyobrażają. Zapowiada się cudowny czas w rodzinnej atmosferze. Co więc może pójść nie tak?
Może to, że seniorki rodu nie zastają w domu, a choinka, zamiast stać, leży na wigilijnym stole. W żadnym razie nie przystrojonym. Do tego ciągle pada: oprócz choinki i śniegu pada również elektryczność i internet, a napięcie wciąż wzrasta za sprawą zaskakujących i niezbyt logicznych działań szwagra, zakały rodziny. Punktem kulminacyjnym staje się nagłe zniknięcie tajemniczego gościa, który również zjawił się w willi, choć nie wiadomo dokładnie, kto i po co go zaprosił.
Tymczasem padający śnieg odcina pensjonat od świata... Świąteczna komedia prawie kryminalna!
U stóp Gór Izerskich, do starej willi, zjeżdża się pewna rodzina na święta. Ma być nastrojowo, tradycyjnie i bardzo rodzinnie. Co może pójść nie tak?
Odpowiedź brzmi - wszystko 😂
Lubię pisarskie skoki w bok jeśli chodzi o gatunek i byłam bardzo ciekawa Marka Stelara w świątecznej komedii. Czy autor sobie poradził? Oczywiście! I to śpiewająco. Ubawiłam się po pachy. I tu muszę wspomnieć o fantastycznym audiobooku, bo mam wrażenie, że interpretacja lektora jeszcze spotęgowała humor zawarty w tej książce.
Było zabawnie, była dobra intryga i były nietuzinkowe postaci. Czego chcieć więcej ? No może tylko kolejnej świątecznej komedii za rok 😊 Polecam!
Skusiłam się na zimowy audiobook w świetnej interpretacji J. Kamieńskiego. Zgrabnie napisana komedia o świątach pewnej rodziny - polskich Griswoldów 😉 Okazało się, że bohaterów poznałam już w zbiorze opowiadań "Kemping Chałupy 9" - takiego Szwagra się nie zapomina.
PITOLENIE NA BOŻE NARODZENIE Nie wiem, jak Marek Stelar mógł popełnić coś takiego. To nie jest książka dla jego czytelników, to jest książka dla wielbicielek Iwony Banach.
Jeżeli lubicie powieści, w których świat zaludniają wyłącznie idioci i bawi was naśmiewanie się z kretynów, to oczywiście czytajcie. Już nie wypominam, że kryminału w tym za grosz, bo wydawca sam ostrzega na okładce, że to historia „prawie” kryminalna. Ale niech chociaż byłaby jakaś akcja, choć jeden bohater, któremu można by kibicować (bo jakoś z żadnym, z dziwnych powodów, nie jestem w stanie się utożsamić), jakiś gram suspensu, jakichś kilka sensownych dialogów, jakiś pomysł, jakiś temat. A jest tylko nuda. No bo, jak długo jesteście w stanie znieść dialogi o niczym, w których chodzi tylko o to, żeby się popisać (wątpliwym) poczuciem humoru? Ile już było opowieści wigilijnych rozgrywających się w górskim domu zasypanym śniegiem, odciętym od świata?
Wytrzymałam dwie godziny audiobooka i przerzuciłam się na druk, żeby można było kartkować strony. Wciąż miałam nadzieję, że wreszcie coś zacznie się dziać, przecież to Marek Stelar. Nic z tego. Aby oszczędzić wam zawodu, zamieszczam krótkie streszczenie, żebyście wiedzieli, co możecie sobie darować.
Jadą. Gadają. Dojeżdżają do pensjonatu w górach. Gadają. Sypie śnieg. Jedzą. Gadają. Piją. Gadają. Dołącza nieproszony gość. Nic z tego nie wynika. Gadają. Hałas w łazience budzi wszystkich. Nic z tego nie wynika. Gadają. Przynoszą choinkę z lasu. Gadają. Dom już całkiem zasypany. Nie ma prądu. Jest prąd. Znowu nie ma prądu. Gadają. Znajdują trupa. A co to za problem? Niech sobie leży. Gadają. Nie na temat. Nic się nie dzieje. Trup nadal leży. Gadają. Wychodzą na dach. Spadają z dachu. Gadają. Ubierają choinkę. Choinka się przewraca. Ubaw po pachy. Stop!
Choć na uwagę ewidentnie zasługuje styl autora i jego umiejętności literackie, to cała reszta leży, kwiczy i nie ma nawet siły śpiewać zimowego szlagieru "Kto wie".
Nic mi tu nie zagrało. Ani pobieżnie zarysowani bohaterowie, ani świąteczny klimat, którego kompletnie nie odczułam podczas lektury, ani gagi rodem ze słabych, produkowanych taśmowo polskich filmów komediowych. Nie uwierzyłam też w samą historię. I choć miała ona głównie dostarczać rozrywki, a nie porażać realizmem, to i w roli poprawiacza nastroju sprawdziła się tak sobie.
Jestem nieco rozczarowana, że zafundowałam sobie takie pierwsze spotkanie ze Stelarem. Mocno chcę jednak wierzyć w to, że po prostu źle dobrałam repertuar. Inny kierunek, inne tereny, inny klimat - przy takich założeniach powinno nam być do siebie bliżej.
Dacie się zaprosić na jeszcze jedne święta? Ale spokojnie, tu nic nie musicie robić, u rodziny Wilkońskich jesteście gościem honorowym. Żadnych przygotowań, przedświątecznego szaleństwa, wystarczy wygodny fotel.
Marek Stelar w komediowej odsłonie? Proszę bardzo. I bez obaw, wyszło naprawdę świetnie, a rodzina Wilkońskich z powodzeniem może konkurować z kultowymi Griswoldami.
Znakomicie się ubawiłam przy tej świątecznej komedii. A o to było naprawdę nietrudno przy tak genialnie wykreowanych bohaterach i wspólnym zjeździe rodzinnym z okazji świąt. Bo jeśli coś mogło pójść nie tak, to oczywiście poszło. Między innymi elektryczność i Internet, co było najbardziej nie w smak najmłodszej części rodziny.
Jest i przedsmak tajemnicy, bo miast gospodyni w postaci babci Malwiny, na miejscu zastają dziwnego gościa, który znika równie niespodziewanie, jak się pojawił.
Jednak hitem tej opowieści są poczynania i dialogi Miśka, ojca rodziny i Szwagra, nieprzewidywalnego dziwaka, którego ten pierwszy gotów jest obarczyć winą za wszelkie zło na świecie, a już przynajmniej w Willi Malwa. Choć i inni członkowie rodziny wspierani specyfikami Pani Janeczki o trudnych do przewidzenia skutkach ubocznych dorzucą swoje trzy grosze do narastającego chaosu.
To nie tylko budząca uśmiech, a nawet głośny śmiech historia, ale również opowieść o rodzinnych relacjach, które odcięcie od świata odziera z pozorów i tajemniczej sprawie do wspólnego rozwikłania.
I co? Skusicie się, by przeżyć te święta jeszcze raz w malowniczym otoczeniu pokrytych śniegiem Gór Izerskich?
"Góra kłopotów" Marka Stelara to książka, którą zdecydowanie widziałabym w formie filmu bożonarodzeniowego. Śnieżny klimat zamkniętego pensjonatu w samym środku gór, przezabawne perypetie bohaterów i atmosfera polskich świat czynią z niej idealny materiał na świąteczny film, chętnie oglądany przez wielu. Jak wypada to w formie książki?
Misiek od początku przeczuwa, że z tymi Świętami będzie coś nie tak. Zaczynając od faktu, że organizowane są w domu jego teściowej, gdzie będzie musiał przebywać z nielubianym i mało rozgarniętym szwagrem. Po przyjeździe okazuje się, że będzie tylko gorzej. Niespodziewanie rozpętuje się wielka śnieżyca, która niweczy planu na leśne wędrówki, jego teściowa okazuje się leżeć w szpitalu, a do drzwi puka zbłąkany nieznajomy. No właśnie. Ale czy to na pewno jest nieznajomy? Dlaczego starsza pani trafiła do szpitala, mimo świetnych wyników? I czy te święta mają szansę upłynąć w spokojnej atmosferze?
"Górę kłopotów" traktuję w kategoriach typowej przedświątecznej rozrywki, gdzie podczas czytania można całkowicie odciąć się od natrętnych myśli i po prostu cieszyć przezabawną i lekką książką. Nie jest pozbawiona wad, ale jeśli szukacie czegoś, co pozwoli zapomnieć o przedświątecznym stresie poleca się waszej uwadze. Znajdziecie w niej wiele żartów i choć nie wszystkie trafiły do mnie personalnie, myślę, że każdy znajdzie choć kilka, przy których zaśmieje się pod nosem.
Do tego klimat polskich świąt i atmosfera odciętego od świata pensjonatu działają na korzyść całej lektury, czyniąc ją jeszcze przyjemniejszą. Sięgając po książkę nie warto nastawiać się na rozwiniętą zagadkę kryminalną, bo stanowi ona jedynie tło całej historii. Jej głównym napędem są skomplikowane relacje rodzinne.
"Góra kłopotów" być może nie okaże się najbardziej ambitną lekturą, jaką przeczytacie w tym roku, ale zdecydowanie musi zwrócić waszą uwagę, jeśli szukacie lekkich świątecznych opowieści, osadzonych w polskiej rzeczywistości. Ja spędziłam przy niej miłe chwile, więc uważam że jest idealnym wyborem na przedświąteczną gorączkę.
3,5 ⭐ Jestem wybitnie zdziwiona bo tego typu książki zazwyczaj mnie nie interesują. tym razem też tak było bo słuchałam jej tylko dlatego że dostałam ją w rocznym TBRze i kolejne miłe zaskoczenie.
nawet zabawna, przyjemna i mało kryminalna. Mocno wciągająca, trochę rodzinna. Idealna na wolne dni żeby trochę się uśmiechnąć i zrelaksować przy niezobowiązującej lekturze
Jestem absolutnie rozczarowana. Wybierając tę książkę do czytania kierowałam się tym, żeby przeczytać coś jeszcze zimowego, lekkiego, śmiesznego, ale niestety wszystko mnie w tej książce praktycznie wkurzało.
1. Narracja - Nie lubię nachalnej narracji, takiej gdzie narrator-autor dosłownie przebija głową czwartą ścianę, wbiegając w nią z rozpędem strusia. Nie mam nic przeciwko łamaniu czwartej ściany, ale wolę kiedy jest to oczko puszczone do czytelników, lekki żarcik, a nie to, co było tutaj. Szczególnie denerwowało mnie to na początku. Autor zamiast naturalnie wprowadzić opisy, czy to postaci, czy to willi, zrobił to na zasadzie ,,A teraz czas przedstawić bohaterów..." co było moim zdaniem bardzo sztuczne.
2. Bohaterowie - główny bohater dosłownie doprowadzał mnie do szału. Widziałam, że autor dosłownie silił się na żart, byle tylko Michał był zabawny, ale absolutnie nie był. Zarówno to co robił, jak i mówił było zwyczajnie oderwane od rzeczywistości, bez sensu. Michał nie powiedział nic, co faktycznie mogłoby rozbawić czytelnika. Wszystkie jego ,,żarciki" były na poziomie podstawówki albo opierały się na zwykłym dogryzaniu Szwagrowi. Scena z rozwiązywaniem krzyżówek: dlaczego Michał na przeciwieństwo tezy powiedział antylopa? Bo chciał być taki zabawny ? Taki macho? Tak bardzo chciał dopiec Szwagrowi? Sam fakt, jak bardzo Michał robił z szwagra debila. Rozumiem, że zarówno Szwagier jak i Michał mieli być postaciami komicznymi, ale efekt był zupełnie odwrotny od zamierzonego. Co więcej, kiedy Michał z Jackiem odkrywają w łazience ,,zabitego" Stefana, to co robią? Palą sobie skrętna. No XD. A następnie rozmawiają o życiu. W ogóle, oprócz powierzchownych komentarzy na temat zmarłego, temat ten zostaje ominięty. Panowie wolą podyskutować o marihuanie. Zupełnie nierealne podejście i reakcja. Dalej, sam fakt, że Michał w żaden rodzicielski sposób nie zareagował na to, że jego syn ma styczność z narkotykami. Zamiast tego poklepał go po plecach, pochwalił i sobie z nim zapalił. I to miało być zabawne ? Żałosne. A pozostali bohaterowie byli tak naprawdę tłem - nic nie wnieśli, nic nie zrobili.
3. Postać Szwagra - najlepiej znaleźć sobie chłopca do bicia i walić go po twarzy przez całą książkę. Mam wrażenie, że Szwagier był jedyną postacią, która cokolwiek robiła, działała. Ale i tak, oczywiście, wszyscy musieli na nim wieszać psy - bo głupi, bo taki, siaki i owaki. Naprawdę było to już męczące.
4. Wątek kryminalny - a właściwie pseudo kryminalny. Jest sobie Stefan, którego na dwa dni przed Wigilią Michał i Jacek znajdują ,,martwego" w łazience. I właściwie, nic sobie z tym nie robią. Nie zastanawiają się nawet, kto mógłby być mordercą, ani co zrobić z ciałem. Stwierdzają, że zajmą się tym po świętach i wysypują na Stefana koci żwirek. Żaden z pozostałych bohaterów też się Stefanem nie zainteresował. Nie ma, to nie ma. Odjechał, to odjechał. Czym tu się przejmować. Co z tego, że nie miał jak wyjść bo jest śnieżyca za oknem. Jak nie ma to nie ma. Potem nagle we Wigilię Stefan się pojawia! Wcale nie zginął, zemdlał. I co, ja mam uwierzyć, że on tak leżał dwa dni w łazience w tym żwirku kota, zemdlony, z śrubokrętem wbitym w brzuch i nic mu nie było? Nikt nie zauważył, że jednak żyje? Nikt się nie zastanawiał, gdzie był Stefan jak go nie było? Dosłownie dramat.
Znalazłabym pewnie jeszcze masę innych rzeczy, które mnie wkurzały, ale co się będę rozpisywać. Nie podobało mi się i tyle w temacie XD
Serdecznie nie polecam.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Griswoldowie przyjechali do Świeradowa - Zdroju - oto, co mi przyszło do głowy tak mniej więcej po przeczytaniu setki stron powieści Marka Stelara. Moim ulubionym świątecznym 🎄🎄🎄 filmem wcale nie jest "Kevin sam w domu", ale "W Krzywym Zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju" - oglądam go co roku i za każdym razem śmieszy mnie tak samo, choć doskonałe znam wszystkie gagi. W tym filmie Clark Griswold chce urządzić idealne, rodzinne święta Bożego Narodzenia, ale wszystko się wali... Choinka 🎄🎄🎄 płonie, lampki do ozdoby domu nie chcą się święcić, a do tego pojawiają się niezapowiedziani goście, z których jeden to chodząca katastrofa. W książce Stelara również pojawia nieoczekiwanie postać z przeszłości rodziny, a osobą, która generuje kłopoty jest Szwagier. Ten mieszkający w górskim pensjonacie syn seniorki rodu jest - jak mówią o nim inni członkowie rodziny - inteligentny jak parkomat albo krzyżówka rozwielitki, moździerza i tłuczka do mięsa. Ale od początku... Oto Misiek (znaczy Michał) wraz z żoną i nastoletnim synem 21 grudnia przyjeżdżają w góry, by spędzić święta Bożego Narodzenia 🎄🎄🎄 w klimatycznej, starej willi (na co dzień będącej pensjonatem), należącej do teściowej. Misiek wolałby co prawda spędzić ten czas na przykład na Teneryfie, ale no cóż, jest jak jest. Na miejscu okazuje się, że seniorka rodu jest właśnie w szpitalu, choć ma zostać wypisana w Wigilię. Świeradów - Zdrój wygląda bajkowo, bo śniegu napadało wyjątkowo dużo. Tyle że ogromne ilości białego puchu stają się początkiem problemów przedświątecznych. A potem, niczym u Griswoldów, zaczynają się kłopoty, jeden za drugim, a każdy coraz większy. Łącznie ze znalezieniem trupa... Tu zrobię kropkę, by zbyt dużo nie zdradzać. Książka Marka Stelara podoba mi się nie tylko z powodu skojarzeń ze wspomnianym filmem. Nudzi mnie bowiem większość świątecznych powieści, których finałem jest romans, spotkanie dawno niewidzianych kochanków albo sielanka skłóconej dotąd rodziny. Tym razem fabuła jest całkiem inna. 🎄🎄🎄 Mam nadzieję, że autor będzie kontynuował świąteczną książkę. Chętnie przeczytam "Górę kłopotów 2", a może też 3, 4 i 5 część.
To sympatyczna historia z rodziną, którą można polubić – trochę naiwna, ale wciągająca. Niestety główny bohater okazał się prawdziwym koszmarem - wszystko wiedział najlepiej, na wszystkim się znał, a do tego pojawiały się nieustanne żarty z "przygłupiego" szwagra. Niestety minusy przeważały nad plusami.To sprawiło, że książka była ciężka do przebrnięcia.
Rodzina Wilkońskich – Michał, Bożena i ich nastoletni syn Jacek wybierają się do Świeradowa Zdroju, aby spędzić rodzinne Święta w willi seniorki rodu i mamy Bożeny. Michał, którego wszyscy nazywają Miśkiem, nie za bardzo ma ochotę spędzić czas w tym gronie, a swoje niezadowolenie wyraźnie pokazuje podczas podróży. Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że seniorki, która zaprosiła wszystkich na Święta nie ma w domu. Rolę gospodyni przejmuje jej najlepsza przyjaciółka, która mieszka razem z nią w willi. Obecny jest również Szwagier, czarna owca rodziny. Ma być miło, przyjemnie, sielsko, anielsko. Czy coś może pójść nie tak? Może. Śnieg ciągle pada, w konsekwencji zostają odcięte prąd i Internet, a w końcu cały pensjonat traci kontakt ze światem. W pencjonacie pojawia się niespodziewany gość i nie wiadomo, kto i po co go zaprosił. A to nie koniec niespodzianek. Bo ten gość znika równie niespodziewanie jak się pojawił. Zaczynają się kłopoty.
Chociaż Marek Stelar ma na swoim koncie już wiele powieści, „Góra kłopotów” jest jego pierwszą świąteczną komedią lekko kryminalną, swoistym eksperymentem w karierze pisarskiej autora. Jak mu wyszedł ów eksperyment? Zadziwiająco dobrze. Zagadka kryminalna, która mnie w powieści interesowała najbardziej, jest zgrabnie napisana. Pojawia się nawet trup, czego w tej lekkiej wersji się nie spodziewałam. Tym bardziej, że tuż przed Świętami mieszkańcy zostają odcięci od świata z powodu śnieżycy i praktycznie całe dnie spędzają w jednym budynku. Skąd więc ten trup? Który z domowników przyczynił się do tego, że trup w tym domu w ogóle się pojawił?
Muszę przyznać, że dobrze się bawiłam podczas lektury, jednak nie do końca jestem zadowolona z poczucia humoru Miśka, z którego perspektywy opowiadana jest ta historia. Z jednej strony taki humor do mnie trafia, z drugiej, im więcej Misiek naśmiewał się ze Szwagra i robił to nie tylko w swojej głowie, tym większe ciarki żenady mnie przechodziły. O ile dobrze zrozumiałam, Szwagier to osoba chora, i nie jest istotne, czy chora z powodu wypadku z udziałem spadochronowej linki czy czegoś zupełnie innego. Nie podoba mi się wyśmiewanie się z osób z jakimikolwiek zdrowotnymi defektami. To nie jest ani w porządku, ani na miejscu. A właściwie cały humor w powieści na tym właśnie się opiera. Prawie, bo Misiek lubi ponaśmiewać się też z innych osób z rodziny. Co ciekawe, akurat do reszty rodziny nie ma odwagi wyrazić swojej opinii bezpośrednio. Mimo to książkę przeczytałam z zaciekawieniem i nieco z zazdrością o przepiękne okoliczności przyrody, w których bohaterowie mogli spędzić Święta. I o tak liczne grono, w którym mieli możliwość przebywać. To mieszanka tak bardzo różnych charakterów i barwnych osobowości, że aż dziw bierze, że byli w stanie przez te kilka dni razem funkcjonować, jakoś się dogadywać i się nie pozabijać. Nie zabrakło przeróżnych wpadek, sporów, niedomówień, docinków, działy się rzeczy naprawdę przedziwne i cudem chyba udało się tej rodzinie zasiąść do wspólnej wieczerzy. Mimo wszystko, nawet mimo niewybrednego poczucia humoru Miśka, czuć w tej rodzinie miłość, przywiązanie, troskę i siłę. Wyraźnie odczuwalny jest też w powieści świąteczny klimat, za co ode mnie plus. I jeszcze jeden dodatkowy za sierściucha, którego pokochałam od pierwszej wzmianki o nim w powieści, a który dostarczał domownikom dodatkowych wrażeń.
„Góra kłopotów” to lekka, sympatyczna opowieść w świątecznym klimacie, z trupem i skomplikowanymi relacjami rodzinnymi w tle. Książka jest lekka i szybko przyswajalna. Wolę klasyczne kryminały autora, jednak i tę książkę przeczytałam z przyjemnością, może poza momentami irytacji na niezbyt wyszukane, celujące głównie w jedną osobę żarty Miśka. Warto sprawdzić tę książkę samemu, do czego oczywiście zachęcam.
Wg mnie 3,5 ☆, ale podciągam do 4☆ bo jestem w świątecznym nastroju plus Misiek to totalnie mój człowiek. Fajna, lekka lektura z humorkiem, a lektor w audiotece naprawdę świetnie zinterpretował (choć przyznam, że musiałam się chwilkę przyzwyczaić). Czuć klimat może nie tyle Świąt, co atmosfery przedświątecznej w każdym polskim domu (no brakuje tylko kłótni o krojenie sałatki) i górskich, zaśnieżonych okoliczności przyrody. Idealna na obecną porę roku książka.
to, co zapamiętałam z tej książki: śnieg, karbunkuł, szwagier, wigilia. do tego mnóstwo dialogów i... humoru, który niestety kompletnie do mnie nie trafił 😑
Całkiem dobra książka, choć to niezbyt porywająca historia. Lekka i zabawna więc przyjemnie się czytało. Nie sięgnę raczej po drugą część, ale nie żałuję czasu poświęconego tej lekturze.
Miałam na koncie jeden kryminał Marka Stelara. Zobaczyłam jakiś czas temu to. Przeczytałam właśnie posłowie, w którym autor wspomina, że potrzebował odskoczni od mrocznych historii i było to dla niego wyzwanie. Uważam, że podjął je z powodzeniem. Bardzo przyjemny, lekki i nieco zadziorny styl wyłania się z tej komedii świątecznej - tak ją nazwę. Podobają mi się te wszystkie rodzinne perypetie i zabawne dialogi zamknięte praktycznie w murach jednego domu. Bardzo dobry język pisarski świetnie dostosowany do nowych realiów gatunkowych, płynie się przez strony z uśmiechem na ustach. Może mogłoby być nieco więcej akcji, bo pomysły na wydarzenia przed świętami mają spory potencjał, ale trochę słabo się to wszystko rozkręciło.
Na koniec mam jedno skojarzenie. Kojarzycie taki film "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie"? Albo "8 kobiet"? Dla mnie czytanie "Góry kłopotów" miało bardzo adekwatny klimat. Grupa ludzi, podejrzenia, kłamstewka, sytuacje i dialogi krzyżujące się w swoistej tragikomedii. Przyjemne, lecę z drugą częścią :)
Tytuł w 100% oddaje fabułę - jest góra (a dokładnie Góry Izerskie) oraz są kłopoty (i to dużo).
Cała rodzina zjeżdża do seniorki rodu, by wspólnie celebrować Święta Bożego Narodzenia. Są prezenty, jest masa jedzenia, choinka i śnieg. Co może pójść nie tak? Delikatnie rzecz ujmując... wszystko 🤯
Książka jest zdecydowanie komedią - jest lekka, zabawna i szybko się ją czyta. Czy jest absurdalna? Zdecydowanie! Czy humor nie zawsze jest trafiony? Jak najbardziej! Czy jest to ambitna lektura? Nie do końca... Jednak ja się dobrze bawiłam i kilka razy parsknęłam śmiechem 🤭
Jak chcesz oderwać się od świątecznego szału i po prostu odpłynąć to koniecznie przeczytaj 💯
Czy poczułam klimat świąt i zimy? Świąt minimalnie, zimy baaardzo ❄️
PS Co prawda nie podoba mi się popularyzacja alkoholu, narkotyków i wyśmiewania się, ale myślę, że Autor tak to zaplanował, więc można przymknąć na to oko 👀