„Czegoś Ty się spodziewała?! Przecież wszyscy pisali, że to smutna książka, powinnaś być na to przygotowana!” — tak właśnie łajam się w myślach od wczoraj, kiedy skończyłam czytać „Wrony” Petry Dvořákovej. Bo przygotowana absolutnie nie byłam i do teraz zbieram się z podłogi, nie mogąc uporządkować myśli ani uspokoić emocji. To powieść, która dobitnie przypomniała mi, dlaczego tak bardzo kocham czytać i jak wielki wpływ na moje życie mają wybierane i czytane przeze mnie historie.
Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że „Wrony” rozdziobały mnie wczoraj żywcem. Myślałam, oddychałam i żyłam jedynie tą historią, wchłaniając ją w siebie i jednocześnie chcąc uciec od niej jak najdalej.
Usiłowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jakakolwiek inna powieść wzbudziła we mnie tak wiele gwałtownych emocji i…chyba sobie przypomniałam. To było lata temu, kiedy czytałam „Zielone sari” Anandy Devi. To wprawdzie książka o zupełnie innym ciężarze gatunkowym, ale z łatwością odnalazłam punkty wspólne - i Dvořákova, i Devi piszą o okrucieństwie, które nadciąga z najmniej spodziewanej strony — od rodzica. Piszą o przemocy i obojętności tam, gdzie spodziewamy się znaleźć opiekę, troskę i zrozumienie. Każą nam z bliska przyglądać się mikroświatom, w których nie można mieć nadziei na happy end.
Czym jest dla mnie czytanie? Wielkim, światowym kursem empatii i współodczuwania. Bardzo bolesnym, ale jakże potrzebnym.