To moje trzecie spotkanie z Dehnelem i o ile dotąd byłam zachwycona, o tyle teraz zaczynam rozumieć tych, których ten autor drażni.
Troszkę tutaj przeszarżował, troszkę go poniosło. A z drugiej strony - nieco mi to wszystko zalatuje chwilami amatorszczyzną. Być może gdyby przepych, erudycja i brawura stylistyczna niosły za sobą coś więcej (więcej, niż tu dostałam, a dostałam za mało), byłyby całkowicie usprawiedliwione. A tak, miałam momentami wrażenie, że są to puste jak wydmuszka ozdobniki, a za nimi nie kryje się ani nic wybitnie odkrywczego, ani pięknego, ani ważnego.
Być może odebrałabym te opowieści inaczej (i bardziej by mi się spodobały), gdybym znała "Komedię ludzką" Balzaca, do której nawiązują? Nie czytałam i nie znam, więc nie mogę się odnieść. Ale jestem rozczarowana, nieco rozdrażniona i zmęczona prozą, w której dzieje się bardzo dużo, ale która bardzo niewiele pozostawiła we mnie.
Kilka razy uśmiechnęłam się z rozkoszą nad jakimś wybitnie zgrabnym fragmentem, kilka postaci na pewno zapadnie mi na długo w pamięci, raz się chyba wzruszyłam, no i ogólnie, jeśli chodzi o treść i tzw. przesłanie - jestem na tak: mnie również najbardziej w świecie mierzi drobnomieszczaństwo, kołtuństwo, pusta chciwość. Ale jednak to wszystko za mało, by się tak naprawdę zachwycić. Szkoda.