Niebanalne i cudownie absurdalne połączenie kryminału, fantastyki i słowiańskich wierzeń ze swojskością polskiej prowincji i wybornym humorem.
Wisłowice to osobliwe miejsce – żarliwa wiara katolicka miesza się tu z pogańskimi praktykami i zabobonami, nocą za oknami słychać stukot czarcich kopyt, a mieszkańcy wsi wciąż korzystają z usług medycznych mieszkającej w leśnej głuszy Zielarki. Jedynym współczesnym elementem lokalnych gospodarstw jest sprowadzony z konieczności do wisłowickich domów telefon. Gdy pewnego dnia zadzwoni w domu państwa Sosnów, ich spokojne życie zmieni się nie do poznania…
Jedna z mieszkanek wsi zostaje znaleziona nieprzytomna, a obrażenia na jej ciele sugerują atak wilkołaka. Niedługo później napastnik uderza ponownie, a sołtys Wiktor Nałęcki, sceptyczny wobec ludowych wierzeń, postanawia zgłosić sprawę do miejskich organów ścigania. Ta decyzja wzbudza mieszane uczucia, miastowi nie cieszą się w Wisłowicach zaufaniem. Do rozwiązania sprawy Wilkołaka z Wisłowic przybywa ekscentryczny komisarz Radzkin. Szybko okazuje się, że obawy mieszkańców były uzasadnione. Rozpoczyna się polowanie na czarownice… dosłownie.
Jeśli Twoja odpowiedź brzmi "tak", to musisz sięgnąć po ,,Legendę Ludową". Czeka na Ciebie fantastyczna lektura, dobry humor i nieco grozy idealnej na jesienne wieczory. 😉
Nie będę ukrywać, ale jak tylko zobaczyłam tę okładkę, wiedziałam, że mi się spodoba! Skojarzyła mi się z serią o Żniwiarzach, Pauliny Hendel, którą bardzo lubię. Moja intuicja mnie nie zawiodła, dostałam od książki wszystko, czego oczekiwałam. No prawie... 😁
Poprzez "prawie" mam na myśli to, że zabrało mi w lekturze nieco więcej słowiańskości. Niestety samych demonów i wierzeń słowiańskich nie było tu zbyt wiele, cała historia jednak głównie skupia się na rodzinie Sosnów.
A pomijając ten fakt, czytanie oraz po części słuchanie jej w audiobooku, to była dla mnie czysta przyjemność. Nie mogłam się oderwać. Książkę pochłonęłam bardzo szybko. Duży plus dla autorki za całkiem dobry humor i za stworzenie takiej bohaterki, jak Obszczydupka. Nie jest to postać, którą się lubi, ale dodaje charakteru całej historii i wkurza wszystkie postacie.
Jeśli lubisz takie elementy jak: zamkniętą grupę społeczną, motyw swojskości, wierzenia słowiańskie (demony), prosty lecz trafiony humor, rozwiązywanie zagadek, to książka powinna Ci się spodobać. 😃👌 Mam szczerą nadzieję, że szybko pojawią się kolejne tomy!
Kolejny genialny debiut! Świetna historia napisana przyjemnym językiem i z ogromną dawką humoru. Dawno nie bawiłam się tak dobrze przy żadnej książce. Chcę drugi tom i to jak najszybciej ❤️
Ta książka jest cudowna! Dawno się tak nie uśmiałam podczas czytania, wydarzenia tak mnie pochłonęły, że zapomniałam, że w ogóle czytam, a audiobook to mistrzostwo. Niech ta seria nigdy się nie kończy 💕
Przychodzę do Was z debiutancką powieścią Karoliny Derkacz, która w świetny sposób połączyła kryminał z elementami fantastyki, dorzucając garść dobrego humoru.
W Wisłowicach życie toczy się spokojnie, codzienna rutyna, codzienne obowiązki, do czasu aż w lesie jedna z mieszkanek wsi zostaje znaleziona nieprzytomna, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że był to atak wilkołaka. Spokój zostaje zaburzony, a państwo Sosnowie mocno angażują się w sprawę. Niedługo później znaleziona zostaje kolejna ofiara, a sołtys postanawia wezwać miejskie służby porządkowe. Mieszkańcom wsi się to nie podoba, nie chcą tutaj żadnego komisarza i wyczuwają, że wyjdą z tego nie lada kłopoty. Cóż… Mieli rację, bo komisarz próbuje zając się wszystkim tylko nie tym czym powinien…
Powiem Wam, że genialnie się bawiłam. Karolina Derkacz ma świetne pióro, a jej sposób prowadzenia historii sprawił, że ciągle miałam ją w głowie. Akcja powieści nie dzieje się w czasach współczesnych, a jednym elementem współczesności jest telefon w domu państwa Sosnów.
Autorka wprowadza nas w życie mieszkańców wsi, które wcale nie jest takie monotonne i zwyczajne jak mogłoby się wydawać. Mieszkańcy nie są zadowoleni z sołtysa, jeden z drugim ma ze sobą na pieńku, tam mieszka zielarka w rozpadającej się chacie, tutaj Obszczydupka znowu dobiera się do męża Sosnowej. Ogólnie to momentami przysłowiowy cyrk na kółkach, który mnie totalnie kupił! Połączenie tego wszystkiego sprawia, że ja jako czytelnik wcale w Wisłowicach nie czułam się obco. Wręcz przeciwnie.
„Legenda Ludowa” to kawał książki, bo liczy sobie około sześciuset stron, jednak ja osobiście wcale tego nie odczułam, bo dzieje się naprawdę dużo, a czyta się ją błyskawicznie. Wbrew pozorom sprawa, którą mieszkańcy mogliby w spokoju rozwiązać o wiele szybciej zaczyna się komplikować przez komisarza, który przybył do Wisłowic na pomoc przy poszukiwaniu sprawcy. Niestety komisarz okazał się zbyt czepialski, albo zbyt ambitny i zorientował się, że we wsi nie koniecznie wszystko funkcjonuje zgodnie z prawem. Postanawia temu zaradzić komplikując przez to tak naprawdę… wszystko, a zwłaszcza codzienne życie mieszkańców. W tym całym chaosie, który nastał po przybyciu komisarza wciąż poszukiwany jest wilkołak, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze polowanie na czarownice!
Dodatkowo książka serwuje czytelnikom słowiańską mitologię, pogańskie praktyki i zabobony, co nadaje jej niezwykłego klimatu, którym może się pochwalić.
„Legenda ludowa” zapoczątkowała serie „Cudawianki” i jestem szalenie ciekawa kolejnego tomu!
Polecam z całego serca, a dla tych co trochę obawiają się „cegiełek” trust me - nie pożałujecie!
Nie była zła, ale wspaniała też nie. Miała przyjemny klimat, ale bardzo stereotypowych bohaterów. Jadwiga jest typową wiejską babą, która kojarzy mi się z bohaterkami Rancza. Nie jest to nic złego, po prostu nie jest to coś co ja lubię. W pewnym momencie bardzo mnie nudziła fabuła, książka mogłaby trochę skrócona i nic by się nie stało. Ostatni rozdział mnie zaskoczył i raczej sięgnę po dalsze części.
Przed sięgnięciem po powieść Karoliny Derkacz Legenda ludowa, czytałam kilka pozytywnych recenzji, które traktowały o świetnym humorze i sporej dawce motywów słowiańskich. Więc gdy w mojej apce EmpikGo pojawił się audiobook czytany przez wyśmienitego Wojciecha Masiaka, postanowiłam sprawdzić, co się dzieje w Wisłowicach.
Witajcie w Wisłowicach. "Wisłowice to osobliwe miejsce – żarliwa wiara katolicka miesza się tu z pogańskimi praktykami i zabobonami, nocą za oknami słychać stukot czarcich kopyt, a mieszkańcy wsi wciąż korzystają z usług medycznych mieszkającej w leśnej głuszy Zielarki. Jedynym współczesnym elementem lokalnych gospodarstw jest sprowadzony z konieczności do wisłowickich domów telefon. Gdy pewnego dnia zadzwoni w domu państwa Sosnów, ich spokojne życie zmieni się nie do poznania…
Jedna z mieszkanek wsi zostaje znaleziona nieprzytomna, a obrażenia na jej ciele sugerują atak wilkołaka. Niedługo później napastnik uderza ponownie, a sołtys Wiktor Nałęcki, sceptyczny wobec ludowych wierzeń, postanawia zgłosić sprawę do miejskich organów ścigania. Ta decyzja wzbudza mieszane uczucia, miastowi nie cieszą się w Wisłowicach zaufaniem. Do rozwiązania sprawy Wilkołaka z Wisłowic przybywa ekscentryczny komisarz Radzkin. Szybko okazuje się, że obawy mieszkańców były uzasadnione. Rozpoczyna się polowanie na czarownice… dosłownie."
Parodia polskiej wsi. Trochę mam mieszane uczucia po odsłuchaniu tej powieści.
Bo po pierwsze, jest ona niespójna. Niby mamy czasy współczesne, a ludzie we wsi pomykają na furmankach, w polu zamiast traktora używają konnego zaprzęgu, a telefonu (stacjonarnego!) boją się jak diabeł święconej wody. Przyznaję jednak, że już byłam gotowa „łyknąć” ten lekko średniowieczny „setup” polskiej wsi, ale gdy do akcji wkroczyła czarownica latająca na spalinowej miotle, to po prostu odpadłam.
Po drugie, humor w tej powieści miał się wręcz wylewać z hektolitrami, a ja jedynie (poza kilkoma sytuacjami) widziałam schematycznych wiejskich bohaterów, którzy drą między sobą koty, rozsiewają plotki i obrzucają się wyzwiskami. Szkoda, bo te przerysowane postacie mogły wnieść sporo ironii i czarnego humoru do fabuły, o ile by się ona „kleiła”, a gagi sytuacyjne nie były tendencyjne i powtarzalne (szczególnie te między Jadwigą Sosną i Obszczydupką — gdzie swoją drogą częstotliwość pojawiania się tego przezwiska w różnych formach przekroczyła wszystkie możliwe normy).
Po trzecie nie ogarnęłam, jak w tej powieści działa prawo. Z jednej strony bohaterowie wiedzą, że nie można włazić im do chałupy bez nakazu, ale z drugiej szeryf, który właśnie przybył do wioski w jakimś konkretnym celu, leje na niego ciepłym moczem i poluje na czarownice, zastrasza ludzi oraz wlepia mandaty za jazdę na rowerze.
Po czwarte gdzieś tam w opisach pojawiło się coś o słowiańskich wierzeniach, a na przestrzeni całej powieści pojawił się tylko wilkołak i no może jeszcze Zielarka, która tam pichci różne mikstury.
Jak już wspomniałam o wilkołaku, to jedyne co mi się ciśnie na usta to WTF!
Dalej nad powieścią znęcać się nie będę, bo nie ma sensu. Jest ona po prostu rozczarowująca i nijaka, dlatego też Wisłowice są dla mnie „tematem” zamkniętym i nie zamierzam do nich wracać.
3,75 ⭐ Lekka i zabawna. Momentami trochę denerwująca (Jadwiga i Barbara doprowadzały mnie czasami to wściekłości swoim zachowaniem). Zakończenie zachęca do sięgnięcia po dalszy tom (oby ukazał się szybko).
To. Było. Świetne. Miejsce akcji idealnie komponuje się z czasem akcji oraz z samą akcją. Uwielbiam w tym wątki mitów słowiańskich, które są idealnie wplecione w fabułę.
7/5⭐ to jest coś idealnie wpadającego w moje gusta czytelnicze. Kocham tą książkę, ale wygląda ona jak typowa polska wieś, jak ktoś jest ze wsi to wie o czym mówię. Co nie zmienia faktu, że ja moją wiochę kocham i ta książka też jest już w moim serduszku
Ta książka jest dobrym przykładem na to, że można mieć fajny pomysł, ale z wykonaniem to już różnie bywa.
Jak sobie wyobrażacie stereotypową wieś? Plotkary, kościółek, w niedzielę rosołek? Dodajcie tylko do tego przepisu pogańskie praktyki oraz szczyptę zabobonów i usług Zielarki, a otrzymacie miejscowość o nazwie Wisłowice. Pewnego dnia jedna z mieszkanek Wisłowic zostaje zaatakowana przez wilkołaka. Potem następuje drugi atak, a sołtys, nie wierząc w zabobony, wzywa na pomoc policję. W całą sprawę zaangażuje się pewna żywiołowa rodzinka. Na tym przerwę opowiadanie o czym jest ta książka.
No cóż. Pomysł wydawał się fajny. Przez tę książkę w zasadzie można szybko przepłynąć, bo jest lekko napisana. Jednak na tym koniec większych zalet. Autorka jest troszeczkę niekonsekwentna jeśli chodzi o budowanie całego klimatu. Mamy wieś. Patrząc na zachowanie bohaterów i to jak oni się wyrażają to raczej mamy mocne przejawy współczesności, ale w ich otoczeniu znajdują się niektóre sprzęty, których większość już nie stosuje, bo obecna technika dostarczyła nam dobrą alternatywę. W zasadzie przez całą książkę kłóciło mi się to w głowie i do samego końca nie połączyłam tych dwóch skrajności. Drugim mankamentem, dosyć istotnym, jest humor. Nie moja bajka. Ja wiem, że mam już swoje lata i coś co dawniej by mnie rozbawiło to teraz patrzę na to z politowaniem. Jednak nie rozumiem zabiegu tworzenia śmiesznych nazwisk takich jak często występująca Obszczydupka. Tak, jest tam takie nazwisko i jest ono z uwielbieniem wykorzystywane. Nie wiem czy to miało powodować za każdym razem parsknięcie śmiechem przez czytelnika, ale na mnie to nie podziałało. Kłótnie pomiędzy kobietami, bo ponoć jedna drugiej chciała zgarnąć męża pod pierzynę - ech. Inne sytuacje tworzone przez autorkę, za pierwszym razem mogły być lekko poprawiające humor, ale potem to mi się zlało w jedną masę. Trzecim mankamentem jest wątek kryminalny, który był taki sobie. W zasadzie szybko wylatuje on z głowy, bo bardziej skupiamy się na tym jak bohaterowie drą koty między sobą. Też szkoda trochę, że autorka wykorzystała całą masę stereotypów, by stworzyć swoje Wisłowice. Nie jest to świeży pomysł i nie robi już takiego wrażenia jak dawniej. Miał powstać klimat słowiański i ponoć swojskość polskiej prowincji.. pierwsze w ilości co kot napłakał, a drugie bardzo nieaktualne.
Uwaga, uwaga, w Wisłowicach grasuje wilkołak! Strzeż się, kto żywy (a zwłaszcza wy, młode dziewczęta kręcące się samotnie po wiosce i okolicznych lasach). Mieszkańcy, nie czekając na pomoc nieudolnych służb, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i schwytać bestię. Z pomocą latającej na miotle spalinowej zielarki i grabarza przygotowującego nalewki z pigwy rosnącej na cmentarzu, sołtysa, który lubi walki na pięści i rodziny Sosnów - naszych głównych bohaterów.
Absurd goni absurd, logiki tu za grosz, humor miejscami dość prostacki... Ale! Czyta się to niezwykle szybko (mimo pokaźnych rozmiarów) i jeśli nie będzie się za bardzo doszukiwać w treści sensu i na wiele rzeczy przymknie oko, to lektura może nawet sprawić trochę frajdy. Jeśli tej logiki zaczniemy jednak szukać, to wszystko zacznie się rozjeżdżać, bo tak właściwie nie wiadomo, co to jest - kryminał, fantastyka, obyczajówka? Czyta się to trochę jak parodię czegoś, co już znamy, bo mnóstwo tu wyświechtanych motywów i stereotypów, ale dla mojej wymęczonej w ostatnich dniach gorączką głowy jako prosta rozrywka sprawdziło się idealnie.
Jak czytamy na okładce książki, Legenda ludowa jest “cudownie absurdalnym połączeniem kryminału, fantastyki i słowiańskich wierzeń ze swojskością polskiej prowincji i wybornym humorem”. Bazując na tej informacji oczekiwałam lekkiej komedii, powieść okazała się jednak nie tyle komedią, co dość toporną parodią z aspiracjami do satyry. A przynajmniej ja to tak odbieram – mnóstwo jest tu entuzjastycznych opinii, więc możliwe, że po prostu moje poczucie humoru niekoniecznie zgrywa się z tym autorki i innych czytelników.
Spodziewałam się czegoś bardziej w stylu 'Szeptuchy' Miszczuk - połączenia nowoczesności z dawniejszymi czasami, ale tego nie dostałam *choć nie miałabym pojęcia, gdzie umiejscowić tę historię na osi czasu* Najbardziej przypadł mi do gustu pan Sosna i Barabasz *kot zawsze na probsie*, a spalinowa miotła latająca powodowała wybuchy śmiechu. Mimo tego uważam, że całość była zbyt przegadana, ponieważ za dużo się nie dzieje na tylu stronach 'Legendy ludowej' 🤷🏻♀️
Uprzedzam, zanim podejmiesz się dalszego czytania musisz wiedzieć, że będzie mnóstwo śmiechu, ale i chwilami strasznie, a to wszystko przykryte pierzyną dawnych ludowych wierzeń w różnego rodzaju zabobony, takie jak wiedźmy, czart, diabły wilkołaki. Jeżeli chcesz wiedzieć co uwielbiam w fantastyce, to przeczytaj tę książkę. Masz w niej wszystko to, co jest fantastyczne przy lekturze tego rodzaju, a mowa przede wszystkim poczucie humoru i te cięte riposty, jakie śle Jadwiga pod adresem sąsiadki, o której cała wieś wie i nie szczędzi języka. Oczywiście mąż Zdzisław i córka Barbara mają inne podejście, lecz więcej to już sami się przekonacie. 560 stron, a myślałam, że to chwila i teraz muszę czekać na tom drugi. Wisłowice to urokliwe miejsce, w którym takie historie jak ta może trafić się wszędzie, więc zachęcam do przeczytania, a może wtedy będziesz wiedział, jak zapobiec pewnym sytuacjom, które mogą spotkać cię lub twojego sąsiada. Pewnie każdy z was wie, że życie na wsi, jak i w małych miasteczkach charakteryzuje się tym, że wszyscy o wszystkim wiedzą. Można żyć w miłości i wdzięczności sąsiedzkiej, ale też można być czarną owcą całego miasteczka. Jak do bywało z nowoczesnością często i gęsto spotykało się to z odrzuceniem. Tak było np. z linią telefoniczną w Wisłowicach, lecz ten jeden telefon przyniósł masę sytuacji, które wywróciło spokojne życie mieszkańców w gonitwę zamartwień i walki o bezpieczeństwo swoje i swoich pociech. Moim ulubionym gatunkiem to właśnie fantastyka i mniej więcej ludowe wierzenia, gdzie stykają się z wiarą katolicką, a jeżeli doprawiona jest fantastycznymi bohaterami, to mamy kawał fantastycznej literatury, która umili weekendowe chwile. Zapraszam na stronę wydawnictwa lub strony książkowe w celu zapoznania się z opisem i ręczę, że jeżeli właśnie lubisz opowieści o diabłach, chochołach, wilkołakach, wiedźmach czy czartach diabelskich to w tej książce przeżyjesz pościg za czymś/kimś, kto napadł na niewinną dziewczynę, a po obrażeniach, jakie poniosła można przypuszczać, że od teraz życie mieszkańców zmieni się, i to diametralnie. Mnóstwo intryg, plotek, oskarżeń, jak i walka o to, żeby w końcu nastał spokój. Od pierwszej strony śmiałam się z Jadwigi i czekałam tylko, kiedy odpowie komuś w ten jej fantastyczny sposób. Polecam całym sercem, ale jak wcześniej napisałam po przeczytaniu będziesz zły, bo trzeba poczekać na tom drugi. Już tęsknię za Jadwisią i wszystkimi mieszkańcami.
Jeżeli ktoś kiedyś myślał, że na wsi jest nudno to nigdy nie był we wsi takiej jak Wisłowice, bo tu zdecydowanie nudzić się nie da.
Wieś poznajemy dzięki rodzinie państwa Sosnów; Basi, Jadwidze i Zdzisławowi. Od początku rodzina zaangażowana jest w sprawę ataków na młode dziewczyny, o które podejrzewa się nieznanego wilkołaka. Sosnowie razem śledzą rozwój sytuacji, wysnuwają hipotezy i zbierają wiejskie plotki a wszystko po to by dopaść przestępcę. Jakby problemów w Wisłowicach było mało do wsi przybywa komisarz Radzkin, którego wezwano na pomoc w rozwikłaniu sprawy, niestety więcej z nim kłopotów, niż z niego pożytku.
Sytuacje w jakie pakuje się nasza rodzinka są przezabawne. Moim ulubieńcem zdecydowanie została pani Jadwiga Sosna, jej postać mnie tak bawiła, że nie mogłam się przestać śmiać, gdy się pojawiała.Zresztą wszystkie postaci zostały tu świetnie wykreowane.
Ta książka stoi relacjami, dialogami i komizmem sytuacyjnym. Uważam, że idealnie przedstawia obraz dawnej Polskiej wsi i jej mieszkańców.
Sama fabuła bardzo mnie wciągnęła i od początku zaangażowałam się w zagadkę i dochodzenie w sprawie wilkołaka. Ale sceny z życia rodzinnego państwa Sosnów równie mocno mnie angażowały szczególnie wybitna animozja pani domu do sąsiadki nazwiskiem Obszczydupka.
Zakończenie tego tomu bardzo mnie zaskoczyło. Mimo, że wcześniej miałam niektóre przewidywania, które się spełniły to w ogólnym rozrachunku autorce udało się mnie zaskoczyć. Historia zakończyła się w taki sposób, że nie mogę doczekać się tomu kolejnego i na pewno po niego sięgnę.
Warto wspomnieć, że w ogóle nie czułam, że książka jest debiutem autorki, sposób pisania jest tu bardzo naturalny i przyjemny w odbiorze. Historię odsłuchałam w audiobooku czytanym przez pana Masiaka i bardzo dobrze się przy niej bawiłam.
Jeżeli szukacie słowiańskości z fantastycznym humorem i wciągającą zagadką w tle to legenda ludowa będzie wyborem idealnym.
“Legenda ludowa” to bardzo dobra książka, w której elementy fantastyczne (latająca na miotle zielarka czy groźny wilkołak) mieszają się z codziennością na polskiej prowincji. Prowincji nieco zacofanej - ale nie z przymusu, lecz z wyboru. W końcu po co komu takie paskudztwo jak telefon stacjonarny?
Gdy jednak rzeczony telefon dzwoni, przynosząc rodzinie Sosnów niepokojącą wiadomość, życie całej wsi wywraca się do góry nogami. Bo jak to, jakiś podły wilkołak poluje na młode dziewczyny z ich okolicy? W dodatku niesympatyczny komisarz przybywa z miasta i zatruwa życie bogu ducha winnych mieszkańców...
Bawiłam się przy tej książce naprawdę doskonale - urzekł mnie przede wszystkim humor. Prosty, nieco podkoloryzowany, ale bardzo przyjemny! Zresztą, dużo rzeczy w "Legendzie ludowej" zostało podkoloryzowanych - zwłaszcza bohaterowie i ich charaktery. Na szczęście autorka zachowała zdrową granicę między humorem a przesadą, dlatego w książce wszystko jest takie, jakie być powinno. Naprawdę, patrząc na styl autorki i to, jak interesującą i wielowątkowa okazała się fabuła, jestem w dużym szoku, że "Legenda ludowa" jest debiutem Karoliny Derkacz!
Po kolejny tom sięgnę bardzo chętnie, bo czytanie o przygodach Barbary, Jadwigi i Zdzisława, a także ich sąsiadów i innych mieszkańców wsi (chociażby pani Obszczydupki) to doskonała rozrywka! Książkę Wam polecam i mam nadzieję, że będziecie bawić się przy niej co najmniej tak dobrze jak ja!
Ciekawa lektura, z lekkim językiem, łącząca kilka gatunków literackich. Mała, zamknięta miejscowość, w której ludzie żyją jak ich ojcowie, spędzając czas zgodnie z porą roku i tajemnicy napastnik, przez którego młode kobiety zaczynają bać się wychodzić z domu. Liczne przywary bohaterów, elementy wierzeń i zabobonów, które częściowo żyją wśród mieszkańców, a częściowo w ich głowach. I inspektor z miasta, która utwierdza mieszkańców w swoich racjach. Przyjemna, wciągająca, z kilkoma zaskoczeniami. Z chęcią poznam kolejny tom tej serii.
Miałam trochę inne oczekiwania co do tej pozycji. Że względu na tytuł myślałam, że będzie coś więcej o wierze, przesądach i zabobonach dawnych ludów pogańskich. No i czasem były te zabobony, głównie w wypowiedziach Jadwigi, ale nie dominowały one aż tak bardzo jak tego oczekiwałam. Głównym wątkiem były napaści na młode dziewczyny we wsi, i nie powiem, trochę się wciągnęłam, jednak liczyłam na coś innego. Takiego zakończenia się nie spodziewałam.
Takie wiejskie klimaty pełne zabobonów, plotek połączone z zagadką kryminalną napadów na kobiety. Rzeczywiście Obszydupka ciekawa postać choć wilkołak też fajny. Tylko trochę nie wiem co to jest bo nie fantastyka, nie folklor, nie kryminał, nie komedia wszystkiego po trochu. Nie wiem czy będę czytać kolejne części.
3,5 Chwilami śmieszna, że boki zrywać! Ale zdecydowanie zbyt opasła, z ogromną ilością wielowątkowych i napakowanych dialogów. Sporo dłużyzn przy zbyt szczegółowym opisywaniu co poszczególne postaci robią, gdzie odwracają się itp Wydaje mi się, że debiut ten zapowiada jeszcze fajniejsze i lepsze (nieco krótsze) cuda wianki! ^.^ audiobook via storytel