Oh boy 😕
Jak czytanie wszystkich wcześniejszych książek R. Alexandra sprawiało mi zazwyczaj sporą radochę, tak ten tytuł zupełnie mi się nie wgrał...
Shane to po prostu zarozumiały, arogancki, pełny siebie, bogaty dupek, który w swoim około 30-letnim życiu nie przepracował nawet jednego dnia, pławiąc się w pieniądzach mamusi. Autor wprawdzie próbował go tłumaczyć później, ale nic, co zostało powiedziane, nie zmieniło mojego zdania o nim. Kevin miał moją sympatię z poprzednich tomów serii, ale tutaj ją praktycznie całą stracił...
Skąd w ogóle wziął się ten ich związek? Pojęcia nie mam. Shane, kobieciarz, który wydawało się z opowieści, że nie przepuścił żadnej spódniczce, jeżeli miał tylko taką możliwość, po prostu doszedł do wniosku, że nigdy nic z innym mężczyzną nie próbował a Kevin wzbudził w nim na tyle ciekawości, że stwierdził, że czemu nie. I jak sobie coś postanowił, to nie ma możliwości, żeby tego nie dostał. Jego nachalność momentami graniczyła z molestowaniem. Nie pomagał w tym fakt, że Kevin w stosunku do niego miał kręgosłup ameby - zwłaszcza, jeżeli chodziło o atrakcyjność fizyczną... Zatem nie, nie za bardzo mnie przekonało, że z tego mogły się rozwinąć uczucia i związek. Zwłaszcza, że nawet chemia między nimi była marna...
Poza tym nie znoszę, kiedy w książce jeden z bohaterów zostaje zmuszony do przepraszania, wyciągania ręki, robienia pierwszego kroku w momencie, kiedy jego wina była żadna, bądź nieduża w porównaniu do drugiej osoby. Kiedy daje się przekonać, że to on powinien zrobić, bo to on zawalił. A tak stało się tutaj z Kevinem - i paradoksalnie zrobiła to Sheila, którą znamy z pierwszego tomu i która tam była źródłem rozsądku i mądrości, która przychodzi z wiekiem. A tutaj mam wrażenie, że była po prostu moralizatorska do bólu.
Zatem nie, nie podobał mi się ten tom, właściwie to można powiedzieć, że żadnego bohatera nie lubiłam - ani pierwszo-, ani drugoplanowego, historia mi nie siadła, irytowała mnie, miałam trudności z jej czytaniem, bo co rusz od niej odchodziłam, żeby robić coś innego. Dobrze, że nie była zbyt długa 😉