Hasło "saga rodzinna" zawsze mnie elektryzuje. Uwielbiam zawiłości drzew genealogicznych, familijne perypetie, radości, smutki i wzruszenia. To układanie klocków, z których wychodzi mozaika charakterów, traum, miłości i nienawiści. Wszystko to jest w powieści "Płuca" autora pochodzenia islandzko-portugalskiego, z naciskiem na islandzkie korzenie zdecydowanie.
Johanna żyje w 2089 roku. Skłócona z ojcem, rozczarowana egzystencją, w której dzieli opiekę nad dzieckiem z mężczyzną, z którym już nie jest, w nieprzepracowanej żałobie po bracie, z niechęcią najpierw, z ciekawością później, zgłębia rodzinną historię spisaną przez rodziciela.
Oliwki, które ratują przed udziałem w wojnie, gigantyczny kogut, latające kobiety - tu wspomnienia barwione są wyobraźnią. Im bliżej współczesności, tym mniej fantazji, a więcej namiętności, złych decyzji i traum, które się dziedziczy. Miłość, która zaczyna się od pierwszego wejrzenia, a ląduje na kupie gnoju. Związki, których nie da się utrzymać, dzieci przerzucane jak tobołki, te zagubione dzieci, z których wyrastają równie zagubieni dorośli. Mieszanka ras i narodowości (polski wątek też tu jest!), mieszanka charakterów, dzielone doświadczenia i tylko smutek osobisty i indywidualny.
Najbardziej trafił do mnie wątek Sary i Pálla, później Anny, ale przecież to Aleks chwycił mnie za serce i za gardło. Ten najpierw samotny i nierozumiany dzieciak, później wytatuowany młodzieniec, który... Nie, nic tu nie zdradzę, ale uwierzcie - chcecie go poznać.
Historia rodzinna staje się też dyskusją na temat modyfikacji genetycznych, możliwości wyeliminowania pewnych cech i traum, uwolnienia przyszłych pokoleń od balastu przeszłości. Ojciec i córka mają różne opinie, czytelnik musi wyrobić ją sobie sam.
Z rodziną najlepiej na zdjęciach? Może i tak. Tyle że czasem to właśnie ktoś z rodziny powtórzy wiele razy "będzie dobrze", zaklinając rzeczywistość.
Zakończenie tej powieści, bardzo magiczne, zostawiło mnie we łzach.
Piękna historia, warto ją poznać. Naprawdę.