Kiedy byłem młody, przemierzyłem całą tę ziemię, od wschodu po zachód, i nie zobaczyłem nikogo oprócz Apaczów. Po wielu wiosnach znowu wyruszyłem i spotkałem rasę białych ludzi, którzy przybyli, aby nam ją odebrać. Apacze byli niegdyś wielkim plemieniem. Teraz jest nas garstka i osamotnieni pragniemy śmierci.
Cochise
Urodziłem się wolny na prerii, gdzie tańczył wiatr i nic nie przesłaniało słonecznego światła. Urodziłem się tam, gdzie nie było murów i gdzie wszystko oddychało pełną piersią. Chcę umrzeć właśnie tam, a nie uwięziony w klatce ścian.
Geronimo
Nigdy już nie będą wolni. Nigdy już nie odzyskają odebranej im ziemi.
Walecznych Apaczów spowijają mity i legendy. Podziwiamy ich męstwo, fascynuje nas ich więź z naturą. Biały człowiek zniszczył ich kulturę, zagrabił ich ziemię, odebrał im dzieci i zmusił do porzucenia wiary przodków. Żyją w rezerwatach, setki razy okłamywani i marginalizowani.
Apacze nie zniknęli. Usiądźmy z nimi w kręgu przy ognisku, posłuchajmy ich pieśni. Usłyszmy o ich historii i kulturze, o ich zwyczajach i tradycjach, o ich dolach i niedolach. O historii świata, który pogardliwie został nazwany „nowym” ale dla nich od zawsze był domem. To wielki zaszczyt.
Kończę tę książkę z mnóstwem nowej wiedzy, ale i nieznanym mi wcześniej ciężarem na sercu. Absolutny egoizm, brak dobrej woli i zrozumienia dla drugiego człowieka, dla całej nacji, dla wspaniałej kultury tak różnej od naszej, a jednak nie gorszej, ale też nie lepszej, po prostu innej, dogłębnie mną wstrząsnął. Nigdy nie myślałam że czytając książkę historyczną dam radę uronić łzę, a jednak śmierć Cochise'a, wspaniałego, niesamowicie mądrego wodza i człowieka, sprawiła, że ogarnęło mnie poczucie pustki. Książkę będę polecać każdemu, kto jest gotowy poświęcić czas i umysł kulturze, która przetrwała mimo przeciwności losu. Kto gotowy jest poznać ludzi, dla których największą wartością jest wolność i ich historię gdzie wolność tę odbierano im nieustannie.
Prawie cały miesiąc. Dobrze ponad dwadzieścia dni. Tyle zajęło mi czytanie książki „Taniec życia i pieśń śmierci. Historia Apaczów Cochise'a i Geronima”. Ale nie dlatego, że była nudna, czy źle napisana. Była po prostu cholernie ciężka, jeśli chodzi o potężną dawkę bólu, cierpienia i zwątpienia w człowieczeństwo, jaką ze sobą niesie.
Zacznijmy od tego, że jest to książka, którą zaklasyfikować można jako reportaż historyczny. Nie jest to typowa pozycja naukowa lub popularnonaukowa. Jest jednak po brzegi wypełniona wiedzą historyczną i wiem, że dla wielu osób, dla których historia nie jest wiodącym konikiem, szybko porzuci tę książkę, nawet pomimo szczerych chęci jej przeczytania. To trudna pod wieloma względami lektura, wymagająca i – moim zdaniem – jest do jej przeczytania potrzebna choćby minimalna wiedza o rdzennych Amerykanach (autorka w książce nazywa ich wciąż Indianami, natomiast zaraz na początku tłumaczy, skąd taki wybór). Jeśli poczujecie się jednak zainteresowania, wpadniecie w wir wydarzeń opisywanych przez Zofię Kozimor, to gwarantuję Wam, że spotkacie się z jedną bardziej wartościowych książek tego roku w Waszym dorobku czytelniczym.
Reportaż ten skupia się na historii Apaczów, przede wszystkim z plemienia Cochise’a oraz Geronima. Tego drugiego pewnie jakoś tam kojarzycie, ale ten pierwszy może być Wam nieznany. Zdecydowanie trzeba to zmienić, bo to jeden z najwybitniejszych wodzów w historii Apaczów, do dziś wspominany przez ten lud z ogromnym szacunkiem oraz estymą. Autorka snuje opowieść o ich historii, kładąc największy nacisk na XIX wiek, kiedy to miały miejsce ostatnie już wojny z wolnymi Indianami. Nie brak tu też jednak wprowadzenia dotyczącego znanych nam początków Apaczów oraz ich absolutnie fascynującej kultury, społeczeństwa oraz religii. Zakończenie, jak możecie się spodziewać, jest więcej niż gorzkie.
Ja w wielu momentach musiałam odłożyć książkę i wracałam do niej po dniu, dwóch, czy trzech. Czytanie o łamanych przysięgach, zwyczajnych mordach dokonywanych przez białych, „cywilizowanych” ludziach na dzieciach, kobietach i mężczyznach należących do rdzennej ludności mnie okrutnie denerwowało, ale i bolało. Niesamowite, w ilu momentach historii można było przerwać ten ciąg zabójstw z obu stron, gdyby biały człowiek zdecydował się dotrzymać przynajmniej jednej ze złożonych przez siebie obietnic. I tak, zdarzyło mi się uronić łzę.
Totalnie zafascynowały mnie sylwetki Cochise’a oraz Geronima. Tym, co mnie bardzo mocno zaskoczyło, było ukazanie, jak Geronimo postrzegany był kiedyś przez Apaczów i jak postrzegany jest teraz oraz jak jego legenda wciąż ewoluuje w świadomości zarówno rdzennej ludności, jak i białych Amerykanów.
Widać, że autorka jest mocno zaangażowana w historię Apaczów oraz ma wobec nich bardzo dużo sympatii i współczucia. Są momenty, kiedy to razi. Jak wtedy, kiedy pochyla się nad tragicznym losem indiańskich dzieci w chrześcijańskich szkołach, ale o zdobywaniu przez Apaczów skalpów na białych dzieciach pisze prawie bez emocji i czasami wręcz usprawiedliwia mordy, za którymi stali ich wojownicy. Nie jest takiej „nierównej empatii” wiele, ale kiedy już się pojawia, trochę wywołuje niesmak. Wydaje mi się, że można było opisać to jednak trochę inaczej.
Ale i tak – to książka genialna. Napisana z empatią, niebagatelizująca, kompletna, a do tego styl autorki jest tak płynny i lekki, że nie czuje się tu przytłoczenia formą. Doskonała pozycja, oby takich książek o rdzennych Amerykanach było jak najwięcej. Wspaniała.
I na koniec, jest w tej książce taki cytat, który chyba już ze mną zostanie. „Pojęcia bieda i bogactwo nie istniały zresztą w językach Indian, co samo w sobie jest bogactwem”.