Trzecia powieść Szczepana Twardocha, jednego z najbardziej obiecujących młodych polskich pisarzy, socjologa, filozofa, publicysty, jest czymś więcej niż kolejną fantastyczną historią. To podróż przez śląską prowincję, gdzie każdy człowiek ma swój dramat, opowiedziana znakomitym językiem, obfitująca w niebanalne pomysły i oryginalne spostrzeżenia – wyjątkowa książka. Jej bohater, tytułowy ksiądz Jan Trzaska, intelektualista w sutannie, zostaje wikarym w małej miejscowości na Górnym Śląsku. Czuje się tam jak na zesłaniu – aż pewnej nocy zjawia się u niego Jezus Chrystus w towarzystwie archanioła Michała. Odtąd słowo wikarego oszałamia, dotyk leczy, a na Śląsk zjeżdżają dziennikarze, duchowni, a przede wszystkim chorzy pragnący uleczenia. Czy to jednak możliwe, żeby Jezus rozmawiał z człowiekiem?
Szczepan Twardoch, ur. 1979, pisarz i publicysta. Z wykształcenia socjolog, studiował socjologię i filozofię na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku.
W listopadzie 2012 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się powieść p.t. Morfina, nominowana do Paszportu Polityki 2012.
Ksiądz Trzaska zostaje przeniesiony na prowincję za grzechy ojca. Nie żyje mu się łatwo, inny język, zwyczaje, oczekiwania w stosunku do kościoła. Wszystko odmienia się w chwili, gdy ukazuje mu się Jezus i… zasiedla jego szafę. Trochę śmieszna, trochę gorzka opowieść o kondycji współczesnego świata, kościele i polityce, które idą ramię w ramię, i o śląskości. Bardzo dobre!
"Epifania wikarego Trzaski" jest pierwszą książką Szczepana Twardocha, jaką miałam przyjemność przeczytać. Jest to króciutka opowieść o Wikarym Janie Trzasce, świetnie zapowiadającego się księdza-intelektualisty, który na mocy pewnej osoby z Warszawy trafia do małej śląskiej wsi. Sfrustrowanemu Panowi Trzasce po pewnym czasie objawia się sam Jezus Chrystus, który daje mu moc i misję do wykonania. "Epifania" to zaledwie dwustustronicowa opowieść o Śląsku i wierze w Boga. Skłaniająca do refleksji o słabości człowieka. Człowieka, który mimo silnej wiary, ogromnej wiedzy na temat tego, co wierzy, ulega pokusie równie łatwo co człek prosty. Bo zło zawsze znajdzie drogę. O kondycji kraju, który jako ostatni może zwać się katolickim, wydaje się, że powiedziano już wystarczająco dużo, a teraz każdy się powtarza w swoich zarzutach. Przy Twardochu nie jest inaczej. Nie znajdziemy tu żadnej nowej myśli, cudownego lekarstwa, a jedynie to, co znamy i co znowu poruszy nasze umysły. Śląskość w "Epifanii" jest fundamentem, na którym opiera się wszystko, ale jednocześnie nie jest znaczącym wątkiem. Jest dodatkiem. Smaczkiem, który na krótką chwilę zachwyci czytelnika. "Epifania" okazała się ciekawą, nieprzewidywalną i przyjemną lekturą na dwa dni. Czytało się szybko, bo i język Twardocha jest prosty, niewymagający. Polecam, ale nie radzę nastawiać się na nie wiadomo jak wybitną powieść.
“Epifania Wikarego Trzaski” to powieść Szczepana Twardocha z 2007 r., wydana ponownie 16 lat później. Pozycja trudna do sklasyfikowania gatunkowego, lżejsza od reszty książek autora, ale pod pewnymi względami wpisująca się w nurt twórczości “pisarza śląskiego piszącego po polsku”. Dodatkowo jeszcze ponadczasowa i w pewnym sensie nawet profetyczna. ___ Jan Trzaska to młody ksiądz wywodzący się z warszawskiego inteligenckiego domu, który z uwagi na solidarnościowe zaangażowanie swego ojca zostaje zesłany na banicję na śląską prowincję. Właśnie na Górnym Śląsku, w miejscu, gdzie cywilizacja praktycznie nie dociera, a jego proboszcz zabrania używania internetu (a robi inne, sprośne rzeczy), kapłan doświadcza epifanii. Objawia mu się zbawiciel w towarzystwie archanioła Gabriela. Jak to wpłynie na życie księdza Jana? Czy kapłan dobrze odczytał wysłane do niego znaki? I czy zachowanie Trzaski może być lekcją dla wszystkich katolików w Polsce? ___ Między innymi te pytania mocno wybrzmiewają w “Epifanii Wikarego Trzaski”, a jeśli dodamy do tego echa sekularyzacji i pierwsze skandale obyczajowe w polskim Kościele, które do przestrzeni publicznej przedostały się wiele lat później, to powieść jak na 2007 rok jest naprawdę ciekawa. I chociaż na pierwszy rzut oka zyskuje ona łatkę lekkiej, żartobliwej, nijakiej w kontekście takich dzieł jak “Morfina”, “Drach” i “Pokora”, to widać jak bardzo twardochowa jest to książka. ___ Jeśli bowiem nie nabierzemy się na ten lżejszy styl narracji, to wyciągniemy problemy, które Twardoch w “Epifanii Wikarego Trzaski” już w 2007 r. chciał nam przekazać. Jeśli dobrze mi się wydaje, jest to jedna z pierwszych książek tak mocno poruszająca problem tożsamości małych ojczyzn. Twardoch w tej pozycji pokazuje nam Górny Śląsk z pierwszej dekady XXI w. - niesamowicie pogubiony w obliczu zmian kulturowych, smutny i wrogo nastawiony do otaczającej rzeczywistości. A niejako w bonusie mamy tu sekularyzację i epifanię, które w połączeniu tworzą bardzo ciekawy miks. ___ Nie jest to książka na miarę tych bardziej znanych Twardocha, ale widać już tutaj odwagę pisarza i zmysł obserwacji. Polecam!
Boże od miesiąca myślę o tych postaciach kobiecych i nadal nie mogę przeżyć tego, że ani jedna nie była napisana w normalny przyzwoity sposób, a nawet w jakikolwiek. Na początku słyszymy o 13-latkach ubranych w ubrania typu dziwkarskie. Trzeba zaznaczyć, że Trzaska nie jest postacią napisaną tak, by być pedofilem, tylko "normalnie" myślącym facetem i to z jego przemyśleń mamy takie opisy dziewczyn z gimnazjum. Potem dostajemy postać Małgorzaty, duża część książki jest ukazana z jej perspektywy i w tej części słyszymy głównie o seksie, karierze i może seksie, taka "kobieta nowoczesna". W połowie książki dowiadujemy się, że Małgosia ma śmiertelnie chorą siostrzenicę, którą najwyraźniej kocha nad życie, mimo że nie poświęciła jej żadnej wcześniejszej myśli. Najbardziej jednak w pamięć zapadła mi kobieta, która była zgwałcona przez czarnego dziadka podczas wojny. Zgwałcona i zabita poprzez strzał w tył głowy od razu po fakcie. To, że ta postać powstała wydaje się trochę absurdalna, ponieważ ma ona na celu popchnąć do przodu nie losy głównego bohatera, ale losy bohatera, który popchnie do przodu losy głównego bohatera. Jest ona postacią tylko po to by czarny dziadek miał co pokutować pod ziemią a najbardziej zaniepokoiło mnie to, że odniosłam wrażenie, że książka ukazuje, że wina została odpokutowana. Zabijanie na wojnie to coś innego niż gwałt. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem jak można się tego dopuścić i nie uważam, że to można odpokutować. Czarny dziadek miał wiele win nad, którymi mógł dumać i ich żałować tyle lat i nie widzę potrzeby żeby wśród nich był też gwałt a nie po prostu zabicie młodej dziewczyny. Gwałty są regularną częścią wojny, lecz nie widzę potrzeby, by ich sprawców stawiać w fikcji kiedykolwiek jako postacie w jakiś sposób pozytywne. Fikcja to nie prawdziwy świat, fikcją przekazuje się jakieś wartości a w naszym społeczeństwie gwałt jest traktowany zbyt lekko.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Jan Trzaska, młody ksiądz, intelektualista z wielkiego miasta, zostaje zesłany na banicję. Trafia na prowincję na Górnym Śląsku. Tam doświadcza epifanii. Takiej z prawdziwego zdarzenia. Zjawia się u niego wyjątkowy duet, który przewróci życie księdza do góry nogami. To dopiero początek.
Wspaniały pomysł. Dobrze napisana i skonstruowana powieść. Ze zwrotami akcji (i to jakimi!), przesiąknięta Śląskiem, lekka i zabawna. Skłaniająca do refleksji, a jednak nie przytłaczająca. Poruszająca problemy wiary, kościoła, Śląska, tożsamości i stereotypów, a także polityki i prywatnych sposobów realizacji życia. Bardzo dobra.
„- Ksiądz Jan Trzaska, przypuszczam? – odezwał się wyższy z dwóch przybyszów, długowłosy i brodaty. Wikary, stojąc z otwartymi ustami, zdołał tylko kiwnąć głową. - No to bardzo mi miło. Jestem Jezus Chrystus, a to – tu wskazał na drugiego mężczyznę, androgynicznego i obdarzonego blond lokami do pasa – archanioł Michał. Brodaty mężczyzna miał twarz z Całunu Turyńskiego, którego kopia, wykonana z lnianego płótna, wisiała u księdza Jana na ścianie. - O ja pierdolę - wyszeptał wikary i zemdlał”. Tamże, s.41-42.
Wszystko wyłuszczył pięknie dr Kadłubek w posłowiu do wydania WL z 23 roku, podsumowując, że jest to książka, która powinna znaleźć się w kanonie lektur górnośląskich. Ja bym tego nie ograniczał do Śląska. Śmieszna, ironicznie refleksyjna, cudna. Pod wpływem Twardocha zacząłem już się uczyć Wasserpolnisch. No, może po części dlatego też, że gorolsko familio wyemigrowała mi ostatnio na Śląsk i antycypuję utrudnioną komunikację werbalną z nimi.
Młody ksiądz trafia „za karę” do małej parafii na Górnym Śląsku. Poznaje tutejsze życie, obyczaje, język. Próbuje odnaleźć się w małej społeczności, ale wszystko zaczyna się sypać gdy… objawia mu się Jezus. Błyskotliwa, zabawna i nieco groteskowa historia, głęboko osadzona w Górnośląskim klimacie, a przy tym właściwie paszkwil na Kościół katolicki. Odważna proza, napisana nieco prostszym językiem niż późniejsze dzieła autora, o której istnieniu nie wiedziałbym gdyby nie współczesne wznowienia.
książka wywierająca wpływ na czytelnika, zdecydowanie skłaniająca do większej lub mniejszej refleksji na tle społecznym i duchowym. napisana jest przyjemnym językiem, przez co szybko i przyjemnie się ją czyta, a studium każdej postaci z osobna jak i ogółu świetnie i dobitnie przybliżają nam bohaterów i opisywane przez autora społeczeństwo.
To będzie rok Twardocha u mnie. Jestem zafascynowana, a „Epifania…” jest totalnie nieodkładalna, ten tytuł pochłonął mnie i w sumie przeczytałam całość w dwa wieczory. Przewrotna, zabawna, świetnie napisana, no 5/5⭐️ jak nic.
Książka, która niby była słaba, gdy została wydana, ale po 15 latach dostaje drugiego życia i jest jednocześnie super aktualna i jakby doczekała swoich czasów. W jakimś sensie profetyczna. Top.
Nie ma to jak przeczytać nową książkę Twardocha ze szczytu stosów w Empiku, by okazało się, że to stara książka Twardocha tylko w nowym wydaniu. Poza tym - styl wybitnie twardochowy, kąśliwy, lubię go, ale sama fabuła mnie nie porwała.
Zacznę od tego, że książkę przeczytałam już po wyrobieniu przez Twardocha dość mocnej pozycji w światku literackim. Oczekiwania więc są nieco inne niż dla debiutanta, który przeciera swoje szlaki. I niespodzianki nie ma - warsztat pisarski już jest niezły - bo i narracja klasycznie, acz ciekawie poprowadzona, i bohaterowie naszkicowani mile dla oka. Ale zbyt miłe i przyjemne to wszystko, wrażenia na dłużej nie zostawia. Środek ciężkości rozjechał się i zostało tylko wrażenie, że nie bardzo wiadomo co to było. Jak zaczynało się interesująco, tak na koniec zabrakło chociaż cienia kropki.